Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - VI (Opowieść Arhi) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 10 lipca 2013 20:30

Księga IV

Rozdział VI - Opowieść Arhi

 

Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Później wszystko się spieprzyło.

 

Dego siedzi przy szerokiej ławie, na której piętrzą się pergaminy i księgi, napisane w nieznanych mi językach. Ma na sobie bogaty strój i oba medaliony, z królewskim godłem i z herbem swojej rodziny. Powolnym ruchem macza pióro w zdobionym rubinami kałamarzu. Jego pierścienie odbijają blask świec, gdy gestem ręki przyzywa mnie do siebie, nie odrywając spojrzenia od pisanego listu. Mój pan jest znużony. Nie wiem, którą z kolei dobę spędza w tym pokoju.

- Powinieneś odpocząć, panie – mówię nieśmiało, ból sprawia mi patrzenie na jego podkrążone oczy.

- Gdyby to było tak proste. – Wzdycha i przeciąga się. – Ciało ciągle domaga się czegoś. Zmusza mnie, żebym spał, jadł, oddychał. Spowalnia jak ciężki bagaż. Podejdź tutaj.

Składa podpis pod listem, ale nie zamierza zaprzestać pracy, sięga po zapisane pergaminy. Znam swoje zadanie. Na czworakach wsuwam się pod ławę, klękam przed nim, rozpinam jego pas. Jak zwykle nie zwraca na mnie uwagi, pochłonięty lekturą nawet wtedy, gdy już robię to, czego oczekuje. Spokojnie przekłada dokumenty, nie przyspiesza mu oddech. Podczas wytrysku nawet nie odkłada pióra. Jego obojętność podnieca mnie jak zawsze, lecz staram się, by tego nie zauważył. Nie jestem tu dla siebie. Wycieram twarz, wypełzam spod stołu, czekam na jego dalsze polecenia. Gdy milczenie przedłuża się, wychodzę.

Mój pan to trudny kochanek. Czasem sprowadza dziewczęta, wiele dziewcząt, całują się i jęczą, a on leży na miękkich poduszkach i przygląda się im bez cienia emocji. Czasem zabiera kilka do swoich komnat i chociaż są seksowne jak boginie, chociaż wrzeszczą z udawanej rozkoszy i spełniają wszystkie jego zachcianki, szepczą potem między sobą o jego oziębłości.

O wiele rzadziej jest gwałtowny. Drżący i naturalny. Dużo rzadziej i tylko przy mnie. Bo ja nie jestem jego kobietą, ale jego własnością. Własność nie może oczekiwać, żądać ani komentować. Nie może zdradzić. Dlatego przy mnie pokazuje czasem swoją prawdziwą twarz i za pierwszym razem zlękłam się jego rozpaczy i gniewu. Bo gdy wzywa mnie w tych dniach słabości, gdy rzuca się na mnie w drzwiach, zdziera ze mnie ubranie, przewraca na ziemię, wgniata w ścianę, w regały, z których z hukiem sypią się księgi, gdy nie mogę powstrzymać wycia i marzę, by nigdy nie kończył, wtedy jest sobą i jest przerażony. W tych chwilach, gdy sapie i krzyczy w dziwnym języku, gdy po wszystkim wstaje i podchodzi do okna, rozsuwa zasłony, zaciska na nich dłonie i patrzy przed siebie z niezdrową intensywnością, zupełnie nagi, zapominając o moim istnieniu, wtedy jest sobą, ale nie lubię go takiego. Mój pan jest straszny w swojej goryczy. Jak udręczone w klatce dzikie zwierzę. Chodzi po komnacie w tę i z powrotem, jakby czegoś szukał, niespokojny, zamyślony, rozgniewany. Wtedy zbieram swoje ubranie i wymykam się jak najszybciej.

Za kilka godzin Dego wyjdzie przez te same drzwi elegancki i spokojny. Władczy i nieugięty. Może spojrzy na mnie przelotnie, gdy będzie mnie mijał. Może wcale nie. Za każdym razem, gdy przechodzi, czuję ogromną, bolesną tkliwość i wiem, że czegokolwiek zażąda, zrobię to. Będę zabijała dla niego i umrę, jeśli tak zdecyduje. Nie tylko dlatego, że mnie przygarnął, lecz dlatego, że moim psim przywiązaniem pragnę choć w maleńkim stopniu zrekompensować mu jego samotność. Ma tylko mnie, a ja nie jestem jego kobietą, tylko własnością. To znaczy, że jest zupełnie sam.

