Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Rozdział I PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 09 kwietnia 2012 18:44

ROZDZIAŁ I - TARCZA RODZINY VON BODEN


Mija czwarty dzień, odkąd przebiegłam przed bramę oznaczoną żonkilem na tarczy, zostawiając za sobą hektary ogrodów, gdzie wśród drzew i sadzawek stoi ogromny, piękny dwór Balr Boden, raj moich dziecinnych lat. Czwarty dzień i sama się sobie dziwię, że tak długo udaje mi się unikać schwytania. Nareszcie zaczynam wierzyć, że zdołam dotrzeć do Chelost i porozmawiać z Vallenathem. Gdyby tylko nie ta przeklęta miesiączka, która zmiękcza mi nogi i odbiera ostrość widzenia…

To ładny dzień. Słoneczny, ale nie upalny, lekko wietrzny, cichy. To spokojna okolica, niedaleko traktu, ale nie na tyle blisko, żebym spotkała innych podróżnych. Natrafiam na małą polanę ze skupiskiem brzóz przy jej brzegu. Siadam, opieram się plecami o pień jednej z nich, zamykam oczy. Niewidoczne siły skręcają moje wnętrzności i po chwili osuwam się na bok i podkurczam nogi, żeby ulżyć sobie choć trochę. Zasnąć. Zasnąć, zasnąć na chwilę, to ostatni dzień tego okropnego stanu, niech minie jak najszybciej.

Pamiętam swoją pierwszą miesiączkę. Matka ozdobiła mnie rodową biżuterią i wprowadziła do salonu, gdzie zebrała się cała rodzina. Każdy mężczyzna ucałował moją dłoń, a ojciec oznajmił z dumą, że stałam się kobietą. Ja nie byłam dumna, czułam się okropnie, bolały mnie przekłute chwilę wcześniej uszy i przerażała świadomość, że coś strasznego dzieje się ze mną, skoro krwawię i krwawię, i bałam się, że wreszcie umrę z tego upływu krwi.

Rufus, mój najstarszy brat, znalazł mnie wieczorem w kącie tarasu. Otarłam szybko łzy, żeby nie widział mojej słabości. Roześmiał się tylko i zapytał, co mnie martwi. Powiedziałam, że gdyby aniołowie pozwolili mi zadecydować o jednej jedynej rzeczy, chciałabym urodzić się chłopcem.

- Kochałbyś mnie mniej, gdyby tak było? – zapytałam go wtedy.

- Oczywiście – odpowiedział bez wahania. – O wiele mniej.

To mnie pocieszyło. Mogłam bez narzekania znosić comiesięczne męki, jeśli byłam dzięki temu milsza mojemu ukochanemu bratu.

Gdy ostatni raz widziałam Rufusa, szarpał mnie i krzyczał, a potem wyszedł z komnaty, trzaskając drzwiami, wściekły i rozczarowany.

Musiałam jednak zasnąć na chwilę. Budzą mnie nieznajome głosy. Nie otwieram oczu, myśląc naiwnie po dziecinnemu, że jeśli ja ich nie widzę, oni też mnie nie zobaczą. To oczywiście bzdura, w dodatku głosy dobiegają z bardzo bliska.

-Chyży, co z nią zrobimy? Spójrz na jej dłonie, jasne ślady po pierścionkach. Ma nawet przekłute uszy. Cholera, to jakaś arystokratka. Zmywajmy się stąd, zanim oskarżą nas o atak na nią.

-Nie panikuj, Soter.

-Nie panikuję, raczej ona zacznie, kiedy się obudzi i nawet kijem nie wbijesz jej do głowy, że tylko ją znaleźliśmy, na pewno weźmie nas za swoich napastników.

-I co mi zrobią? Wywieszą za mną listy gończe?

Wybuch śmiechu. Ledwie opanowuję się, by nie krzyknąć. Tak, jak myślałam od początku. To jacyś poszukiwani. To bandyci.

-Masz rację, powinniśmy ją tu zostawić.

Modlę się dokładnie o to samo. Niech zostawią mnie w spokoju, niech odejdą stąd jak najszybciej.

-W każdym razie zdecyduj coś, zanim się obudzi.

-Ona nie śpi już od kilku minut – dołącza się trzeci głos, znudzony.

Zapada cisza. Jestem pewna, że teraz wszyscy słyszą wyraźnie mój przyśpieszony oddech i głośne bicie serca. Co ze mną zrobią?

-Dobrze, panienko, dość tego przedstawienia – mówi z irytacją ten, nazywany Chyżym, kładąc dłoń na moim ramieniu.

Drgam ze strachu pod tym dotykiem. Otwieram oczy.

-O, Boże – szepczę na jego widok i jak ostatnia idiotka dodaję: – Erast Deonllin…

-Kurwa – mruczy mężczyzna.

Dociera do mnie, że właśnie podpisałam na siebie wyrok. Podrywam się do pozycji siedzącej. Odsuwam się od niego ze strachem, aż uderzam plecami w pień drzewa. On wpatruje się we mnie zmrużonymi złością oczami. Jest oczywiście starszy, niż wtedy. Na tamtych rycinach wyglądał jak chłopak, teraz ma ponad trzydzieści lat. Blizna przy prawym oku jest niemal niewidoczna, zadziwiające, jak dobrze potrafi ją maskować. Mimo to nie mam wątpliwości, że to on. Te same ostre rysy twarzy, wąskie usta, spiczasty podbródek, nawet identyczny kilkudniowy zarost. Tylko ciemne włosy ma krótsze i pojawiły się pojedyncze zmarszczki przy jego oczach. Towarzyszy mu dwóch kompanów. Średniego wzrostu rudzielec o chłopięcej sylwetce i wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach, bladozielonych oczach i uważnym spojrzeniu.

-Panie Deonllin – zaczynam, starając się brzmieć pewnie. – Nikomu nie powiem, że pana widziałam. Poza tym, moi ludzie zaraz się tu zjawią, a nie chce pan chyba ryzykować spotkania z nimi.

-Może jednak zaryzykuję – oznajmia on z uśmiechem, siadając na trawie naprzeciw mnie. – Jestem ich bardzo ciekawy.

-Pomszczą moje najlżejsze zadrapanie – oznajmiam stanowczo, zirytowana jego drwiną. – Radzę, żeby panowie stąd poszli. W przeciwnym razie…

-W przeciwnym razie…? – powtarza Deonllin, gdy nie kontynuuję, w jego oczach palą się wesołe ogniki.

Nie mam pojęcia, co powiedzieć i on doskonale o tym wie. Podobnie jak o tym, że żadne wsparcie się nie zjawi. Rozpaczliwym ruchem wyszarpuję nóż i wyciągam w jego stronę. Uśmiecha się odrobinę szerzej, poza tym ani drgnie. Ten rudy nie powstrzymuje się i po kilku sekundach zaczyna się głośno śmiać.

-Nie baw się z nią tak okrutnie – mówi do swojego przywódcy.

-Nie róbcie mi krzywdy – szepczę, chociaż zamierzałam powiedzieć to groźnym tonem.

-A dlaczego mielibyśmy cię krzywdzić? – pyta Deonllin.

-To taki stereotyp, Chyży – wyjaśnia rudzielec. – Ludzie myślą, że jak ktoś jest ściganym przez prawo poczwórnym mordercą, to może nie być najmilszym pod słońcem człowiekiem.

-Nie zaczynaj znowu z tym poczwórnym – mówi z westchnieniem Deonllin. – A ty, dziewuszko, skąd się w ogóle tu wzięłaś? Zgubiłaś się? Zdajesz sobie sprawę, że oddaliłaś się trochę od gościńca?

-Jesteś ranna? – wtrąca się siwy, podchodząc bliżej. – Byłaś nieprzytomna, kiedy cię znaleźliśmy. Teraz też coś cię boli, prawda? Brzuch?

-Skąd pan wie? – dziwię się, a potem przenoszę wzrok na rękę, którą nieświadomie położyłam na brzuchu.

-Moglibyście okazać trochę ogłady i oddalić cię, gdy rozmawiam z dziewczyną o jej dolegliwościach – rzuca siwy do pozostałej dwójki.

Zaskakuje mnie to ogromnie, ale morderca Deonllin i jego z pewnością niewiele lepszy towarzysz przewracają oczami, ale odchodzą kawałek dalej. Siwowłosy kuca przy mnie. Ma klasyczne rysy twarzy, ładny, orli nos i duże oczy. Jego włosy sięgają pewnie połowy pleców. Dotyka mojego brzucha długimi, jasnymi palcami. Gdy pochyla się ku mnie lekko, zauważam blizny na czubkach jego uszu. Zastanawiam się, jak stracił te ich części. Pyta o moje samopoczucie, więc wyjaśniam mu ze wstydem, że zdarzają mi się bardzo ciężkie miesiączki i właśnie kończy się jedna z takich, i że dlatego zemdlałam. Mówi, żebym zaczekała i odchodzi do swoich towarzyszy. Mogłabym spróbować teraz uciec, ale wiem, że z pewnością mi się nie uda, a mogę rozwścieczyć ich taką próbą. Nie słyszę, o czym rozmawiają, ale chyba się kłócą. Ten najniższy klnie, a Chyży mruczy coś ze złością. Docierają do mnie tylko słowa siwego, wypowiedziane zrównoważonym, twardym głosem.

-To skutek miesiączki – mówi chłodno, a mi robi się gorąco ze wstydu. – Co niby mam na to poradzić, zapłodnić ją?

-A mógłbyś? – pyta z nagłą ciekawością rudzielec.

