Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Brytan i Katarina - część 1

Róża Jakobsze-Hajkuś

Brytan i Katarina

 

Brytan:

Jesteś moją opoką, Katarino. Białym ptakiem na horyzoncie pustkowia. Kryształem w górze gnoju. Nie myślę o tobie, gdy mam mundur poplamiony krwią, ani wtedy, gdy naciskam spust. Wierzę, że gdy myślę o tobie, patrzysz moimi oczami, a nie to chciałabyś zobaczyć. Dlatego myślę o tobie, gdy oglądam wystawy w nowych galeriach i muzeach albo gdy słońce dźwiga się ciężko, by zawisnąć na nieboskłonie, zakurzone. Nigdy nie lubiłaś podziemi, nie rozumiałaś, jakie są wygodne i bezpieczne, dlatego myślę o tobie, wspinając się po drabinach z metalu, wciskając fosforyzujące przyciski wind, depcząc nierówności chodników, podziwiając za ciebie na głos rzeźby na placach, stare kamienice.

Teraz muszę iść i przez jakiś czas nie będę o tobie myślał. Śpij spokojnie, wrócę, nim się obudzisz.

Całuję chudą dłoń i wychodzę, zamykając bezgłośnie grube, ciężkie drzwi.

 

Leonard:

Nazywam się Leonard Thorsen i trafiłem do Dzikich Psów za karę. „Za karę” brzmi trochę śmiesznie, jak klaps, postawienie w kącie, ale przecież moje przewinienie było śmieszne. Ukradłem raptem parę drobiazgów, a tu od razu furia, wyzwiska, procesy, artykuły w szmatławych gazetach i zesłanie do przerażających sił zbrojnych naszego wspaniałego miasta.

W porządku, jestem złodziejem, czy próbuję zaprzeczyć? Niestety niezbyt zręcznym. Zbyt naiwnym, zbyt niedoświadczonym. Dlatego chociaż na początku pomyślałem: „Kurwa, armia, przecież to mnie zabije!”, zaraz potem rzekłem sobie: „Nie, Leo, to nie tak, to twoja szansa, by stać się wreszcie cwanym sukinsynem. Może nie o tym marzyła mamusia, lecz to najlepsze, co może cię spotkać.”

Myliłem się we wszystkim. To nie armia, to coś z zamierzenia jak policja, z metod terrorystyczna bojówka. Nie potrafię wyjaśnić tego porządnie, bo w skrócie brzmiałoby: zabijamy każdego, kto przekroczy linię, a taka wersja brzmi dość okrutnie, aż wstyd wypowiadać ją na głos.

Nie byłem przygotowany na to, co mnie spotkało. Wbrew pozorom, jakie mogłaby stwarzać moja profesja, wychowałem się w normalnej, kochającej rodzinie i nigdy nikogo nie skrzywdziłem tak, by się nie pozbierał, nie mówiąc o zabijaniu. Nie, nie byłem przygotowany na oddział Dzikich Psów, ale kto normalny byłby? To niezbyt oryginalna nazwa, lecz Brytan nie dba o takie szczegóły. Podobnie jak nie obchodzi go, że inni nazywają nas Kundlami, ani to, że niektórzy z jeńców sikają po nogach na jego widok.

Brytan to ogromny i brodaty psychopata z burzą czarnych włosów, które nie chcą siwieć, tak jak on wydaje się w ogóle nie starzeć. Lecz najgorsze są jego oczy. Stalowoszare, okrutne spojrzenie, które dociera do najgłębiej ukrytych lęków, czasem tych, o których człowiek w ogóle nie zdawał sobie sprawy. Brytan to mój dowódca. Na wszelkie wahania ze strony któregokolwiek z nas, odpowiada zawsze:

- To wojna, dupku.

Po czym wyrywa broń i sam odstrzeliwuje głowę złapanemu biedakowi, a potem jeszcze raz patrzy na tego, który stchórzył, by przy najbliższej okazji wydać mu rozkaz zamordowania ciężarnej kobiety lub dziecka, którzy zapomnieli o godzinie policyjnej, pomylili uliczki.

Wcześniej nie rozumiałem, że trwa wojna. Wiedziałem, że wyznaczono obszary, do których nie wolno się zbliżać, że po godzinie tej i tej nie należy przekraczać granic niektórych dzielnic, że na ulicach pojawiło się więcej policji i od czasu do czasu wybuchają bomby w metrze, walą się wieżowce. Mimo to sądziłem, że ukrycie niektórych oddziałów pod ziemią to durna plotka, których miliony powstają w tym specyficznym czasie, poprzedzającym ogólną rzeź. Nie czułem, że wojna już się zaczęła. Czułem, że jestem głodny, gdy stałem w korku i spóźniałem się na niedzielny rodzinny obiad, czułem, jak bardzo podnieca mnie dziewczyna z baru, która w seksowny sposób rozchyla usta, gdy notuje moje zamówienia, czułem zmęczenie, lenistwo, ekscytację. Ale nie czułem zapachu krwi, wydobywającego się z kratek ściekowych, nie czułem strachu.