 

Nigdy więcej nie pokocham poczciwego chłopca. Przez takiego chłopca znalazłam się na ścieżkach bez odwrotu. Zostałam kurwą, którą pieprzy się w śmietniku.

Moja pierwsza wielka miłość w wieku czternastu lat, skrapiana łzami wdzięczności, karmiona wyrzutami sumienia. On był moim pierwszym narkotykiem. Nie zdołałam z niego zrezygnować, chociaż niszczył mnie swoim rozmarzonym wzrokiem. Czułym dotykiem przezroczystej dłoni. Wspomnieniem rozerwanych pleców, zmiażdżonego kręgosłupa. Mocnego ruchu ręki, gdy odepchnął mnie, wychodząc naprzeciw mojej śmierci.

Choć minęły lata, nie potrafię wyrzucić z głowy obrazu tej nocy, gdy siedziałam samotnie w kącie brudnego pokoju i przyglądałam się siniakom na udach. Pochwę, uszkodzoną gwałtownymi ruchami klienta, który okazał się brutalnym gwałcicielem, pokrywał strup. Krocze krwawiło, gdy próbowałam się podnieść, dlatego nie wstawałam, tylko czekałam cierpliwie na nadejście poranka. Matka powiedziała mi kiedyś, że światło przegania koszmary i pomaga rozwiązać wiele problemów. Czekałam na dzień, żeby odegnał mój lament, ból i strach, ale tak się nie stało. Wtedy przysięgłam sobie nigdy więcej nie wypowiadać imienia mojej pierwszej wielkiej miłości.

Blady, mizerny chłopiec, który jąkał się i rumienił na mój widok. Śmiałam się z niego, nie zwracałam na niego uwagi. Gardziłam jego słabiutkimi ramionami i uciekającym spojrzeniem. A to właśnie on wyprowadził mnie z labiryntów czarnego lasu. Przybiegł po mnie i po raz pierwszy słyszałam jego podniesiony głos. Chwycił mnie za rękę, opowiadając nieskładnie o ranionym niedźwiedziu, oszalałym strażniku kniei, o obławie, o tropach, o niebezpieczeństwie. Bardziej wyczuwałam, niż rozumiałam, o co mu chodzi, ale posłuchałam go i ruszyłam za nim. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego to się stało. Dlaczego ze wszystkich ścieżek w gęstwinie zwierzę wybrało tę, która doprowadziła je do nas? Dlaczego okrutni bogowie tak rozmiłowali się w drwinie?

Chłopiec odepchnął mnie i upadłam. Jego ciało wydało mi się tak bardzo wątłe, gdy zasłonił mnie przed ciosem wielkiej, okaleczonej łapy o trzech pazurach. Pamiętam wciąż rosnącą kałużę krwi, płynącą z jego rozharatanych pleców. Źdźbła trawy, pochylające się pod ciężarem szkarłatnych kropli. Wydawało mi się, że całą wieczność spędzam na oglądaniu tych poplamionych źdźbeł. Rozwrzeszczałam się tak przeraźliwie, że niedźwiedź zatańczył na dwóch łapach i odszedł, obijając się o drzewa. A ja klęczałam przy drobnym chłopcu, którym pogardzałam i wyławiałam z ciszy jego mgliste szepty, pojedyncze słowa.