Wtedy dociera do mnie, że siwy wcale nie jest siwy, a srebrny kolor jego włosów to naturalna cecha niektórych przedstawicieli jego rasy. Powinnam zorientować się od razu, gdy zobaczyłam uszy, ale widocznie stres ogłupił mnie bardziej, niż sądziłam. Przyjaciel Deonllina jest rusałką. Nigdy wcześniej nie widziałam z bliska przedstawiciela tego gatunku.

Narada przestępców trwa jeszcze jakieś trzy minuty, potem srebrnowłosy podchodzi do mnie z przepraszającą miną.

-Wybacz, panienko, ale ten sukinsyn bez serca uznał, że nie mamy czasu na pomaganie ci.

-Na niańczenie jej – poprawia go Chyży.

-Szkoda, bo znam świetną miksturę przeciw…

-Daruj nam wszystkim te wykłady, Havn. Ruszamy dalej. A tobie radzę, mała, żebyś faktycznie nikomu nie wspominała o tym spotkaniu.

-Uważaj na siebie – mówi do mnie rusałka z uśmiechem i macha mi ręką, gdy się oddala.

Znikają mi wkrótce z oczu, a ja wpatruję się jeszcze przez chwilę w miejsce, gdzie zniknęli. Inaczej wyobrażałam sobie spotkanie z poszukiwanymi bandytami. Na szczęście moje przypuszczenia się nie sprawdziły.

Ale najgorsze jeszcze przede mną. Kolejne kilka dni drogi do Chelost, gdzie niekoniecznie czeka na mnie bezpieczne schronienie.

 

Zatrzymuje mnie szarpnięcie i zimno ostrza na gardle. Ręka na moim ramieniu rozluźnia uścisk.

-A ty co tutaj robisz, dziewczynko? – pyta ze zdziwieniem rudy. – Śledzisz nas?

-A czy gdybym was śledziła, zachowywałabym się tak głośno?

-W zasadzie oprócz braku zdrowego rozsądku nic nie wyjaśnia takiego zachowania w tym lesie o tej porze.

-Chcę się zobaczyć z waszym hersztem. Z Deo… Z Chyżym.

-A po co, jeśli można spytać?

-Gdybym chciała rozmawiać z panem, powiedziałabym to od razu.

Rudy chichocze, popycha mnie lekko i wskazuje mieczem kierunek. Niewiele dalej na niewielkiej polanie nad strumieniem dostrzegam jego towarzyszy. Chyży siedzi tyłem do nas i ostrzy nożem jakiś kij, chyba z nudów.

-Dziewczyna do ciebie, Chyży – oznajmia rudzielec.

-Ładna? – pyta bez wielkiego zainteresowania.

-Nie, ta, co wcześniej. Ale nazwała cię hersztem, pewnie ci się to spodoba.

Chyży obraca się i patrzy na mnie drwiąco.

-Nie odnalazłaś się ze swoimi zastępami zbrojnych ochroniarzy?

-Mam do pana sprawę. Chciałabym pomówić na osobności.

-Nie zaproszę cię wprawdzie do gabinetu, ale się nie krępuj.

Podchodzę do niego, wskazuje mi miejsce obok siebie na przewróconym pniu. Nie bardzo wiem, od czego zacząć, dociera do mnie całe szaleństwo mojego planu i niepokoi bliskość mordercy.

-Pan wie, że podróżuję bez eskorty. Zmierzam do Chelost. Gdyby zgodził się mnie pan eskortować, zapłaciłabym tysiąc srebrników.

-Trzy tysiące.

Całkowicie mnie zaskakuje. Śmieje się na widok mojej miny.

-Jeśli dajesz komuś propozycję powinnaś być przygotowana na to, że może ją przyjąć – mówi i czuję się jak idiotka.

-Niech będzie. Trzy tysiące.

-Połowa teraz.

-Nie mam przy sobie tyle pieniędzy!

-Na pewno masz jakieś kosztowności. Śmiało, mała, pokaż zawartość tej torby. Bogate dziewczyny nigdy nie uciekają z domu, nie obciążając się wcześniej odpowiednio wieloma klejnotami. Pewnie wystarczy jeden z twoich pierścionków, żeby pokryć koszty tej podróży.

-Mam wrażenie, że zamierza mnie pan zwyczajnie okraść.

-Mam wrażenie, że takie podejrzenia już na początku znajomości nie pomogą w naszej współpracy.

Wzdycham gniewnie. Wyjmuję z torby złote kolczyki z diamentami. Są warte więcej, niż trzy tysiące, ale ta ozdoba w odróżnieniu od innych nie ma dla mnie wartości sentymentalnej i łatwo mi się z nią rozstać. Podaję je Chyżemu. Ledwie na nie zerka, chowa je do kieszeni.

-Odstawimy cię do miejsca, z którego widać bramy miasta. To ryzykowne dla nas, podchodzić bliżej.

-Dobrze.

-Wyruszamy z samego rana. Prześpij się teraz.

-Nie obudzę się tutaj sama? – pytam nieufnie. – Nie zostawi mnie pan, okradając wcześniej ze wszystkich kosztowności?

-To miło, że poddajesz mi pomysły, ale wbrew twoim przekonaniom nawet bandyci mają swój honor. Śpij spokojnie, mała. I nie nazywaj mnie panem. Tamtych też nie. Jak masz na imię?

-Ligia.

-Jeszcze jedno pytanie, Ligio. Rozpoznałaś mnie od razu, po jednym rzucie oka. Sam nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem listy gończe ze swoją gębą. Spotkaliśmy się wcześniej?

-Nie.

-Więc jak to możliwe?

-Mam dobrą pamięć do twarzy i nazwisk. Zresztą akurat ciebie szukano bardzo intensywnie i zdążyłam się dobrze napatrzeć na twoją twarz, ciągle nas nią straszono. To było chyba… jakieś sześć, siedem lat temu, prawda? Nie sądziłam, że zdołałeś im umknąć.

-A jednak Bóg czuwa czasem nawet nad głupcami.

-Ja też mam pytanie do ciebie. Skąd wiedziałeś, że uciekłam z domu?

-A z jakiego innego powodu arystokratka tułałaby się samotnie po lasach i szukała pomocy u wyjętych spod prawa? Tylko ze względu na idiotyczną, chwilową zachciankę oderwania się od tego złego świata przepychu i pewnej przyszłości. Co takiego się stało, Ligia, że opuściłaś swój dwór czy zameczek? Tata nie kupił ci nowej sukienki, zakochałaś się na zabój w chłopcu stajennym?

Zaskakuje mnie ta pogarda w jego głosie. Wciąż się uśmiecha, ale chętnie starłabym mu ten uśmiech z twarzy choćby biczem. Nie ma prawa oceniać mnie w ten sposób. Nic o mnie nie wie, do cholery.

-Nie ma sensu ryć sobie tych niemiłych słów na zawsze w swoim oburzonym serduszku – dodaje. – Pojutrze zapomnisz, że istniałem.

-Pojutrze? Przecież do Chelost idzie się o wiele dłużej.

-Nie będziemy przecież podróżować piechotą. Jutro rano załatwimy jakieś konie i pewnie wieczorem dotrzemy na miejsce.

-Ukradniecie?

Nie odzywa się przez krótką chwilę.

-Oczywiście, że ukradniemy – mówi potem nieprzyjemnym głosem. – Jak inaczej mielibyśmy je zdobyć? I rzecz jasna wybijemy w pień ich właścicieli. Dlatego musimy się porządnie wyspać. Żeby mieć siłę na robienie jak najgorszych rzeczy niewinnych ludziom.

Myślę, że oboje żałujemy naszych decyzji sprzed chwili. Ale on nie oddaje mi kolczyków, a dla mnie samotna podróż jest pewnie o wiele bardziej niebezpieczna, niż w towarzystwie, choćby towarzystwie tych drani.

Dlatego nie uciekam, tylko moszczę sobie posłanie na skraju polany. I zasypiam, modląc się, żeby faktycznie istniało coś takiego, jak honor poczwórnego mordercy Erasta Deonllina.

 

Havn i Soter wyruszyli do miasteczka przed nami, żeby zbadać sytuację. Wczorajsze rozpoznanie mnie przez tę dziewczynę uświadomiło mi, że powinienem zachowywać większą ostrożność. Niektóre zbrodnie nie podlegają przedawnieniu i zamordowanie oderega do nich należy. Najbardziej pospolity wieśniak mógłby bez sądu zafundować mi stryczek i głupiec ze mnie, że zapomniałem o tym tylko dlatego, że od tamtych wydarzeń minęło prawie osiem lat.

Mała hrabianka nie odzywa się wiele, obrażona na mnie, że nie traktuję jej z odpowiednim uwielbieniem i szacunkiem, obrażona pewnie na cały świat, że nie wspiera jej poczynań, że stada ptaków i saren nie wskazują jej drogi w lesie i takie tam.

Soter wraca sam. Po jego minie widzę, że przynosi złe wieści.

-Mamy problem, Chyży – potwierdza moje przypuszczenia.

-Jaki?

-Oddział oderegów. Wprawdzie mały, ale z całą stertą listów gończych. Uwijają się jak mrówki, by obwiesić nimi wszystko od kominów po psie budy.

-Listy gończe? Kurwa, po takim czasie?

-Nie za tobą.

Podchodzi i podaje mi zmiętą kartę. Bardzo wierna podobizna, wzorowana pewnie na portrecie spod pędzla jakiegoś wielkiego mistrza. Duże oczy z ciemnymi oprawami, pewne siebie spojrzenie, pełne usteczka, opadające na drobne ramiona czarne włosy. Brakuje tylko biżuterii i pięknej sukni, a byłaby na tym rysunku hrabianką pełną gębą.

-Ligia.

Podchodzi do mnie i spogląda pytająco. Pokazuję jej zdobycz Sotera. Wpatruje się w nią przez chwilę szeroko otwartymi oczami.