Pułkownik Francis Robin Havers tłumaczył kiedyś Brytanowi, że nie ma potrzeby wykańczać każdego, kto zabłądzi nocą, ani torturować wszystkich, którzy wydadzą mu się podejrzani. Ale potem Szarzy przepuścili dzieciaka, który wracał do zmartwionej matki, a po dwóch minutach kawałki pięciu z nich przylepiły się do ścian i płonęło pół magazynu z bronią. Następnego dnia nasz kapitan dostał order i Havers już nigdy nie skrytykował jego bestialskich metod.

W myślach i snach nie obowiązuje mnie lojalność. Tu, w głowie, mogę nazywać rzeczy po imieniu, tylko po cichu i z umiarem, żeby potwór nie odczytał nic w moich oczach, nie przeznaczył na pierwszy ogień, nie kazał gwałcić dziewczynek.

Może ta dwuletnia służba wyjdzie mi jednak na dobre. Ukradłem kilka opasek, ale to czyn po cichu tolerowany. Codziennie znika przynajmniej pięć, każdy przecież chce chronić rodzinę przed Mutantami. Jedną dałem matce, parę Hanie. Ostatnią ukryłem w pokoju z dzieciństwa, pod jedną z desek w kącie. Kiedyś zdejmę mundur i skończę z tym syfem, a wtedy znów stanę się bezbronny i muszę wcześniej zabezpieczyć się jak tylko mogę. Paradoks: biegając ze spluwą i zdejmując rzekomych terrorystów jestem bezpieczniejszy, niż siedząc w domu przed telewizorem. Mutanty pracują powoli, lecz czy komuś z nas spieszy się do śmierci?

- Noś ją zawsze, dobrze? – powiedziałem do Hany, gdy przyglądała się krytycznie przezroczystej, gumowej bransoletce. – Najlepiej przyczep do bransoletki albo paska zegarka, ale nigdy nie zdejmuj.

- Mamo, młodemu znowu odbija! – zawołała drwiąco moja siostra. – Daj spokój, uważasz to za dobry żart? Brzydkie i się lepi…

- Masz to nosić, Hana. Kiedy wojna zacznie się na dobre, pojawią się mordercy, o których ci się nie śniło, a wtedy tylko to nas uratuje.

- Bredzisz – zadecydowała i odwróciła się na pięcie.

- Proszę, noś ją! – zawołałem, patrząc, jak znika w kuchni.

Gdy całe życie jest się błaznem, trudno zdobyć posłuch, nawet wśród najbliższych.

Przypomniałem sobie o tym, bo właśnie dostrzegam jednego z Mutantów. Oficjalnie nazywa się ich Niejawną Jednostką Kryzysową, mniej oficjalnie Cholernymi Pożeraczami Umysłów, Pierdolonymi Dziwolągami, Masakratorami. Brytan ochrzcił ich krótko Mutantami. Mutant, który mnie mija powłóczy nogami, przesuwa się nieznośnie wolno, jakby każdy ruch stanowił wielkie przedsięwzięcie. Jego długie, białe palce poruszają się w dziwny sposób, jakby próbowały pochwycić coś w powietrzu. Patrzy prosto przed siebie, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi i sądziłem, że oni nie dostrzegają realnego świata, póki nie spoczął na mnie wzrok jednego z nich, równie przenikliwy jak wzrok mojego dowódcy.

Tylko raz widziałem kogoś takiego w akcji. Mieliśmy ciężką sytuację, bo obiekt, który rozkazano nam zdobyć, okazał się pieprzoną fortecą. Czułem, jak uginają się pode mną nogi i przeklinałem się w duszy za spełnienie obywatelskiego obowiązku i odbycie służby wojskowej. Gdybym wymigał się jak każdy mądry, siedziałbym w spokojnym, bezpiecznym więzieniu. Zamiast tego dostałem wolność, karabin w łapę i pięćdziesięciu zdesperowanych terrorystów w obleganym domu.

- Nie wejdziemy tam – stwierdził Jack, dopalając papierosa.

- Jesteś pewien? – spytał spokojnie Brytan.

Zmarszczył brwi, ale nie patrzył na Jacka ani na nas, tylko na ciemny dom, zaminowany, opleciony gęstą siecią kabli, które miały oznajmić mieszkańcom nasze przybycie albo od razu zrobić z nas szaszłyki. Tamci mieli nawet maga. Trzymali go w wielkim akwarium, cholerni psychopaci. Widziałem go potem martwego pośród szkła, z wybałuszonymi oczami, w plątaninie plastikowych rurek.