Nigdy więcej nie podniósł się z łóżka. Nigdy więcej nie opuścił domu. Przy każdej próbie umycia go, zmienienia pościeli, przekręcenia na bok, wył z bólu. Kilka miesięcy jego powolnego konania spędziłam uwieszona białej dłoni. Wolałabym nie kochać go i nie cierpieć, ale nie miałam na to żadnego wpływu. Nie mogłam na niego patrzeć, lecz po nocy spędzonej z dala od jego jasnych oczu i widoku chudej twarzy, budziła mnie namacalna, bolesna tęsknota. I biegłam jak szalona, zwalniając dopiero przed jego domem. Nigdy nie zastałam go śpiącego. Witał mnie zawsze niepewnym uśmiechem, jakby nie mógł uwierzyć, że przyszłam. Witał mnie z wdzięcznością, doprowadzając mnie tym do szału. Nie słyszałam, żeby się skarżył. Często dawał mi do zrozumienia, że nie muszę przychodzić tak często, że nie chce mnie zobowiązywać, że chce mojego szczęścia. Nienawidziłam go za to. W moich marzeniach był egoistą. Rozżalonym słabeuszem, przy którym mogę krzyczeć, trzaskać drzwiami i płakać. Ale on nie żywił do mnie odrobiny urazy, choć jego śmierć była tylko kwestią czasu, a ja nie miałam pretekstu, by opuścić posterunek przy jego łóżku. Żegnałam się z nim i biegłam nad rzekę. Rzucałam się w wysoką trawę, gdzie nikt nie mógł mnie widzieć i godzinami ryczałam z wściekłości i bólu, przeklinając jego łagodną, mizerną twarz, nieśmiały głos, przywiązanie, które tak bardzo starał się ukrywać, by nie obciążać mnie swoim kalectwem. Potem leżałam nieruchomo, wpatrując się w niebo i dziękowałam bogom za jego mizerną twarz, nieśmiały głos, łagodny uśmiech, odwagę i siłę. Wracałam, dotykałam jego dłoni i rozumiałam, że to nie jego nienawidzę, ale fałszywego odbicia siebie w jego rozmarzonych oczach.

Przywiązał mnie do swojego łóżka na resztę życia. Nie uwolniła mnie od tego nawet jego śmierć. Odchodząc, szeptał, że umiera szczęśliwy, ostatnim gestem ocierał łzy z mojej twarzy i wiedziałam, że już nigdy nie pokocham nikogo tak, jak jego. Że żadna miłość pozbawiona nienawiści i żalu nie zdoła wedrzeć się we mnie tak mocno jak ta, która zniszczyła moją młodość i spokój.

Dopiero Dego zdjął ze mnie klątwę kalekiego chłopca. Mój pan ma w sobie moc, która może zerwać wszelkie pęta. Lecz wcześniej zanurzyłam się w gnoju i brudzie, poznałam szaleństwo, głód i ból ranionego odbytu.

Po śmierci chłopca porzuciłam dom. Nie mogłam znieść widoku miejsc, w których stał, przyglądając mi się z tęsknotą, nie mając odwagi podejść. Każdego ranka budziłam się z myślą, że to ja doprowadziłam do jego choroby i zgonu. Gdyby był inny, pewnie pochowałabym go i opłakałabym, a gdy minąłby czas żałoby, mogłabym odżyć. Ale nie był inny i czułam, że jeśli zostanę na tej ziemi, naznaczonej jego cierpieniem, nie poradzę sobie z brzemieniem, jakie mi pozostawił. Że muszę odpokutować to, że nie byłam godna jego kochających spojrzeń.

Rodzice nie rozumieli mojej decyzji. Próbowali mnie zatrzymać, ale nie zdołali. Nie mogli też pójść ze mną, nie mieli pieniędzy, by przenieść się do miasta i musieli opiekować się trójką mojego rodzeństwa. Cieszyłam się, że również ich zostawiam za sobą, bo chociaż czułam, jak często będę szlochać z tęsknoty za ich opieką, stanowili część świata, który chciałam na zawsze opuścić.