-Co to jest? – pyta ostro.

-To list gończy, jeśli o to pytasz. A jeśli pytasz, kogo przedstawia ten portret, chyba nie muszę ci wyjaśniać.

Wyrywa mi dokument z rąk i przysuwa do twarzy, analizując każdy jego fragment. Najdłużej zatrzymuje się przy podpisie. „Poszukiwana morderczyni Ligii von Boden”.

-Nie rozumiem tego – szepcze, pobladła. – Nie rozumiem… Boże, to znaczy…

-Tak, to znaczy, że od tej pory każdy będzie wypatrywał za tobą oczy, bo, aż wstyd przyznać, nawet za mnie nie wyznaczyli takiej nagrody.

-Dlaczego tak napisali? – jęczy płaczliwie, machając mi listem przed oczami. – Przecież nikogo nie zabiłam! A już na pewno nie siebie, do cholery!

-Co teraz, Chyży? – pyta grobowym tonem Soter.

-Dołącz do Białego. Załatwcie nam jakieś jedzenie. Nie wróćcie później, niż za dwie godziny. Ja w międzyczasie ustalę z naszą hrabianką, o co w tym wszystkim chodzi.

Soter szybko się oddala. Ligia siada na ziemi, kryje twarz w dłoniach. Tylko tego mi jeszcze brakowało… Kucam przy niej, dotykam jej ramienia.

-Hej, mała – mruczę. – Chyba jednak nie trafiłem z tymi sukienkami. Arystokraci rzadko występują przeciw komuś ze swojej kasty. Musiałaś nieźle nabroić.

-Nie zrobiłam nic złego – żali się gniewnie. – Nie zasługuję na taki los!

-Witaj w realnym świecie, Li.

-Nie wydasz mnie? To dużo pieniędzy.

-Najwyżej podniosę stawkę za swoje towarzystwo. Wciąż zamierzasz jechać do Chelost?

-Tak.

-Czy ten ktoś, kto czeka tam na ciebie zdoła cię ochronić i wyjaśnić tę sprawę?

-Tak. Ufam mu.

-Twoja decyzja.

-Erast…

-Mów mi Chyży, do diabła.

-A jak było z tobą? – pyta, wpatrując się we mnie uważnie, z jej oczu zdążyły już zniknąć błyszczące w nich niedawno łzy. – Pamiętam ten straszny napis. Cztery morderstwa: odereg, dwie kobiety i dziecko. Naprawdę ich zabiłeś?

-Jeszcze wczoraj nie miałaś wątpliwości. A teraz nagle wątpisz w nieomylność prawa i może nawet jesteś skłonna mi uwierzyć, że jestem niewinny?

-A jesteś?

-Nie jestem.

-Jak to się stało?

-Nie zamierzam się spowiadać, żeby poprawić ci humor. Weź się w garść, Ligio i zaplanuj sobie raczej, jakich sztuczek użyć, by się z tego wykaraskać. I radzę, żebyś porządnie się za to zabrała, bo dotychczas nie wykazywałaś się zbyt wielką ostrożnością czy rozsądkiem.

O dziwo bierze sobie chyba do serca moje słowa, bo oddala się kawałek dalej i zastanawia nad czymś intensywnie. Trzeba jej przyznać, że jak na wychowywaną w cieplarnianych warunkach panienkę z zerową wiedzą na temat sztuki przetrwania ma całkiem mocne nerwy. Wczoraj dałbym sobie uciąć rękę, że w podobnej sytuacji histeryzowałaby pół dnia.

Biały pojawia się niedługo potem. Podchodzi najpierw do Ligii, zamienia z nią parę słów i podaje jej jakąś mieszankę, którą ta idiotka wypija jednym tchem, chyba nawet nie pytając, co to. Jej szczęście, że Havn ma chorobliwie rozwinięte poczucie uczciwości i z pewnością podał jej tylko jakiś lek przeciwbólowy lub uspokajający. Nareszcie Biały zauważa również moje istnienie i zbliża się z niewesołą miną.

-Co o tym myślisz? – pytam, widząc, że czeka, aż zacznę rozmowę.

-Nie rozumiem z tego nic a nic. Myślisz, że oszukała nas co do swojej tożsamości?

-Głupie pytanie. Wystarczy na nią spojrzeć, zero w niej przebiegłości, za to mnóstwo wielkopańskiej dumy.

-W takim razie pewnie rodzinie zależy tylko, żeby wróciła do domu.

-Havn – mruczę z wyrzutem, że traci nas czas na analizowaniu tak skrajnie głupich teorii.

-Wiem, masz rację – zgadza się ze smutkiem, to zadziwiające, wciąż potrafią zasmucać go takie sytuacje. – Napisaliby wtedy po prostu: „Zaginęła Ligia itd.”. Ale przecież wszędzie widnieje ta wytłuszczona uwaga: „nagroda wyłącznie za żywą”. To znaczy, że mimo wszystko nie chcą jej zabić.

-Naprawdę uważasz, że to świadczy o trosce? Bo ja myślę, że połączenie w jednym zdaniu „morderczyni arystokratki” z „wyłącznie żywą” otwiera raczej furtkę dla tych wszystkich rzeczy, które można zrobić komuś bez odbierania życia, a których ta dziewczyna nie potrafiłaby sobie nawet wyobrazić. To nawet nie subtelna sugestia, raczej zaproszenie, a w połączeniu z tym ślicznym portretem…

-Wiedziałem od razu, że wpadła ci w oko, chociaż nie bardzo potrafię to sobie wytłumaczyć.

-To chyba jasne, po co w innym razie miałbym skazywać się na nią dłużej, niż to konieczne? Nie zauważasz, jak jest urocza z tą swoją naiwnością, pozbawionym sensu poczuciem wyższości i nieustannym oburzeniem złymi manierami bandyty? Z drugiej strony, dodatkowy fundusz zawsze się przyda, nawet jeśli nie brakuje nam teraz pieniędzy.

-Co zamierzasz? Podoba ci się aż tak, by ryzykować dla niej głowę?

-Nie rozumiem cię, Biały. Zawsze to ty przypominałeś mi o konieczności niesienia bezinteresownej pomocy nawet zupełnie obcym, gdy zdarzało mi się zapominać.

-Tyle tylko, że ona różni się znacznie od tych, którym przyszło nam pomagać do tej pory.

-Nie zamierzam ryzykować dla niej głowy. Ale na razie obejdzie się bez tego, a mimo wszystko nie chcę mieć jej na sumieniu. Zrobimy tak: zaczekasz na Sotera i przekażesz mu list, który zaraz napiszę. Ma dostarczyć go jak najszybciej Gabrielowi. Potem niech wraca na zamek. Ty rób, jak uważasz. Wracaj do domu albo dołącz do nas.

-Jeśli nie będę ci potrzebny…

-Nie będziesz. Zresztą i tak zostawiliśmy La Rash bez opieki na zbyt długo. W takim razie zobaczymy się za parę dni.

-Uważaj na siebie, Chyży. I na tę bidulkę.

 

Nie bardzo rozumiem, co się dzieje. Chyży oznajmia, że nie czekamy na Sotera i że wyruszamy dalej tylko we dwójkę. Nie podoba mi się spojrzenie, jakim żegna mnie rusałka. Współczujące, jakby nie było już dla mnie nadziei. Boję się trochę, że Chyży zamierza mnie jednak wydać. Ale godziny mijają, a nasza podróż przebiega spokojnie. Wprawdzie wydłuża się, bo nie korzystamy z gościńca, tylko leśnych ścieżek, ale to zrozumiałe w tej sytuacji.

Zatrzymujemy się na krótki postój i to pierwsza okazja, odkąd znów zostaliśmy sami, bym mogła z nim porozmawiać. Podaje mi manierkę z wodą i odzywa się pierwszy.

-Kto czeka na ciebie w Chelost?

Zastanawiam się przez chwilę, ile mogę mu powiedzieć. Podanie tej informacji chyba mi nie zaszkodzi. A może uświadomi jemu, że mam potężnych sprzymierzeńców i odegna nieprzyjemne pomysły, jeśli lęgną się w jego głowie.

-Drugi hrabia Vallenath. Mój narzeczony.

-Jak dobrze znasz tego narzeczonego? – pyta dalej, nazwisko nie robi na nim najmniejszego wrażenia. – Mam nadzieję, że trochę lepiej, niż z kilku oficjalnych spotkań w gronie sędziwych przyzwoitek.

-Lepiej – odpowiadam, trochę zmieszana tym bezpośrednim pytaniem.

-Jesteś pewna, że ci pomoże?

-Jest dżentelmenem. Łączy nas zobowiązanie. Nie zostawi mnie samej w takiej sytuacji.

Chyży nie komentuje, przygląda mi się tylko z czymś na kształt politowania. I z każdą sekundą jego milczenia nie tylko rośnie we mnie irytacja, ale również wątpliwości. Nie, nie mam się czego bać. Eberhard zobaczy mój portret, zrozumie, że zaszła jakaś tragiczna pomyłka. Zapewni mi bezpiecznie schronienie, wyjaśni wszystko, pomoże mi. Zwłaszcza, że posiadam coś, czym opłacę tę pomoc.

-Za dwie, trzy godziny będziemy na miejscu. Jak zamierzasz dostać się do miasta niezauważona? Nie wiesz – odpowiada Chyży za mnie. – Nie wiesz też pewnie, jak uzyskać audiencję u tej wielkiej sławy, hrabiego Vallenatha bez narażania się na masę rozmów z jego sługami. Przypuszczam, że nie wiesz nawet, jak przekonać go, że powinien dla ciebie narazić się reszcie wielkich panów. Przygotuj sobie naprawdę mocne argumenty, Ligio.