- Wiedzą, że tu jesteśmy – odrzekł Jack. – Stracimy wielu ludzi, kapitanie.

- Zbombardujmy, wysadźmy w powietrze ten burdel! – zaproponował drugi z przybocznych dowódcy, krępy i wąsaty Ciułacz.

- Nie – uciął Brytan, mieliśmy przejąć ich zapasy broni, nie mogliśmy zniszczyć składu. – Dajcie Mutanta.

W pierwszym momencie wyglądał jak zagubiony chłopak. Miał wątłe ciało dziecka, płowe włosy, sięgające ramion i oczy w jasnym, nijakim kolorze. Przez krótką chwilę rozglądał się z nieśmiałym zainteresowaniem. Potem ujrzał Brytana i od razu zorientował się, że on jest dowódcą, mimo jego prostego munduru bez emblematów. Stanął przed nim i uśmiechnął się.

- Widzisz tamten budynek? – spytał Brytan surowo. – Wszystkich.

- Niech pan zaczeka! – Jack złapał go za przegub. – Mag.

- Potrafisz odróżnić od innych jednego człowieka, który nie będzie uzbrojony? – zwrócił się dowódca do Mutanta. – Chudy mężczyzna, czterdzieści siedem lat. Wygolony na całym ciele, grupa krwi A plus. Blizna na lewej łopatce, brak małego palca u lewej dłoni. Zdolności telekinetyczne, nieznaczna zdolność jasnowidzenia.

- Nie – odpowiedział beztrosko Mutant, a jego uśmiech przeraził mnie, tylko w nim było radosnego okrucieństwa.

- W takim razie wszystkich na terenie budynku – zarządził kapitan, a Jack zaklął ze złością.

- Łącznie z ogrodem?

- Szkoda czasu. Ogrodem zajmą się moi chłopcy.

Po raz pierwszy widziałem, jak zabija Mutant. Pułkownik Havers twierdzi, że ich jedyną wadą jest to, że działają wolno – by pozbawić życia jednego człowieka potrzebują blisko kwadransa. Ja uważam, że to cholernie krótko, by dosięgnąć kogoś, kto kryje się w bezpiecznej piwnicy, opiera plecami o kuloodporne drzwi, ucieka zbyt szybko, byśmy mieli szansę go dopaść, wspina się zbyt wysoko. Z drugiej strony, dla ofiary to faktycznie długo. Kilkanaście minut męki.

Mutant klęczał na ziemi i wył jak policyjna syrena. Po kilku minutach skulił się i wyrzygał wielką plamę krwi. Z jego oczu i ust wciąż płynęły cienkie, czerwone strugi, a on na zmianę łkał i szeptał swoje zaklęcia odmieńca. Pieprzony włamywacz, przekraczający niezauważenie wszystkie bariery ciała, wędrujący z biegiem nerwów i naczyń, drążący w mózgowej korze. Czasem wydaje mi się, że oni mogliby wykonać swoją robotę o wiele szybciej, w kilka sekund. Ale nie chcą.

Trzęsłem się ze strachu, patrząc na Mutanta, widząc co jakiś czas jego dyskretny, upiorny uśmiech na zsiniałej od wysiłku twarzy. Chyba wszystko było w porządku, bo nikt nie próbował mu pomóc, nikt nie podnosił go z brudnej ziemi, z kałuży wymiocin i szczyn. Po jakimś czasie usłyszałem wrzaski wewnątrz obleganego budynku. Po dwóch godzinach stało się to, co przewidział Brytan. Tamci zaczęli uciekać. A my wybijaliśmy ich szybko i bezlitośnie z naszych bezpiecznych pozycji. Wydawało mi się, że zaraz zwariuję. Za sobą miałem trzęsącego się potwora, który potrafi na odległość sprawić, by człowiek stał się kawałkami mięsa, rozprowadzonymi po suficie. Przed sobą przerażonych ludzi, często w moim wieku, który opuszczali śmiertelną pułapkę, by wpaść prosto w moje ręce. Dostrzegłem, że kapitan przygląda mi się ze znudzeniem. Opanowałem drżenie rąk i zabijałem ich, kurwa. Wszystkich, których zdołałem dostrzec i dosięgnąć, jak w makabrycznym śnie. Wiedziałem, że jeśli oszczędzę wroga, sam stanę się wrogiem, to oznacza ból i śmierć, a ja nie jestem odważny. Wspomnienia z kolejnych chwil to tylko zlepek wrażeń. Pamiętam szał, błyski, wrzaski, wzbierający gdzieś w gardle szloch, roztrzęsione ręce, mokra od potu rękojeść, histeryczny śmiech kogoś po mojej lewej.

Brytan oparł się o mur, ziewnął i wyjął papierosa.