Pierwszego dnia pobytu w mieście zostałam okradziona ze wszystkiego, co miałam. Trzeciego dnia zgwałcił mnie bezdomny. Czwartego odnalazł mnie i zgwałcił ponownie. Piątego obudziłam się w domu staruszki, która opatrzyła moje rany. Spędziłam u niej miesiąc. Pomogła mi znaleźć pracę. Sprzątałam w willi bogatego kupca. Syn mojego pracodawcy, uzależniony od hazardu i prochów, opowiedział o mnie znajomemu, który handlował wdziękami dziewcząt. Tamten człowiek przyszedł do mnie i przekonywał, że zarobię duże pieniądze, że poznam wpływowych ludzi. Nie zgodziłam się. Wtedy syn kupca przekonał ojca, że go okradam. Wyrzucili mnie z domu. Staruszka również nie zamierzała trzymać złodziejki pod swoim dachem. Przez dwa tygodnie żyłam na ulicy, próbując przetrwać bez uprawiania prostytucji. Nie udało mi się znaleźć żadnej pracy i postanowiłam, że wrócę do domu, choć na samą myśl o tym czułam się niebezpiecznie bliska utraty zmysłów. Wtedy pojawili się strażnicy i oznajmili, że kupiec wycenił swoje straty. Okazało się, że jeśli nie oddam pieniędzy, zostanę wtrącona do celi. Najpierw próbowałam przekonać ich, że zostałam oszukana. Potem wrzeszczałam z oburzenia i gniewu na ich nieczułość. A później z bólu, gdy starszy gwałcił mnie w małej klitce, przyległej do więzienia. Ten młodszy, zbyt przerażony, by cokolwiek zrobić, patrzył na mnie przepraszająco, jednocześnie pilnując drzwi. Później przyniósł mi wody i podtrzymał, gdy wyprowadzał mnie z budynku. Zostawił mnie kilka ulic dalej. Tam czekał już znajomy „handlarz wdziękami” – czterdziestoletni skurwiel o nienagannych manierach, w eleganckim ubraniu z drogimi dodatkami, które kupił dzięki przemienianiu dziewcząt w naćpane dziwki.

Nie lubię ludzi. Nie obchodzą mnie, nie obchodzę ich. Wielu mnie skrzywdziło, a niewielu kochało. Nie ufam ludziom i nie wybaczam im ich win. Zabijam ich, gdy trzeba i nie miewam później wyrzutów sumienia. Zabijam ich na polecenie jedynego człowieka, który coś dla mnie znaczy, który stał się całym sensem mojego istnienia. Dego przyszedł do mnie w tym czasie, gdy nawet najmniej wybredni przestali mnie chcieć. Gdy musiałam całymi dniami błagać o kawałek chleba i szczyptę narkotyku, i nie miałam siły kraść ani brać do ust. On przywrócił mnie do życia. Sprawił, że znów zaczęłam czuć. Wyrwał mnie z upiornego odrętwienia rozszerzonych źrenic i posklejanych spermą nocy.

- Panie?

- Hm?

Jak zwykle w jego oczach nie ma nic, poza uprzejmą obojętnością. Siedzę u jego stóp i po raz pierwszy od dawna przypominam sobie wszystko, co mnie spotkało. Próbuję przywołać obrazy z tego czasu, gdy ćpałam do nieprzytomności, ale w mojej pamięci całe tygodnie zastępują białe plamy.

- Pamiętasz dzień, kiedy mnie znalazłeś?

- Oczywiście – odpowiada z lekkim uśmiechem.

- Co sobie wtedy pomyślałeś?

Leżałam na ziemi w brudnej uliczce i śmierdziałam. Patrzyłam na plamę swoich wymiocin, nie miałam siły odczołgać się od niej dalej. Leżałam skulona, samotna, głodna, nieszczęśliwa, oszalała z tęsknoty za substancją, która na chwilę przywróci życie mojemu ciału. Chciałam umrzeć, ale byłam zbyt słaba, by urzeczywistnić to marzenie. Nienawidziłam ludzi, których cienie padały na mnie, gdy przechodzili. Jego też nienawidziłam w pierwszej chwili, gdy przystanął nade mną, zasłaniając słońce. Zastanawiałam się, co złego mi zrobi. Nie sądziłam, by chciał mnie zgwałcić, brzydziłam nawet siebie. Okraść nie miał z czego. Pomyślałam, że zabije mnie, zamęczy dla samej przyjemności zadawania bólu. Poznałam niejednego sadystę i sądziłam, że to któryś z nich. Ale on nic nie robił, stał tylko bez słowa przez dłużące się minuty. Chciałam skląć go, zmusić do odejścia, lecz odezwał się pierwszy.

- Co jesteś gotowa uczynić, żebym ci pomógł? – spytał.