-Nie rozumiem cię. Przecież od razu zrozumie, że jestem niewinna.

-I?

-Przecież… Przecież to wystarczy.

-Ta niewinność, o której wspominasz, nie powstrzymała kogoś potężnego od zorganizowania pogoni za tobą, chociaż wielu arystokratów musi znać twoją twarz i to ryzykowne przedsięwzięcie. Ryzykowne, jeśli nie sprzyja mu większość.

-Sugerujesz, że arystokraci zmówili się, by mnie zabić?

-Złapać. Dostać to, co posiadasz, a na czym im zależy. Dopiero później pewnie zabić.

Nie wiem, co mu odpowiedzieć. Chciałabym zaśmiać mu się w twarz albo skląć go na czym świat stoi. Zamiast tego wybucham płaczem. Chyży przewraca oczami z irytacją, ale sam jest sobie winien!

Udaje mi się dość szybko uspokoić. Chyży zostawia mnie w spokoju, jestem mu za to wdzięczna. Kolejny kwadrans zajmuje mi, by przemyśleć dokładnie jego słowa. Nie ma sensu się oszukiwać. Nie może chodzić o pomyłkę, każdy ze znajomych rodziny rozpozna mnie na tej rycinie. Możliwe, że Eberhard również jest w zmowie z wujem, że nie zaryzykuje dla mnie nawet za cenę Tarczy? Co tu się dzieje, do diabła? Czy naprawdę moi krewni są w stanie posunąć się aż do tego…?

-Chyży.

Odwraca się, patrzy na mnie obojętnie.

-Co ty zrobiłbyś na moim miejscu?

-Nie znam twojej sytuacji, Ligio.

-A co mi radzisz, znając moją sytuację na tyle, ile znasz?

-Naprawdę wierzysz, że Vallenath ci pomoże?

-Nie wiem. Powinnam sprawdzić to w jakiś sposób. Tylko w jaki?

Po raz pierwszy w jego spojrzeniu dostrzegam jakby cień uznania.

-Mamy szczęście. Jutro wydaje bal maskowy z okazji urodzin ojca.

-I nie zaprosił mnie? – mówię z oburzeniem.

-Mamy większe problemy na głowie – przypomina mi z rozbawieniem. – Zresztą nie martw się, znajdziesz się przecież na tym balu.

-Tam będzie mnóstwo arystokratów, a radziłeś mi chyba…

-To bal maskowy, głuptasie, nikt cię nie pozna.

-A jak niby wejdę tam bez zaproszenia?

-Jako moja towarzyszka. Nie martw się o drobiazgi, zajmę się wszystkim. Tylko ustalmy na wstępie, że wykonujesz wszystkie moje polecenia. Gdy powiem, że wychodzimy, to wychodzimy, choćbyś konała z chęci rzucenia się lubemu na szyję i wypłakania w jego kołnierz, rozumiesz? Zbyt dużo ryzykujemy, żeby choć odrobinę naszego losu powierzać twojemu rozumowi czy instynktowi. Dlatego zaufamy mojemu.

-Jeśli faktycznie uda ci się wprosić na bal u Vallenatha i oszukać gości, że jesteś arystokratą, zostaniesz moim bohaterem – mówię szczerze, chociaż wciąż nie wydaje mi się to możliwe. – I będę wtedy w kwestii organizacyjnej wypełniać wszystkie twoje polecenia.

-Łącznie z tym, kiedy masz milczeć, a kiedy się odzywać.

-Dlaczego chcesz tak się dla mnie narazić? – pytam po chwili, nie mogę tego pojąć.

-Bo obawiam się, że bez tego nie przeżyjesz na wolności nawet jednej doby, a moje sumienie najwidoczniej jeszcze nie obumarło. Naprawdę nie nastraja optymistycznie fakt, że wierzysz mi od ręki i nie pomyślałaś, że może to wszystko podstęp, żebym odprowadził cię do odpowiednich ludzi i odebrał sporą nagrodę.

-Skąd wiesz, że nie pomyślałam? – pytam hardo.

-Ligia… – mruczy tylko pobłażliwie.

-Bal ma się odbyć jutro. Gdzie zatrzymamy się do tej pory?

-Wierzysz w Jedynego Boga, Li?

-Wierzę – odpowiadam, zdziwiona nagłą zmianą tematu.

-Więc przysięgnij, że nie zdradzisz nikomu tego, co dowiedziałaś się o mnie podczas tych kilku dni, które wspólnie spędzimy – mówi z wesołym uśmiechem, stanowczo nie pasującym do rozmowy o tak poważnych sprawach.

-Przysięgam, że nie zdradzę niczego, co dowiem się o tobie podczas tej podróży – powtarzam jednak posłusznie, bo rozumiem, jak wiele dla mnie ryzykuje.

-Zatrzymamy się u moich znajomych. Ruszajmy, musimy przekroczyć bramy miasta przed zmrokiem.

-Dlaczego się śmiejesz?

-Bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz zachowywałem się tak nieodpowiedzialnie. Powinienem przecież zostawić cię tutaj i pozbyć się problemu. Nie morduj mnie wzrokiem, nie zrobię tego przecież. Jedna zaleta arystokratek, że potrafią jeździć konno i przynajmniej w tym nie trzeba ich niańczyć. Rusz się, Li. Szkoda czasu na pogaduszki.

 

Zatrzymuję się. Daję jej znać gestem, żeby zrobiła to samo. Na szczęście sama rozumie, że powinna milczeć. Wpatruje się we mnie pytająco. Aż wreszcie również do jej uszu docierają krzyki.

-Jedźmy – mówię, ruszając trochę bardziej w prawo, by ominąć tych ludzi.

-Ktoś krzyczy, słyszysz? – pyta hrabianka, wyciągając szyję i wypatrując oczy, jakby to pozwoliło jej dostrzec coś w tych chaszczach.

-Słyszę. Ruszajmy.

-Musimy to sprawdzić.

-Nie musimy i nie sprawdzimy.

-To ktoś młody. Ktoś w potrzebie – mówi twardo.

Mimo moich protestów, zsuwa się z konia, przerzuca lejce przez gałąź. Klnę i mam wielką ochotę porzucić ją w tym miejscu, żeby przekonała cię, czym kończy się podobna samowola. Ale rzecz jasna nie robię tego, tylko ruszam za nią, bo prawdopodobnie trzeba będzie ratować jej wielkopański tyłek.

Ona powie potem, że przybyliśmy za późno. Będzie pewnie szlochać i twierdzić, że gdybyśmy się pospieszyli, nie tracili czasu na nasłuchiwanie i dyskusje, może zdołalibyśmy uratować chłopca. Ja wiem, że już się spóźniliśmy. Na razie widzę, jak Ligia zatrzymuje się gwałtownie, jak tężeje cała i wyobrażam sobie wyraz jej twarzy. Może nigdy jeszcze nie widziała takiej śmierci. Tyle tylko, że zamiast stać dalej jak wryta, rzuca się do przodu i chociaż przyspieszam, nie udaje mi się jej powstrzymać. Wypada z zarośli i podbiega do ofiary. Dyndający na gałęzi chłopak ma kilkanaście lat, z czego wynika pewnie trądzik i długie, chude kończyny. Ma też bardzo jasne włosy, prześwitujące przez źle nałożoną farbę z jakichś roślin i oczy o pięknej granatowej barwie. Włosy można ukryć pod czapką, to te oczy musiały go zdradzić. Wciąż widać, że płakał. Na bokach jego szyi zaschła krew, która wypłynęła z miejsca odciętych uszu. Jesteśmy na granicy ziem hrabiego Jorga i Vallenatha. Obaj dobrze płacą za takie trofea. Podobnie jak ojciec mojej towarzyszki.

Ligia chwyta nogi chłopaka, próbuje go unieść, próbuje go ratować. Zazdroszczę jej przez sekundę, że nie widzi tych rażących oznak śmierci, które my wszyscy potrafimy rozpoznać od najwcześniejszych i najsubtelniejszych.

-Pomóż mi! – woła, obracając się do mnie z wyrazem rozpaczy na twarzy. – Pomóż mi, Chyży!

-On nie żyje – odpowiadam z irytacją. – Jak niby mielibyśmy mu pomóc?

-Kto to zrobił?! Zwyrodnialcy! – wrzeszczy i rozumiem, że będą z tego kłopoty.

-Chodźmy. – Chwytam ją za rękę i ciągnę w stronę zarośli.

-Nie możemy go tak zostawić! – krzyczy, wyrywając się. – Musimy go pochować! Dlaczego go zabili? Co takiego im zrobił?

-Cicho! – syczę. – Nie słyszysz, że oni wracają?! I użyj wreszcie rozumu i oczu!

Nie rozumie mnie. To jasne. Nie wie, co oznaczają przecinające się świeże nacięcia na policzku chłopca, że tak królewscy strażnicy oznaczają tych do eliminacji, jak czasem oznacza się stare drzewa do wycięcia. Tym razem nie wypuszczam jej dłoni, chociaż się szarpie. Po kilku chwilach, gdy nawet ona słyszy już nawoływania ludzi za naszymi plecami, gdy dociera do niej, że jest ich zbyt wielu dla naszej dwójki, sama przyspiesza i koni dopadamy w biegu.

Modlę się w duchu, by oderegowie nie zaczęli nas ścigać. To nie pierwszy raz, gdy moje modlitwy nie zostają wysłuchane.

 

-Dlaczego się zatrzymaliśmy? – wołam do Chyżego, mordercy chłopca nie przestali nas gonić.