Mutant, który mija mnie w tej chwili, nie pozbawia nikogo życia. Zerkam odruchowo na swój nadgarstek. Dowództwo ciągle powtarza, że Mutanty nie zabijają nikogo, kogo nie kazano im zabić, że używa się ich wyłącznie w krytycznych sytuacjach, dla ratowania życia dzielnych żołnierzy słusznej sprawy. Powtarzają to, wciskając nam na ręce opaski, ukrywające nas przed ich niewidocznymi mackami, więc po co to całe pieprzenie?

Jakby czytał w moich myślach, Mutant spogląda na mnie i uśmiecha się. Spuszczam wzrok, udając, że bardzo interesuje mnie podłoga. Dopiero gdy znika za zakrętem, mogę odetchnąć spokojnie.

Brytan pojawia się na końcu korytarza. Wszyscy podrywamy się i salutujemy. Nadchodzi, by poprowadzić nas na chwałę śmierci i strachu.

 

Brytan:

Pamiętasz, jak oglądaliśmy rusałki?

Nie chcę opowiadać ci o tym, jak spędziłem dzień. Dziś też wróciłem w poplamionym ubraniu. Zawsze zmieniam je, nim do ciebie podchodzę, źle znosisz widok krwi. Pamiętam jak odwracałaś wzrok, gdy opatrywałem ci rany i jak złościło cię to okazywanie słabości. Dziś znów opowiem ci o tym, co dobrze znasz. O naszym czasie sprzed wygnania z raju, zanim zostałem dowódcą, zanim ujrzałaś pierwsze zagubione dusze.

Pamiętasz, jak oglądaliśmy rusałki, Katarinka? Zabrałem cię tam rankiem, zanim wzeszło słońce. Chciałaś ukryć się w zaroślach, rozbawił mnie ten pomysł, usłyszałyby nas wtedy z pewnością. Wspięliśmy się i położyliśmy na skałach, spoglądaliśmy na jezioro z góry. Nie liczyłem, że się uda i że się wynurzą, lecz zrobiły to. Pojedyncze, smukłe kształty pod powierzchnią, falujące pasma ciemnozielonych włosów, a później ledwie słyszalny śpiew dziesiątków tych stworzeń, subtelny koncert, witający dzień. Ściskałaś mocno moją rękę, byłaś zachwycona.

- Anthon – szeptałaś. – To cudowne. Cudowne.

Byłem szczęśliwy, widząc twój uśmiech, roziskrzone oczy. Byłem młody, pamiętasz? Ty nigdy się nie zestarzałaś. Wciąż jesteś tą dziewczyną moich marzeń, onieśmielającą mnie jak nikt na świecie. Tylko przy tobie traciłem mowę, tylko ty potrafiłaś uspokoić mnie jednym spojrzeniem.

Po historii z rusałkami zamknęli mnie w karcerze na siedem dni.

- Dobrze wiesz o zakazie wtajemniczania cywilów, pierdolony Romeo! – wciąż warczał dowódca, gdy już nie miałem siły się podnieść, a w tle świat wirował i dźwięczał śmiechem twoich słodkich ust.

Nie powiedziałem ci, że rusałki wkrótce wyłapano i wszystkie zdechły w laboratoriach w przeciągu kilku miesięcy. Ani tego, że mnie ukarano.

- Znikasz na tydzień, a potem wracasz i skarżysz się, że jesteś głodny jak wilk?! – krzyczałaś, gdy tylko pojawiłem się w drzwiach. – Nie dawała ci jeść na tej niby delegacji?!

- Głuptasie – powiedziałem łagodnie, chwytając atakujące mnie ręce, a potem kochaliśmy się w przedpokoju, nie zdążyłem nawet zdjąć płaszcza.

Byłem inny wtedy, pamiętasz? Wspominam swoje odbicie w twoich ślicznych oczach i nie wiem, czy wiele z tego zostało. Czy patrząc na mnie teraz, widziałabyś trupy, jakie depczę prawie każdego dnia, zapowiedź wojny, która wybuchnie lada chwila, bo odciągano ją już i tak zbyt długo? Czy ujrzałabyś siłę i odporność, które zdobyłem, by ciebie zadowolić?

Byłaś dzielna, rozumiałabyś mnie. Zawsze byłaś moją opoką, Katarina.

 

Leonard:

Zamawiam hamburgera i wydaje mi się, że nie ma piękniejszego widoku, niż piersi, rozsadzające stanik. Dziewczyna odchodzi, a ja nie mogę oderwać od wzroku od jej tyłka. Muszę wyglądać jak idiota, to dodatkowo mnie stresuje. Zbyt gwałtownie się odwracam, strącam ze stołu solniczkę.