- Wszystko – odpowiedziałam słabo.

- Wszystko? – powtórzył i nie słyszałam w jego głosie pogardy.

- Będę czołgała się u twoich stóp i czyściła językiem twoje buty. Będę twoją niewolnicą. Twoją dziwką. Zrobisz ze mną, co zechcesz. Będę pieprzyła się z każdym, kogo wskażesz. Ze wszystkimi naraz, z setką po kolei, aż rozerwie mi dupę. Tylko nie pozwól mi tu zdechnąć. Błagam, nie pozwól mi zdechnąć we własnych rzygach.

Pamiętam jego czyste, duże dłonie, gdy pochylił się, by pomóc mi wstać. Pamiętam jego ubranie, muśnięcie drogich materiałów na moim przykrytym szmatami ciele. Zapach skóry i perfum, błyszczące pierścienie, łagodne oczy w uśmiechniętej twarzy.

- Co sobie wtedy pomyślałeś?

- Że będziemy się dobrze dogadywać – mówi, nie odrywając wzroku od lektury, głaszcząc mnie po głowie. – Bo jesteś szczerym obrazem tego świata.

Przytulam się do jego nóg. Uprzejmie toleruje objawy mojego przywiązania. I jestem tym, kim chciałam być od pierwszego momentu, gdy go ujrzałam, gdy poczułam jego zapach i dotknęłam jego dłoni. Jego najwierniejszą sługą. Jego niewolnicą i jego dziwką.

- Arhi.

- Tak, panie?

- Będziesz eskortować mojego człowieka, bardzo ważnego. Zabierzesz go do Ogrodu Dzieci, a potem wszędzie, gdzie zadecyduję. Odpowiadasz za niego życiem. Masz go bronić, niezależnie od wszystkiego i informować mnie o każdym jego ruchu. Zrozumiałaś?

- Tak.

Nie pytam, o kogo chodzi. Skoro Dego sam tego nie mówi, to znaczy, że nie muszę wiedzieć. Wykonam to zadanie najlepiej, jak zdołam, chociaż wcale się na nie nie cieszę. Nie lubię ludzi. Najchętniej ukryłabym się gdzieś, gdzie nie dobiegnie mnie nigdy dźwięk ich kroków. Gdzie nie musiałabym udawać, że wzbudzają we mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. Gdzieś, gdzie miałby wstęp tylko on, mój pan potężny i dobry, mój nieczuły kochanek, łaskawy opiekun. Gdzie nie musiałabym oglądać radosnych twarzyczek dzieci, które przypominają mi o nieprzydatności mojej macicy. Lekarze Dego nie potrafili stwierdzić, w którym momencie stałam się bezpłodna. Nie wiedzieli, czy to od prochów, czy licznych brutalnych stosunków. Zresztą, to nie miało znaczenia, ułatwiło im tylko zadanie. Nie jestem godna, by urodzić dziecko dziedzica klanu Hastervak i gdybym nie straciła płodności wcześniej, medycy i tak by mi ją odebrali. A wybór między nim a dziećmi to żaden wybór, bo w snach widziałam te dzieci w śmietnikach i rynsztokach, z posiniaczonym ciałem, łzawiącymi od prochów oczami.

Nigdy więcej nie pokocham poczciwego chłopca. Nigdy więcej nikogo nie pokocham. Nie spłodzę nikogo, kto mógłby zostać zdeptany i kogo cierpienie potęgowałoby moje własne.

Spokojna jestem tylko u stóp mojego potężnego pana.

 