-Pogańskie kurhany. – Wskazuje zarośniętą ścieżkę po naszej prawej. – Legenda głosi, że śmiertelny nie zdoła przebyć ich w jednym kawałku i niestety praktyka to potwierdza. A ty co o tym myślisz, Ligio? – zwraca się do mnie z uśmiechem.

-Co taka idiotka jak ja może wiedzieć na ten temat? – pytam chłodno.

-Co mamy zrobić? Zdaję się na twoją decyzję, żebyś nie narzekała później, że nie dopuszczam cię do głosu. Mamy dać się złapać i pokroić czy zaryzykować spotkanie z upiorami? Pospiesz się, zostało nam mało czasu.

Ma rację. Słyszymy już krzyki zbójców.

-Jak będzie, Li? – pyta Chyży z tą samą kpiącą miną.

Zna odpowiedź od początku. Podrywam konia do galopu i kieruję się na cmentarz, przeklinając w duchu swojego przewodnika. Las się przerzedza, wkrótce mijam jedynie pojedyncze drzewa. Wokół mnie wyrastają różnej wielkości kopce, porośnięte trawą. Teren jest podmokły, bagnisty. Zaczyna siąpić drobny deszcz. Dostrzegam kilka starych grobowców i zatrzymuję się przy jednym z nich, z odsłoniętym wejściem. Deszcz z każdą chwilą przybiera na sile. Wchodzę do środka, sadowię się na kamiennym wieku pustej od dawna trumny. Chyży szybko do mnie dołącza. Przez chwilę nic nie mówimy, wpatrując się w ścianę wody kilka metrów przed nami, chłonąc jej przyjemny chłód.

-Jesteś podłym manipulatorem – odzywam się wreszcie.

-Ostre słowa w ustach dobrze ułożonej panny. Spodziewałem się raczej pochwały domyślności.

-Kiedy się zorientowałeś?

-Kiedy zobaczyłem listy gończe.

Te słowa irytują mnie jeszcze bardziej.

-Wiesz, że nie muszę rozciągać na ciebie swojej ochrony.

-Sądzisz, że twoje sumienie zniosło skazanie mnie na śmierć w męczarniach? Nie wydaje mi się też, by to działało w ten sposób. Jesteś Tarczą rodziny von Boden i czy chcesz czy nie, oznacza to sporą moc, z pewnością o wiele większym zasięgu, niż ten metr, który nas dzieli.

-To znaczy, że ci złoczyńcy mogliby dopaść nas tutaj.

-Złoczyńcy? – powtarza z drwiącym uśmiechem, nie rozumiem go, a on tego nie tłumaczy. – Tak, ale złoczyńcy tego nie zrobią. Nie wiedzą przecież, kim jesteś. Nie rozumiem tylko jednego.

-To zadziwiające, sądziłam, że nie ma dla ciebie pytań bez odpowiedzi – mruczę ze złością.

-Dlaczego uciekłaś? Jesteś ozdobą swojej rodziny. Jako żywy dowód jej legendarnej potęgi możesz dyktować warunki, nie musisz się nikomu podporządkowywać.

-Naprawdę w to wierzysz? Że zdołałabym przeciwstawić się całemu klanowi, gdyby postanowili mnie do czegoś zmusić? Zwłaszcza, że gdy uciekłam, bez wahania wykreślili moje imię spośród żywych? Nigdy nie chciałam tej mocy – dodaję automatycznie, choć nie zamierzałam mu tego mówić.

-Dlaczego w takim razie ją przyjęłaś? Wprawdzie jestem tylko niewykształconym nieokrzesańcem, ale wieść niesie, że wasza moc nie jest przekazywana dziedzicznie, lecz wybranej osobie z kolejnego pokolenia.

-To prawda. Moja babka miała siedemdziesiąt trzy lata, a wciąż nie zgadzała się oddać daru. Możesz sobie wyobrazić, jak działało to wszystkim na nerwy. Dwa pokolenia mojej rodziny, ponad dwadzieścia osób, żyjące w nieustannym napięciu. Trzymała ich w szachu, a oni skakali wokół niej jak mogli, bo do ostatniej chwili nie wybrała swojego następcy, a każdy z nich chciał nim zostać.

-Oprócz ciebie, jak rozumiem.

-Mam trójkę starszego rodzeństwa, o wiele bardziej zaangażowanego w sprawy rodu. Nigdy nie brano mnie ani młodszej siostry pod uwagę do przejęcia najważniejszego dziedzictwa, nigdy też o tym nie marzyłam. Jak pewnie się domyślasz, nie byłam ulubienicą babki, bo wolałam spędzać czas efektywniej, niż na próbach przekonywania jej, że najbardziej zależy mi na niej i dobru rodziny. Ale pech chciał, że tamtego dnia przypadał świąteczny zjazd krewnych w posiadłości ciotki, a babka źle się poczuła, nie pojechała z nimi, została w domu.

-I umarła przy tobie – mówi Chyży i tym razem faktycznie chwalę w myślach jego domyślność.

-Pamiętam dokładnie tę chwilę. Zaczęła się dusić, przyciskała dłonie do piersi, nie mogła wykrztusić słowa. Podbiegłam do niej, chciałam ją podtrzymać, ale była zbyt ciężka. Przewróciłyśmy się obie na podłogę, a ona chwyciła moją twarz w dłonie i przyciągnęła do siebie. Myślałam, że to ze strachu przed śmiercią, że chce uczepić się jakiejś żywej istoty. Ale nie chodziło tylko o strach, chociaż bardzo się bała. Po kilku minutach leżała obok mnie martwa. A ja zamiast ją opłakiwać, przeklinałam ją i wrzeszczałam, że powinna była umrzeć, zanim do niej podbiegłam. To były oczywiście zupełnie niewłaściwe, niesprawiedliwe słowa i bardzo się ich wstydzę. Nie chciałam przecież jej śmierci ani żeby przepadło dziedzictwo rodziny. Tyle tylko, że ja nie potrafię przekazać go komuś innemu. Starałam się, oni próbowali zmuszać mnie do tego na różne sposoby. Sprowadzili nawet specjalistów z dziedziny magii, nakazując im pod groźbą śmierci zachować tajemnicę naszego nieszczęścia, ale i oni nic nie wskórali, nie zdołali nauczyć mnie, jak pozbyć się tej zdolności na rzecz kogoś bardziej odpowiedniego. Rodzina mi nie wierzy. Oni sądzą, że robię to specjalnie. Że zadrwiłam z nich wszystkich, że w gruncie rzeczy cieszę się z takiego obrotu sprawy.

-Trudno im się dziwić.

-To dlatego chcą mnie ukarać – kończę z gorzkim uśmiechem. – Nie myśl, że nie rozumiem, co oznacza taka treść listów gończych. Chcą, żeby odstawienie do domu było dla mnie jak wybawienie po tym, co spotka mnie wcześniej.

-Dlaczego tak się bronisz przed powrotem?

-Wystarczająco dużo się nagadałam, Chyży. Deszcz też już prawie nie pada. Ruszajmy dalej, gdziekolwiek to jest.

-Masz rację. Musimy się spieszyć, żeby dostać się do miasta jeszcze dziś.

A jednak zatrzymuję się u wyjścia z grobowca.

-Jest część naszej posiadłości, gdzie nie wolno się zapuszczać dzieciom i kobietom. Gdzie mężczyźni omawiają swoje sprawy. Zakradłam się raz pod okno jednej z takich sal. Ojciec siedział przy stole z bratem i kuzynami. Pili wino i się śmiali. Czasem wydaje mi się, że grali wtedy w karty, a czasem, że przed nimi leżały jakieś papiery, może mapy. Ale pamiętam dokładnie, co wisiało na ścianach. Pomyślałam o darach dziękczynnych, którymi obwiesza się największe świątynie. Podobna szklana gablota wisiała na ścianie tamtej komnaty. Lecz nie było w niej kosztowności czy pięknie pisanych podziękowań, tylko… uszy. Ludzkie uszy. Uszy rusałek – poprawiam się, żeby zrozumiał, choć dla mnie to żadna różnica.

-Tak – mówi tylko, tym jednym słowem potwierdzając wszystkie moje podejrzenia. – Ale nie czas teraz na takie myśli czy smutki, Ligio – dodaje. – Teraz musisz skoncentrować się na tym, by nie podzielić losu tamtego chłopca.

Pomaga mi wspiąć się na konia i opuszczamy jak najszybciej ponurą ziemię umarłych.

 

Docieramy do Chelost tuż przed zamknięciem bram. Jestem wykończona, bo Chyży narzucił zabójcze tempo i nie zgodził się na ani jeden postój. Zastanawiam się, jak wyobraża sobie nasze niedostrzeżone wślizgnięcie się do miasta. On nie wydaje się tym martwić. Zaraz przed bramą każe mi zaczekać. Sam podchodzi do strażników, rozmawia z nimi przez chwilę, słyszę jego śmiech, po chwili wraca i kiwa na mnie, że mogę jechać. Strażnicy nawet nie zerkają na moją zasłoniętą szalem twarz, gdy ich mijam.

-Jak to zrobiłeś? – pytam zaintrygowana, gdy oddalamy się nieco. – Dałeś im łapówkę?

-Między innymi. Wyjaśniłem też, że jestem arystokratą, któremu trochę przedłużyła się wycieczka za miasto z kochanką, a muszę wrócić na noc do żony.

-Zrobiłeś ze mnie swoją kochankę? – pytam z oburzeniem.

-Tak, mężatkę zresztą. Obiecałem im dodatkową zapłatę za brak zainteresowania co do twojej tożsamości.

-Wciąż nie rozumiem, jak mogli pomyśleć, że możesz być arystokratą – mówię ze złością, mierząc krytycznym spojrzeniem jego prosty podróżny strój, siodło i broń pozbawione ozdób.