Jeden dzień w tygodniu mam wolny. W każdą sobotę jem tutaj okropnego hamburgera i wyobrażam sobie tę ślicznotkę rozebraną, w wannie lub na łące, cholera, gdziekolwiek, byle ze mną. Przyglądam się jej obojczykom, rysującym się pod gładką skórą, gdy pochyla się, stawiając przede mną talerz, wsłuchuję w barwę głosu, gdy pyta o rodzaj mięsa. To nie brzmi romantycznie, ale przy niej, chociaż jej nie znam, zapominam o nocnych eskapadach po śladach przerażonych uchodźców, potyczkach z młodymi kobietami, wysadzającymi się w powietrze, by zabrać w swoje zaświaty kilku z nas, wykrwawiających się kolegach, moich przerywanych, śmierdzących potem snach.

O czym miałbym z nią rozmawiać? Zastanawiam się nad tym, patrząc, jak znika w kuchni. Nie jestem dobry w niczym, oprócz karcianych sztuczek, ale gdybym pokazał jej jakieś, ona też uznałaby mnie za błazna. Nie mógłbym chwalić się sukcesami w pracy, u nas sukces to roztrzaskanie czaszki uzbrojonego faceta o chodnik. Jej nie potrafiłbym oszukiwać, wmawiać, że bronimy słabszych jak gliniarze-mściciele ze starych filmów.

- Wujek!

Nim przebrzmiewa ten okrzyk, Donald, pięcioletni syn Hany, przylepia się do mojej nogi.

- Świetnie, że tu jesteś! – woła moja siostra od drzwi. – Zostań z Donem na chwilę, zaglądnę do sklepu…

- Hana!

Już jej nie ma, za to mały rozsiada się naprzeciw mnie.

- Na co masz ochotę? – pytam, zrezygnowany.

- Sałatkę z warzywami! – woła radośnie, Boże, czy to na pewno dziecko?

Mój hamburger zbliża się, niesiony przez ślicznotkę, do której pewnie nigdy się nie odezwę.

- To wszystko? – pyta.

- Prosimy jeszcze o sałatkę warzywną.

- Wujku, opowiedz mi bajkę o Panu Rzodkiewce! Wiesz, tą naszą ulubioną. Opowiedz, jak pokonał Pana Jajko!

Jeśli miałem u niej szanse, właśnie zostały pogrzebane przez tego małego dręczyciela! Uduszę go, gdy dorośnie! Nie, zamorduję Hanę, która zmusiła mnie do wymyślania durnych opowiastek o warzywach dla swojego wypluwającego zdrowe jedzenie dziecka. Stworzyłem małoletniego dziwoląga, lubującego się w zieleninie i właśnie zostaję za to ukarany przez Opatrzność…

- Pan Rzodkiewka przed chwilą zszedł na zawał, nie będzie więcej bajek – odpowiadam, wdeptany w ziemię, a dziewczyna odchodzi, z trudem powstrzymując śmiech.

- Nie, wujku – mówi Don, przewracając oczami. – Dostał eliksir leczący wszystko od Pana Pomidora, nie pamiętasz?

- Pomidory nie znają się na leczeniu, Donald, to podstępni kanciarze. Chociaż i tak moralnie czyściejsi niż siostrzeńcy, wbijający tasak w plecy.

- Mama powiedziała, że powinieneś wreszcie sobie kogoś znaleźć. Ale jaka dziewczyna by ciebie chciała? – dodaje w momencie, gdy dziewczyna podaje mu sałatkę, doskonale zresztą naśladując nonszalancki ton Hany.

- Don, lepiej przestań się tyle zastanawiać nad moją osobą, albo spiorę ci tyłek. Jedz swoje ohydne witaminy.

- Specjalna porcja Pana Rzodkiewki – mówi dziewczyna na odchodnym i Don obdarza ją szerokim, szczerbatym uśmiechem.

- Przepadłem – jęczę, gdy się oddala. – Zniszczyłeś swojego wujka, Don. Czy tak wychowała cię ta hetera? Dlaczego musiałem was spotkać?

- Pan Rzodkiewka pogardza szkodliwym Panem Hamburgerem – mruczy do siebie Donald, ignorując moje żale.

Już nie wiem, co gorsze, Brytan, Mutanty i podziemia, czy moja miłość, oddalająca się na wieczność drogą z rzodkiewek i przemilczanych tęsknot nieudacznika.

 

Nigdy jeszcze nie było tak cicho na strzelnicy. Brytan mierzy surowym wzrokiem wysokiego, szczupłego mężczyznę w obcym mundurze, ze zdobiącym pierś orderem, którego nie rozpoznaję. Tamten nie okazuje strachu, ma dumnie uniesioną głowę, ale zmarszczki przy oczach wydłużają się, gdy mruży je nieznacznie.

- Możemy rozmawiać tutaj – mówi Brytan.