Zabiłeś ją, Rhezus. Możesz zamordować mnie, jeśli chcesz, bo to ja zaprowadziłam ją do ciebie i wiedziałam, co ma się stać. Wiedziałam o wszystkim. O narkotyku, który podali ci zamiast zwykłego środka nasennego. O cierpieniu, jakie chcą ci zadać i o tym, że nigdy sobie nie wybaczysz, gdy wreszcie dowiesz się, co się stało. Lecz to był najwyższy czas, nie sądzisz? Gnuśniałeś przy niej. Chciałeś wymienić jedne kajdany na kolejne. Po rzezi, której dokonałeś w lesie wiedzieliśmy, że jesteś gotów, że nie musimy dłużej być cierpliwi i wyrozumiali. Nie umierała szybko, ale była dzielna. Dzielniejsza, niż się spodziewałam. Miałam ją za zahukaną wieśniaczkę, a ona okazała się wystarczająco silna, by nie mieć do ciebie żalu. Kochała cię, ale nie mówię ci przecież nic nowego. Patrzyła w oczy Dego i powtarzała z furią, o jaką bym jej nie posądzała, z najprawdziwszą nienawiścią: „Dlaczego mu to robicie?!” Przypuszczałbyś, że okaże się zdolna do nienawiści? A jednak nienawidziła nas, znienawidziła Dego równie mocno, jak przywiązała się do ciebie. Umierając, szlochała ze złości. Mordowałeś ją z tępym wyrazem twarzy. Spoglądałeś beznamiętnie na to, jak się wykrwawia. A ona na ciebie wyłącznie z czułością i współczuciem. Potrafisz to sobie wyobrazić? Nie broniła się nawet. Nie chciała utrudniać ci tego, co musiało się wydarzyć. Stałeś przed nią nagi, wcześniej zdjęto ci ubranie, by się nie zabrudziło, stałeś nagi z nożem, a jej krew pokrywała twoje ciało. Umarła wściekła i zakochana. Właśnie tak, Rhezus. Umarła nieugięta, wyzywając nas do ostatniej chwili słowami, jakich nie powinny znać pobożne kapłanki. Możesz być z niej dumny.

Dlaczego ty, skoro mógł ją zabić każdy z nas? Po co to całe przedstawienie, po co trudności z angażowaniem kapłanów, których nazywamy manipulatorami, specjalizujących się w snach i hipnozie? Dlaczego ryzykowaliśmy, próbując pokierować tobą, skoro wiedzieliśmy, jak jesteś nieobliczalny i silny, że możesz w najmniej spodziewanym momencie zaatakować nas i pokonać? Nie muszę ci tego tłumaczyć, Rhezus. Wiem, że rozumiesz. Ja też rozumiem, jak się teraz czujesz. To okrutne i najwygodniejsze dla nas. Nie możesz nikogo winić. Nie możesz na nikim się mścić. Zabiłeś ją i nieważne, że zmusiliśmy cię do tego, bo to ty masz na rękach jej krew. Niezależnie od całej furii i rozpaczy, która cię ogarnia, nie oskarżysz nas, bo lepiej od nas poznałeś ironię świata i poczucie humoru czuwających bóstw, obojętnych na męki przegranych.

Nie liczę na twoje wybaczenie. Ja nigdy nie wybaczyłabym ci podobnej winy. Lecz wiem także, że skrzywdzenie mnie nie przyniesie ci żadnej pociechy. Tak jak Dego wiedział, iż dzięki śmierci tej dziewczyny zrozumiesz, że choćbyś bardzo się starał, nie zdołasz pokierować swoim losem. Nigdy nie unikniesz manipulacji ani nie ochronisz tych, których kochasz. Jesteś bezsilny jak każde z nas. Pozostaje ci tylko wykonać zadanie, dla którego mój pan wyciągnął cię ze świątynnych lochów. Nienawidzisz mnie teraz, tak jak Dego, jak Lasaira, jak wszystkich świadków tragedii dziewczyny. Jak siebie. Nienawidzisz mnie tak, jak ciebie nienawidzą rodziny twoich ofiar. Jak nienawidzi cię demon, rzucony na pastwę śmiertelnych. Wierzę, że w naszym przypadku to zależność śmiesznie prosta. Nasze życie przepełnia ból i nienawiść, bo sprawiamy ból. Dlatego nie mamy prawa siebie żałować ani winić nikogo za nasze klęski. Dlatego nigdy nie zaznamy spokoju i nawet nie śmiemy o nim marzyć.

Wiem, że nigdy nie pogodzisz się z tym, co się wydarzyło. I że rozumiesz także, iż nie zasługujesz na nic lepszego. Podobnie jak ja. Jak wszyscy mordercy świata.

 

 

koniec rozdziału VI

Poprawiony: środa, 10 lipca 2013 20:33