-Mam swoje sposoby, żeby przekonać niedowiarków – odpowiada beztrosko.

Docieramy do jakiegoś domu, wciśniętego między kamienice, z pojedynczym kwitnącym krzewem przed drzwiami. Małżeństwo gospodarzy staruszków wita mojego towarzysza ze szczerą radością, mówiąc, że Gabriel, kimkolwiek jest, wróci lada chwila. Ja odmawiam zjedzenia kolacji, zmieszana całą tą sytuacją i udaję się od razu do maleńkiej sypialni na poddaszu, którą przygotowali. Znajdują się tam dwa łóżka, rozumiem więc, że muszę dzielić pokój z tym bandytą. Cóż, to lepsze, niż zostać złapaną i odstawioną do domu.

-Ligio.

Obracam się gwałtownie, nie usłyszałam, jak nadszedł. Najwyraźniej nie robi na nim wrażenia, że jestem tylko w koszuli nocnej i ogromnie zawstydza mnie i oburza jego nagłe nadejście. Podchodzi i wyciąga w moją stronę talerz z jedzeniem.

-Przestań na chwilę grać wielką damę – mówi surowym tonem. – Lepiej głodować, niż zjeść posiłek z pospólstwem?

-Nie to miałam na myśli. Byłam po prostu zmęczona po tej szaleńczej gonitwie, którą mi zafundowałeś.

-Nie widziałaś nigdy szaleńczej gonitwy – stwierdza kpiąco. – A będziesz jeszcze bardziej zmęczona, jeśli czegoś nie zjesz. I jeszcze jedno. Gdyby przyszło ci do głowy, żeby wymknąć się i pobiec prosto do swojego rzekomego ukochanego, spróbuj zasnąć, dobrze? Postawiłbym głowę, że zobaczyłbym cię w takim wypadku zakutą w kajdany w pierwszym wozie, jadącym na wschód. Dobranoc.

Schodzi z powrotem na dół, znów bezszelestnie po tych okropnie skrzypiących schodach. Kładę się do łóżka i idę za jego radą. Próbuję nie myśleć o niczym i zasnąć jak najszybciej. I o dziwo mi się udaje.

 

Gdy budzę się kolejnego dnia, Deonllina już nie ma. Spędzam dzień przy oknie, na obserwowaniu ulicy, schodzę na dół tylko na posiłki i do łazienki. Chyży wraca wieczorem, dostrzegam go, gdy nadchodzi żwawym krokiem od strony rynku. Słyszę, jak wita się z mieszkańcami domu, nie rozróżniam słów, ale dociera do moich uszu jego wesoły śmiech. Kilka minut później pojawia się w naszym pokoju na poddaszu.

-Przyniosłem ci wdzianko na dziś wieczór – mówi, podając mi pakunek.

Zaglądam do środka i przez chwilę nic nie mówię, dając mu czas, żeby powiedział, że to żart.

-Mam wystąpić w tym? – pytam niedowierzająco, kiedy to nie następuje. – Przecież to… To strój kurtyzany!

-Nie wybrzydzaj, Li. Wiesz, ile czasu zajęło mi znalezienie kreacji, w której twój mały biust będzie wyglądał jako tako?

Ledwie się powstrzymuję, by nie dać mu w twarz, ale chodzi mu przecież właśnie o to, żeby mnie sprowokować, a prędzej wystąpię nago, niż dam mu tę satysfakcję. Bez słowa wskazuję schody. Uśmiecha się kpiąco i posłusznie zostawia mnie samą. Zakładam bordową suknię z odsłoniętymi ramionami, podniesionym stanem i głębokim dekoltem, ozdobioną wulgarnymi piórami. Nakładam perukę z drobnych, ciemnych loczków i maskę, zasłaniającą górną część twarzy łącznie z nosem, z gęstą siateczką w miejscu oczu. Przeglądam się w brudnym lusterku. Zdejmuję maskę i siadam na łóżku. Próbuję przypomnieć sobie przemowę, jaką ułożyłam dziś rano, ale okazuje się, że zupełnie jej nie pamiętam. Mogę liczyć tylko na to, że gdy zobaczę Eberharda, odpowiednie słowa pojawią się od razu, podobnie jak jego zrozumienie i troska…

-Gotowa? – woła z dołu Chyży.

Schodzę do niego, unosząc wysoko spódnicę, by nie potknąć się o jej falbany. Kiedy udaje mi się dotrzeć na parter, unoszę głowę i nie mogę uwierzyć, że stoi przede mną ten sam człowiek, co pół godziny temu.

-Po twojej minie widzę, że całe to zamieszanie z przeobrażeniem się w wymuskanego paniczyka odniosło zamierzony efekt – mówi kpiąco.

Ma rację. Pierwszy raz widzę go starannie ogolonego, z ułożonymi włosami, we wspaniałym, srebrno-czarnym stroju, który nie wiem skąd wytrzasnął, bo wygląda na zupełnie nowy i bardzo drogi. Podpiera się laską, ozdobioną jakimś herbem, który widnieje także na sygnecie z białego złota. Czarna maska zasłania połowę twarzy, tę z blizną.

-Zaopatrzyłem się nawet w monokl – chwali się, patrząc na mnie łobuzersko i wyjmując z kieszeni wspomniany przedmiot.

Wybucham śmiechem na ten widok. Przez chwilę wydaje mi się, że jesteśmy dzieciakami, które szykują się do zrobienia dorosłym jakiegoś psikusa. Ale zaraz przypominam sobie, co tak naprawdę zamierzamy.

Na ulicy czeka już na nas elegancki powóz. Nie mam pojęcia, skąd Chyży wziął pieniądze na wypożyczenie tego wszystkiego, ale ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Muszę koniecznie oddać mu wszystko, gdy już Eberhard się mną zaopiekuje.

-Ligio, pamiętaj, żeby…

-Pamiętam – przerywam mu, wyłamując nerwowo palce. – Nie oddychać bez twojej zgody. Jesteś pewien, że mnie nie rozpoznają?

-Sądzę, że powinnaś jak najbardziej wypinać pierś, by odwrócić ich uwagę od twarzy.

-Twoje głupie żarty są naprawdę bardzo pomocne, dziękuję za zrozumienie, szlachetny panie. Za kogo w ogóle się podajesz?

-Za hrabiego Andresa Derbelego, pana na zamku La Rash.

-Och. – Ta odpowiedź sprawia, że zaczynam go mimowolnie bardziej szanować. – Za tego odludka. Sprytnie, on na pewno się nie zjawi, a na pewno był zaproszony, w końcu każdy chce go ściągnąć na jakieś swoje przyjęcie, odkąd tak się wzbogacił. Ale nie pomyślałeś, że pojawienie się pana Wschodnich Rubieży wywoła sensację? Znajdziesz się w centrum zainteresowania, a chyba nie o to nam chodzi.

-O mnie się nie martw, poradzę sobie. Ty zajmij się dokładnym obserwowaniem moich rozmówców, ze szczególnym uwzględnieniem gospodarza. I postaraj uśmiechać się zalotnie.

Powóz się zatrzymuje. Nie spodziewałam się, że dotrzemy na miejsce tak szybko. Ogarnia mnie panika.

-Chyży – szepczę nerwowo.

-Co tam, Li? – pyta łagodnie, z lekkim rozbawieniem.

-Boję się.

-Widzę. Nie masz czego. Przecież towarzyszy ci sam hrabia La Rash, nikt nie ośmieli się cię tknąć. Chodźmy – dodaje, wyciągając do mnie rękę.

Przekraczając próg domu Vallenatha uświadamiam sobie, ze kurczowo uczepiłam się ramienia Deonllina.

-Pamiętaj, żeby niczemu się nie dziwić – szepcze do mnie. – I nie odwracać wzroku od tancerek, bo jesteś kurtyzaną, a kurtyzan nie zawstydzają takie rzeczy.

Nie rozumiem, o czym mówi, podobnie jak nie rozumiałam, czemu bal zaczyna się tak późno, ale szybko mam okazję się przekonać. Wprawdzie Chyży wyjaśnił, że oficjalny bal dla rodziców Eberharda odbył się wczoraj, a my wybieramy się na mniej formalną część imprezy, mimo to spodziewałam się przecież czegoś w stylu przyjęć, które znałam. Mój towarzysz zostaje kilkakrotnie wylegitymowany, zanim dostajemy się do środka i chociaż moje serce przy każdej z tych okazji próbuje przebić się z piersi na zewnątrz, na Chyżym to ciągłe sprawdzanie tożsamości nie robi wrażenia. Nareszcie służący prowadzi nas do sali balowej. Ale ta sala, którą znałam z innych balów, została zmieniona nie do poznania. Przekształcono ją w coś między eleganckim burdelem a egzotycznym lasem. Światła jest akurat tyle, by cienie podkreślały kształty skąpo ubranych tancerek. Mężczyźni w większości ledwie trzymają się na nogach, a ich partnerki noszą stroje stworzone z jeszcze mniejszej ilości materiału, niż mój. To przypomina bardziej wstęp do pijackiej orgii, a nie przyjęcie, jakie wyobrażałam sobie, myśląc o jego organizatorze.

-Skąd wiedziałeś? – pytam Chyżego, wspinając się na palce, by zbliżyć usta do jego ucha.

-Wiedza zbyt często ratowała mi skórę, żebym mógł pozwolić sobie na jej brak. A teraz użyj swojej świetnej pamięci do twarzy i nazwisk, i mów mi, kto tu jest kim, żebym nie popełnił od razu jakiejś niewybaczalnej gafy.