- Na rozkaz pułkownika zgłaszam się do pana dyspozycji – oznajmia tamten.

Przypominam sobie plotki i wiem już, kim jest nieznajomy. Ogarnia mnie niepokojące przeczucie.

- Ilu ludzi ma pan pod sobą? – pyta nasz dowódca, zerkając na grupę żołnierzy, stojącą przy drzwiach.

- Dwudziestu pięciu.

- Wszyscy popierają pana decyzję? Wszyscy są pierdolonymi zdrajcami?

Tamten blednie, zaciska usta, lecz nie odpowiada.

- Ulokujcie się w siódemce na końcu wschodniego korytarza. Duża sala, znajdzie się dwadzieścia sześć łóżek. A jak nie, to się dostawi. Gdy będziecie potrzebni, wezwę was.

Mężczyzna tym razem nie wytrzymuje.

- Mam stopień… – zaczyna, ale kapitan nie pozwala mu dojść do głosu.

- Szczam na twój stopień, a skoro uważasz się za ważnego, to czemu nie zostałeś tam, gdzie było ci tak dobrze? Myślisz, że potrzebujemy tu skurwieli takich, jak ty? Planujemy wymordować wielu twoich przyjaciół i braci, już to robimy, a ty chcesz nam w tym pomóc? Przychodzisz tu z orderem, przyznanym przez tych, których wystawiłeś. Jesteś śmieciem, jesteś gównem i gdyby to zależało ode mnie, kazałbym cię rozstrzelać, gdy już wywrzeszczałbyś przydatne informacje. Śmieciom się nie ufa, nie szanuje się szmat, więc stul pysk i zapierdalaj do siódemki, zanim zmienię zdanie i każę ci spać w kiblu, z głową w sedesie.

- Pułkownik Havers zapewnił…

- Pułkownik oddał cię do mojej dyspozycji.

- Tak jest – syczy zdrajca ze złością.

Brytan przygląda mu się przez kilka sekund. Potem rozpina spodnie i sika. Na podłodze między nim, a tamtym rośnie plama.

- Czołgaj się i liż.

W pierwszym momencie obcy patrzy na kapitana, jakby nie rozumiał, a jego żołnierze wyglądają na zszokowanych.

- To rozkaz – mówi Brytan lekko znudzonym głosem. – Czołgaj się i liż.

Dopiero teraz mężczyzna rozumie, że to nie żart. Jeszcze się waha, jeszcze jest oburzony i wyniosły, chce oponować, powoływać się na Haversa…

Wystarcza jedno spojrzenie Brytana, jeden jego ruch. Tamten na oczach swojego oddziału pada na kolana. I drżąc z upokorzenia wykonuje rozkaz naszego dowódcy.

Chciałbym odwrócić się i odejść. Zrzucić mundur, dotrzeć do windy i wyjechać na powierzchnię. Pokazać dokumenty strażnikom, wyjść na ulicę, dojechać metrem do świątyni egipskiej, a potem wsiąść w tramwaj, skręcający w ulicę przy operze. Na jej końcu jest niewielki bar. A w nim ciemnowłosa dziewczyna, która ma ciepły głos i spokojne spojrzenie.

 

Brytan:

To nowe muzeum, Katarino. Nie możesz go znać, sam dowiedziałem się o nim całkiem niedawno. Popatrz na obraz na końcu sali. Taki chciałbym mieć, namalowany twoimi dłońmi. Spójrz, ten drugi by ci się podobał, bo mi nie podoba się wcale. Widzisz tę perską kolumnę w hollu? Idealna, by przycisnąć cię do niej i kochać.

Na twoje urodziny pójdziemy do teatru, chcesz? Na jakąś starą sztukę, tak starą, że nikt inny o niej nie pamięta, tylko my. Zajmiemy najlepsze miejsca i założę garnitur, nie poszłabyś ze mną, gdybym ubrał się inaczej.

Patrz uważnie, maleńka. To są prawdziwe kolory. Nie tylko czerwień i grafit, i noc.

 

Leonard:

Nawet sprzątacze nie mają wstępu na pokoje Brytana. Dowódca nie przyjmuje żadnych gości, żadnych kobiet, a przecież cały wolny czas spędza w tym mieszkaniu. Krótki korytarz kończy się pancernymi drzwiami. Wejścia chroni dodatkowo kilka terminali, na których kapitan za każdym razem cierpliwie wystukuje kolejne hasła. Nikt nie wie, co jest dalej, jakie skarby tam trzyma, jakie ukrywa grzechy.

- Naprawdę cię to nie ciekawi? – pyta Pedro i zaciąga się skrętem.

- Lepiej się nad tym nie zastanawiać – mruczę, zerkając ukradkiem, czy siedzący nieopodal żołnierze nie słuchają naszej rozmowy.