Pojawienia się hrabiego Andresa Derbelego zgodnie z moimi przewidywaniami wzbudza spore zainteresowanie. Chyży, całkowicie opanowany, obchodzi niemal całą wielką salę, witając się z większością trzeźwych i częścią niekoniecznie trzeźwych panów, uśmiechając się do kokieteryjnych kobiet. Ja próbuję nie wyglądać na coraz bardziej zszokowaną, oglądając szanowanych mężów i ojców w rozchełstanych koszulach i ramionach dziwek. Baron Morgen zagaduje mojego towarzysza o jakieś sprawy związane z kopalnią. Chyży nie unika tematu, odpowiada ze swobodą, która mnie zadziwia. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem jego spokoju i aktorskich zdolności. Bez problemu i od razu zdołał dopasować się do tego miejsca i towarzystwa.

-Czas poszukać  pana domu, Li – mówi do mnie po jakiejś godzinie, która dla mnie ciągnie się jak cała cholerna wieczność. – Jesteś gotowa?

To on odnajduje nas. Dostrzegam go, zmierzającego szybkim krokiem w naszą stronę i wbijam paznokcie w ramię Deonllina.

-Uśmiechaj się, skarbie – szepcze do mnie Chyży. – Bądź uprzejma wobec naszego gospodarza.

Uśmiecham się więc, patrząc na mężczyznę, który ma zostać moim mężem, a który wita się serdecznie z Chyżym i przeprasza go kilkakrotnie, że nie powitał go od razu, ale te pierdolone patałachy nie dały znać, że hrabia Derbelego już przybył. Nie przypuszczałam nawet, że dopiero co zapoznani dżentelmeni mogą rozmawiać między sobą w taki wulgarny, bezceremonialny sposób. Dociera do mnie, że wielu rzeczy nie wiedziałam do tej pory. Eberhard wita się także ze mną, całując moją dłoń i komplementując moją kreację w sposób, który jest tak naprawdę tylko komplementem moich piersi, więc jeszcze więcej trudu wkładam w to, by mój uśmiech był szeroki.

-Dziewczęta są cudne, ale okropny tu hałas! – żali się Chyży. – Może moglibyśmy porozmawiać gdzieś, gdzie jest ciszej?

-Oczywiście. Pana dama wybierze się z nami?

-To nowy nabytek, wicehrabio, nigdzie się z nią nie rozstaję – odpowiada ze śmiechem Deonllin, obejmując mnie w pasie i przyciągając bliżej.

Nie sądziłam, że coś może dzisiejszego wieczoru zdziwić mnie i zszokować jeszcze bardziej. Myliłam się. W komnacie, do której przechodzimy, jest już kilkunastu mężczyzn. Rozsiedli się na fotelach albo podpierają ściany, niektórzy dyskutują szeptem, ale większość bez słowa spogląda na środek pokoju. Ja przez chwilę też to robię, aż Erast szturcha mnie lekko. Bo w centrum tej nastrojowej, rozświetlonej jedynie blaskiem ognia z kominka sypialni stoi wielkie łoże, a na nim co najmniej cztery dziewczęta… Cóż, uprawiają seks. Pierwszy raz widzę, jak to robią to kobiety. Że ktoś robi to publicznie.

Eberhard wskazuje sofę pod ścianą. Chyży sadza mnie między sobą a wicehrabią, pewnie po to, bym dobrze słyszała każde słowo ich rozmowy. To zadziwiające, że przysuwam się do ściganego wyrokiem prawa mordercy, postrachu lat mojej młodości, byle tylko znaleźć się jak najdalej od mężczyzny, którego przecież zamierzałam poślubić.

-Może pana urocza towarzyszka zechciałaby dołączyć do dziewcząt? – pyta Eberhard, uśmiechając się do mnie jednoznacznie i muszę bardzo się starać, by nie odsunąć się jeszcze bardziej.

-Kusząca propozycja, ale obawiam się trochę wymiany… Hm, informacji o poprzednich partnerach między tymi paniami – odpowiada Erast. – Ja jestem bardzo słabego zdrowia, a wie pan, co mówią. Że w każdym seksie towarzyszą nam niejako wszyscy poprzedni wybrańcy naszej przyjaciółki.

-Święte słowa – przyznaje Vallenath ze śmiechem. – To prawdziwa plaga, zwłaszcza od ostatniego transportu tych białoskórych ślicznotek. Sam musiałem ostatnio leczyć się z jakiegoś paskudztwa. Nie sądzę, żeby przyszła żona była zadowolona, widząc to, co wyciekało ze mnie każdego ranka.

-Prawda, żona. Słyszałem o pańskim nieszczęściu. Proszę przyjąć wyrazy żalu.

-Nieszczęściu? – Eberhard patrzy na niego bez zrozumienia.

-Pańska wybranka. Zamordowana. Nie miałem okazji jej spotkać, ale słyszałem, że była uroczą kobietą.

-Prawda, ogromne nieszczęście – komentuje wicehrabia obojętnym tonem.

-Postanowiłem nawet odwołać resztę podróży ze względu na tę wiadomość. Nie zamierzam ryzykować przebywania zbyt długo na terenach, gdzie arystokrata może zostać zadźgany przez byle prostaka. Bo morderczynią była chyba służąca, prawda?

-Miałem nadzieję, że będzie pan towarzyszył nam w ciągu kolejnych dni. – Słyszę zawód w głosie Eberharda. – Zbliżają się doroczne wyścigi koni. Sam wystawiam kilka niezłych sztuk. Pan podobno nie inwestuje w konie?

-Nie, bo zupełnie się na tym nie znam, nad czym szczerze ubolewam. Jadąc tutaj miałem nawet nadzieję, że podszkoli mnie pan trochę w tym względzie, może nawet doradzi kupno kilku sztuk.

-Mam wspaniałą parę na sprzedaż. Świetny rodowód, potwierdzona płodność…

-Tym bardziej żałuję, że nie zostanę. Pewnie uważa mnie pan za tchórza, ale nie zamierzam ryzykować życia. Kiedy łachmaniarze raz poczują pańską krew, dostają od tego szału. Czasem bywają naprawdę groźni, przyzna pan? Nie rozumiem, jak w ogóle mogło przydarzyć się coś podobnego i to kobiecie o takim nazwisku. Tutejsza ochrona i władze wydają mi się dość… Nie chciałbym nikogo obrażać, ale pozwolić takiej strasznej zbrodni nie tylko się wydarzyć, ale co więcej dotąd nie schwytać morderczyni?

Nie wiem, co wyprawia ten dureń, ale chyba chce, żeby zwiększono siły pościgu.

-Nie musi się pan obawiać, moja posiadłość ma świetną ochronę.

-Podobnie, jak dwór von Boden, jak sądzę.

-Hrabio, zdradzę coś panu w tajemnicy – mówi Eberhard, nachylając się do Chyżego. – Ma pan mylne informacje. Nie ma powodu, by się bać. Ligia von Boden była… Naprawdę przykro mi to mówić ze względu na więzy, jakie miały nas połączyć, ale… Nie była do końca zdrowa. Cóż, powiedzmy wprost, ostatnio ciężko chorowała.

-Och, to straszne, sam mam ostatnio ciągłe problemy ze zdrowiem. A więc zabrała ją choroba? Na co zmarła? Na zapalenie płuc?

-Nie. Niestety gorzej. Od jakiegoś czasu miała problemy psychiczne. To nie była naturalna śmierć, panie hrabio. Popełniła samobójstwo. Taka hańba dla rodziny… Dlatego ukrywają to na razie i żeby zyskać na czasie, wymyślili ten, niezbyt wprawdzie zręczny, ale fortel z morderstwem. Łatwiej współczuć niewinnie zamordowanej, niż wariatce, w taki sposób hańbiącej rodzinę.

-To naprawdę okropne – woła Chyży z przejęciem, jednocześnie dyskretnym ruchem przykrywając moje wbijające się w jego ramię palce swoimi. – Można by pomyśleć, że aniołowie czuwali nad panem, chroniąc przed związaniem się z tą kobietą. Aż strach pomyśleć o dzieciach z takiego małżeństwa…

-Święte słowa, hrabio, nie była odpowiednią partią. Najgorsze, że przez nią przemknęła mi przed nosem świetna oferta. Mogłem w tej chwili być już zięciem Lodrona! Na szczęście córka mojego przyjaciela w tym roku osiąga wiek małżeński.

-Przygnębiająca historia, naprawdę. Szczerze mówiąc, przydałoby mi się po niej trochę rozrywki. Gdyby udostępnił mi pan pokoik, chętnie zabrałbym tam moją towarzyszkę, by poprawiła mi humor.

-Mam nadzieję, że w takim razie zostanie pan na wyścigi – mówi z szerokim uśmiechem Eberhard, podnosząc się.

-Nie widzę przeciwwskazań. Dam panu znać rano. Tylko niezbyt wcześnie, muszę odespać dzisiejszą nos. Sen, jak pan pewnie wie, jest bardzo ważny dla zdrowia. Dziękuję za miłe towarzystwo, wicehrabio.

-Hrabio Derbelego. – Vallenath kłania mu się lekko.

Służący prowadzi nas do słabo oświetlonej sypialni z przesadną ilością ozdób na ścianach. Deonllin zamyka drzwi, opiera się o nie plecami i wzdycha z ulgą.

-Chyży – syczę, wskazując wybrzuszenie w jego spodniach.

-Widziałaś tamte dziewczyny, Li, musiałbym być z kamienia. Nie zwracaj uwagi, za chwilę przejdzie.

Siadam przy niewielkim stoliku. Nalewam sobie pełny kieliszek wina. Ręka okropnie mi się trzęsie. Chyży podchodzi i chwyta moją dłoń, gdy podnoszę naczynie do ust.

-Zostaw – mówi bardzo cicho, ale stanowczo. – Wciąż jesteśmy na terenie wroga. Nie możemy pozwolić sobie na błędy.