- Dupa z ciebie – stwierdza ze śmiechem Pedro, podając mi papierosa.

- Dokąd idziemy dzisiaj?

- Nie wiesz?! Jak to się dzieje, że jeszcze jesteś w jednym kawałku? Nigdy nie wiesz, co się dzieje!

- Powiesz mi wreszcie? – pytam niecierpliwie.

- Szykuje się trudna akcja – odpowiada już poważnie, wdeptując niedopałek w ziemię. – Magowie prawie namierzyli gniazdo buntowników w kanałach na przedmieściach Zachodniej Dzielnicy.

- Prawie namierzyli? Co to znaczy, prawie?

- Że może zdążysz coś zjeść, zanim wyruszymy. Odebrałeś swoją G czterdziestkę? Zuch chłopak, może uda ci się znowu jakimś cudem ocalić tyłek. Wczoraj przywieźli czterdziestki dwójki, widziałeś? Są tak cudne, że mógłbym je zaadoptować! Założę się, że Brytan załatwi je nam przed końcem miesiąca…

Dowódca wyłania się ze swego korytarza jak zły duch. Raczy nas krótkim, obojętnym spojrzeniem.

- Zwołajcie chłopaków – rzuca. – Za kwadrans wyruszamy.

Docieramy na miejsce szybko, wszystkie trzydzieści dwa Dzikie Psy. Śmierdzi tu, ale to nasz najmniejszy problem. Czekamy w bezruchu, nasz cel jest blisko, nie może nas zdradzić echo kroków. Ciułacz bezgłośnie pyta o coś maga. Tamten kiwa głową. Tak, zaraz się zacznie. Matko Boża, Buddo, Odynie! Na twarzy dowódcy nie widać żadnych emocji. Nigdy tego nie zrozumiem.

Brytan daje znak. Saper, którego ściągnęli z więzienia tak jak mnie, znika w mroku tunelu. Po mniej niż dwóch minutach słychać huk.

- Teraz! – wrzeszczy kapitan, rzucając się w chmurę kurzu.

Nie spodziewali się nas. Na pierwszym odcinku praktycznie nie natykamy się na opór. Skręcam w korytarz, który dla mnie wyznaczono. Towarzyszą mi jeszcze dwa Psy. Puścili mnie przodem, bo jestem najmłodszy i jeśli zginę, będzie to niewielka strata dla oddziału. Lecz nie zginę tu dzisiaj! Nie zginę, kurwa, chociaż kolejne ciała walą się na podłogę i widzę rdzawe smugi, jakie zostają w powietrzu po upadku krwawiących zmarłych. Przebijam się do sali, która jest moim celem. Strzelam do spanikowanych ludzi. Jednak Brytan był łaskawy, wyznaczył mi do zdjęcia nieuzbrojonych małolatów, informatyków. Nie rozumiem, czemu kazano nam zniszczyć sprzęt, ale żołnierz nie analizuje rozkazów. Granaty zapalające załatwiają sprawę.

- Skończone! – woła Luke. – Dalej!

Ruszamy do centrum kompleksu, by wspomóc resztę naszych. Kierujemy się odgłosem strzałów i coraz rzadszych krzyków. Wpadamy do pokoju, który wygląda na mieszkalny. Przy przewróconym stole leżą dwa trupy, pokryte resztkami jedzenia i potłuczonych naczyń. Jedna z ofiar to kilkuletnie dziecko.

W kolejnym pomieszczeniu natykamy się na Brytana. Jakiś starzec wiesza się jego munduru.

- Anthon – mówi rozpaczliwie. – Kiedyś szliśmy ramię w ramię…

- Zapomniałem już czasy, gdy byliśmy po jednej stronie – odpowiada beznamiętnie kapitan, odpychając go od siebie.

- Miałem cię za przyjaciela! Byłem na pogrzebie Katariny, pamiętasz?

- Nie waż się mówić o jej pogrzebie! – ryczy dowódca

Po raz pierwszy widzę go wyprowadzonego z równowagi. Szybkim ruchem podrywa broń i strzela w brzuch starca.

- Na co czekacie?! – wrzeszczy do nas.

Ruszamy dalej, ale nie ma już żadnych biedaków, których moglibyśmy pozbawić życia. Stawiamy się po dalsze rozkazy w głównej Sali. Brytan konsultuje z Ciułaczem, co zrobić z jeńcami. Szkoda, że Jack gdzieś przepadł, może wynegocjowałby dla nich szybką śmierć. Pedro woła mnie, bym jeszcze raz sprawdził z nim pozostałe pomieszczenia, a potem pomógł pakować broń. Sądziliśmy, że wszyscy pozostali nie żyją, ale znajduję człowieka, który wciąż kona. Przywołuję kumpla.

- Tam – wskazuję kąt, w którym wykrwawia się powoli starzec. – To znajomy Brytana.

- Skąd wiesz? – interesuje się Pedro, podchodząc do rannego.

- Słyszałem, jak mówili o pogrzebie jakiejś Katariny, a potem Brytan strzelił. Dobiję go…

- Nie, zaczekaj.

Pedro pochyla się nad umierającym. Pomaga mu usiąść, oprzeć się plecami o ścianę. Mężczyzna przez chwilę nie może zrozumieć, co się dzieje. Z trudem ogniskuje na nas wzrok.

- Kim jest Katarina? – pyta Pedro.

- Anthon. – Starzec spogląda na mnie. – To ty?

- Nie opowiadaj bzdur, chłopie. – Pedro szturcha go lekko w ramię. – Powiedz o Katarinie, to zabijemy cię szybko.

- Katarina? Twoja żona, Anthon. Nie pamiętasz?

- Nie powinniśmy go dręczyć! – rzucam gniewnie, nie mogę znieść, że ktoś bierze mnie za Brytana. – Przecież widzisz, że nie wie, co mówi!

- Gdzie ci się spieszy, dzieciaku? Widzisz, że chce nam opowiedzieć. Żona Brytana? – Pedro jest wyraźnie zainteresowany, napawa mnie to dziwnym wstrętem, zabijmy go i chodźmy stąd, dobijmy i chodźmy.

- Pamiętam Katarinę z tych czasów, kiedy jeszcze chodziła i mówiła – szepcze starzec, przymykając oczy. – Nie sikała do łóżka, nie miała przerażonych i niewidzących oczu. Z tych czasów, gdy spacerowała uwieszona ramienia Anthona, roześmiana i zabawna, w dżinsach i rozciągniętym swetrze. Gdy robiła śmieszne miny i strofowała go, jakby był małym chłopcem i gotowała obiady, których nie znosił, ale które uważała za pożywne. Był przy niej, gdy wybiegała ze śmiechem, żeby przywitać go już w ogrodzie i kochała się z nim w spadającej windzie, był przy niej, gdy zachorowała i rodzina chciała zamknąć ją w pokoju bez klamek, a ona tylko widziała więcej. Widzę ich, powtarzała. Spotykam ich, mówią mi, co będzie, Anthon, boję się, ty nie wiesz, co się stanie, Anthon, pozwól mi, znowu to widziałam, Anthon, Anthon…

- Chodźmy stąd! – Nie chcę tego słuchać. – Przecież skurwiel majaczy!

- Jeszcze chwila – rzuca niecierpliwie Pedro, jakby oganiał się od dziecka.

- Był przy niej, kładł ją do łóżka i czytali wspólnie stare książki. Zabierał ją do kin, teatrów, oper, znów kładł do łóżka i głaskał po głowie całymi nocami, nie zasypiając, by być przytomnym, gdy obudzi się przerażona. Godzinami czekał cierpliwie w progu sypialni, aż przestanie chodzić po ścianach i rozbijać szyby dotknięciem palców, aż spłynie w jego ramiona, wycieńczona płaczem, aż opuszczą ją wizje, które w końcu zawsze się sprawdzały. Sam widziałem, jak wziął ją za rękę i sprowadził na ziemię, gdy chciała wylecieć przez otwarte okno. Karmił ją, podłączał kroplówki, bo potem już tylko wymiotowała, wytrwale sięgał po igły, które wyrywała i wbijała w przeciwległą ścianę, nawet się nie podnosząc. Zabierał ją do najlepszych specjalistów i rozmawiała z nimi tylko, jeśli siedziała mu na kolanach i ściskała jego dłoń. Budziła się z płaczem z każdej narkozy, jeśli tylko ją puścił, a gdy się denerwowała, lekarskie gabinety wypełniał hałas pękających fiolek. Anthon wrzeszczał i płacił, odchodzili, trzymając się za ręce, kładł ją do łóżka, aż wreszcie przestała budzić się z krzykiem, w ogóle przestała się budzić. Zasnęła i chudła, umierała w milczeniu. Nie pomagały żadne leki ani terapie i wszyscy twierdzili, że nie wytrzyma dłużej, niż kilka tygodni. To było dawno – mówi coraz ciszej. – Tak dawno…

- Jak się pan nazywa? – pyta Pedro, nie wiem, po co.

- Jestem… Pedro… – wykrztusza starzec, coraz ciężej mu mówić. – Pedro…

- Nie – zaprzecza z rozbawieniem mój przyjaciel. – To ja jestem Pedro.

Nie wytrzymuję dłużej. Odstrzeliwuję rannemu łeb i nareszcie przestaje gadać. Pedro wzdycha i podnosi się ciężko. Wychodzimy, porzucając stygnące ciała, a nasze buty zostawiają krwawe ślady na schodach i podłogach.