Zdjął maskę, przygląda mi się uważnie. Odwracam twarz nie dość szybko, żeby nie zobaczył łez, których nie udaje mi się powstrzymać. Siada naprzeciw mnie, splata dłonie na podbródku i zastanawia się nad czymś przez długą chwilę, dając mi tym samym czas, żebym się uspokoiła. Potem przywołuje mnie do siebie ruchem ręki. Siadam na jego kolanach, rozumiejąc, że ktoś może podsłuchiwać nas albo obserwować.

-Zrobili ze mnie wariatkę i samobójczynię – szepczę z jękiem do jego ucha.

-Nie – odpowiada, kryjąc usta w moim dekolcie. – On zrobił z ciebie wariatkę i samobójczynię na potrzebę chwili.

-Myślisz, że wie o wszystkim?

-Jestem pewien. Jego ludzie na pewno intensywnie cię poszukują.

-Po co? Przecież nie jestem dla niego odpowiednią partią…

-Ligio, głuptasie, jesteś Tarczą rodu von Boden. Nie istnieje człowiek, dla którego nie jesteś odpowiednią partią, a te gadki o innych dziedziczkach może sobie wsadzić w dupę.

-Byłeś cholernym mięczakiem, Chyży – mruczę, uśmiechając się mimo smutku.

-Prawda? – pyta z dumą i wesołym uśmiechem.

-Chodźmy stąd. Nie chcę spędzić tu ani sekundy dłużej.

Gdy wracamy do domu jego przyjaciół, gospodarze i ich syn od dawna śpią. Wspinamy się po cichu na poddasze. Chyży rozpina koszulę, rozburza ręką włosy i zmywa dokładnie pomady z twarzy. Ja siadam na łóżku w pełnym okropnym stroju, nie mając siły się rozebrać. Podchodzi i siada obok mnie. Zastanawiam się, czy widzi łzy za gęstą siateczką maski.

-Co teraz zamierzasz? – pyta spokojnie po chwili.

-Nie wiem. Co powinnam zrobić?

Wstaje, podchodzi do okna i spogląda przez chwilę na śpiące miasto. Potem zatrzaskuje okiennice i pokój pogrąża się w całkowitej ciemności. Słyszę, że drugie łóżku skrzypi pod jego ciężarem. W pierwszej chwili myślę, że zignorował moje pytanie, ale to nieprawda.

-Masz jakichś przyjaciół, którym powierzyłabyś swoje życie? Dla których byłabyś gotowa narazić własne?

Nie muszę długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Bernard, jedyny, kogo kiedyś mogłabym wziąć pod uwagę nie kontaktuje się ze mną od kilku lat i nie wiem nawet, gdzie obecnie mieszka.

-Nie mam.

Znów chwila ciszy, tym razem dłuższa. Słyszę szelest ściąganej koszuli i spodni.

-Myślę, że powinnaś jak najszybciej wyjść za mąż – oznajmia poważnie. – Za kogoś wpływowego, kto zdoła zapewnić ci ochronę. Oznajmicie oficjalnie, że uciekłaś ze względu na szaloną miłość do niego, nie wspomnisz nic o tym waszym darze. Prawda pozostanie bez znaczenia, jeśli twoja wersja wydarzeń będzie sensowna dla ogółu. Ucieczka z kochankiem i szybki, potajemny ślub – powtarza. – Wybuchnie oczywiście wielki skandal, ale na to jesteś chyba gotowa. Krewni będą musieli odkręcić całą sprawę z twoim rzekomym morderstwem i listami gończymi. To wszystko da ci trochę czasu, żeby zastanowić się nad kolejnym ruchem. I zdejmij wreszcie tę sukienkę, wygląda na cholernie niewygodną.

Robię, jak mówi. Gdy kończę się przebierać w koszulę nocną, Chyży zapala świecę. Siedzi na łóżku w samych spodniach podróżnych, z dłońmi splecionymi na wysokości ust i przygląda mi się uważnie. Zdążyłam już zaobserwować, że to chyba jego ulubiona pozycja do ponurych rozmyślań.

-Jest jeden problem – mruczę z goryczą. – Nie znam nikogo odpowiedniego. A nawet, gdybym znała, dlaczego miałby mi pomagać?

-Ja znam kogoś odpowiedniego.

Dźwiga się i podchodzi do swojego bagażu. Potem podaje mi jakieś przedmioty. Przysuwam bliżej świecę. Medalion, sygnet, dokumenty.

-To twoje rzeczy – mówię, nie rozumiejąc.

-Tak. To wprawdzie umniejsza mojemu sprytowi, bo oznacza, że dostałem się na imprezę u Vallenatha całkiem legalnie, ale nie o tym teraz mowa. Bo naprawdę jestem hrabią Derbelego, panem zamku La Rash i większej części Wschodnich Rubieży. Może lepsze byłoby określenie samozwańczy hrabia, ale nie zmienia to niczego w naszej sytuacji. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć. Te dowody przekonały straż przy bramie i służbę Vallenatha, muszą przekonać także ciebie, bo w tym momencie nie mam niczego więcej, by udowodnić ci, że mówię prawdę.

Ma rację, nie wierzę mu. Nie wierzę mu, bo to po prostu niemożliwe. On arystokratą?!

-Chcesz mi wmówić, że jesteś tym dziwakiem z prowincji? Tym unikającym ludzi bogaczem z ponurym zamczyskiem na karku?

-Nie nazwałbym La Rash ponurym. To wyjątkowe miejsce.

-Mój Boże, ty nie żartujesz! Chcesz mnie wydać władzom, dlatego wymyślasz takie historie…

-Obawiam się, że nie masz w tej sytuacji czasu na pozbawione sensu ataki paniki, Ligio – odpowiada, niewzruszony moimi oskarżeniami. – Przemyślisz sobie wszystko na spokojnie, ale najpierw daj mi dokończyć.

Ma rację, nie mam na to czasu. A to faktycznie wyjaśniałoby łatwość, z jaką dostał się do miasta i na bal. Ale czemu miałby podróżować w takim stroju? Bez eskorty? Bez powozu? Nie, to jednak nie trzyma się kupy. Z drugiej strony, jeśli miałabym uwierzyć, że jest hrabią, to stroniący od balów i odpowiedniego towarzystwa Derbelego z twierdzy La Rash, położonej na tych okropnych, bagnistych terenach pasowałby do niego.

-Mam dla ciebie propozycję – ciągnie, widząc, ze moje pierwsze zdumienie minęło. – Zostań moją żoną. Tarczą mojego zamku, który bardzo potrzebuje takiej ochrony. W dodatku dzięki temu stada podstępnych matron z małoletnimi, rozpieszczonymi idiotkami przestaną gonić za moim tytułem. W zamian ofiarowuję ci opiekę, swobodę i święty spokój. Otrzymasz część La Rash do swojej dyspozycji. Na dobrą sprawę nie będziesz nawet musiała mnie widywać, jeśli nie zechcesz. Ale uprzedzam, że nie zamierzam marnować pieniędzy na fatałaszki, nowe powozy, bale i inne takie. Nie jestem też zbyt towarzyski, jeśli mowa o towarzystwie wyższych sfer i wolałabym, żebyś ty też nie była. Zrozumiesz wszystko, jeśli pojedziesz ze mną do mojego domu. Za dużo gadania o sprawach materialnych w tych tragicznych oświadczynach, prawda? Ale nie chcę, żebyś czuła się potem oszukana, jeśli się zgodzisz. Proponuję ci życie na dobrym poziomie, lecz nie na poziomie, jaki znałaś. Nie wymagam od ciebie rzecz jasna wierności ani nawet przyjaźni. Nie zamierzam cię tłamsić ani kontrolować. Jedyne, czego wymagam, to lojalność. Nie mam czasu na zastanawianie się, czy pod moim dachem mieszka ktoś, kto zamierza wbić mi nóż w plecy. Ale tych zapewnień też nie wymagam od razu. Najpierw musisz zobaczyć twierdzę i stwierdzić, czy zdołasz w niej wytrzymać.

-Nie ma nikogo, dla kogo nie jestem świetną partią, tak? – pytam ze smutnym uśmiechem.

-Tak – przyznaje poważnie, nie unikając mojego wzroku i próbuję przekonać samą siebie, że cenię tę jego okropną szczerość.

-Obronisz mnie przed rodziną? I nie będziesz zmuszał do niczego?

-Tak. Wiem, że znamy się krótko i niewiele, ale przysięgam ci, że tak będzie.

-Jeśli się zgodzę, ja też mam warunek. Nie będziesz trzymał swoich kobiet na zamku. Będziesz jeździł do nich poza jego mury. Mogę być twoją żoną tylko z nazwy, ale nie zniosę takiego upokorzenia.

-Dobrze – mówi po kilku sekundach zastanowienia.

-Pozwól mi to przemyśleć. Odpowiem ci rano.

Gasi świecę i się kładzie. Wsłuchuję się przez kilka minut w jego spokojny oddech, zastanawiając się, czy śpi. Jeszcze niedawno sądziłam, że gdyby przyszło mi spędzić noc w jednym domu, a co dopiero w jednym pokoju, z obcym mężczyzną, nie mówiąc nawet o ściganym mordercy, nie zmrużyłabym oka ze strachu. I faktycznie nie śpię całą noc ze zdenerwowania. Ale sam Chyży to najmniejszy z moich problemów.

Dlatego rano, gdy wstaje słońce i on wreszcie otwiera oczy, które okazują się mieć kolor błękitu i stali, przez chwilę patrzymy na siebie w milczeniu, a potem kiwam krótko głową.


Poprawiony: poniedziałek, 09 kwietnia 2012 18:51