Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - Rozdział V (Wspomnienie różanego krzewu) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
piątek, 05 lipca 2013 11:52

Księga IV

Rozdział V - Wspomnienie różanego krzewu

-   Rhezus!

Leśnym traktem pędzi w moją stronę Lasair, poganiając spienionego wierzchowca.

-   Nie zatrzymuj się! – krzyczy. – Jedź! Jedź!

Niewiele z tego rozumiem. Gdzie Arhi i dziewczynka? I dlaczego wampir woła do mnie, żebym kierował się z powrotem do Dareth? Ale nie wygląda na to, by Lasair zamierzał tracić czas na rozmowy. Zawracam i jedziemy razem w stronę miasta.

Dopiero po długiej chwili Lasair stwierdza, że możemy pozwolić sobie na krótki postój. Zeskakuje ze swojego konia, by trochę ulżyć mu po tym morderczym biegu.

-   Las roi się od strażników – wyjaśnia, gdy udaje mu się uspokoić oddech. – Oddziały z Kast Axar nakryły nasze obozowisko. Na szczęście nie powiązano nas z tobą. Arhi dostała wieści z Dareth. Pytia wpadła w szał, gdy w świątyni pojawiły się niedobitki strażników z porannego spotkania z tobą. Wywieszała ich na głównym placu w mieście i przysięgła obdarcie ze skóry i boskie potępienie każdemu, kto nie pomoże cię schwytać. Wysłała wiadomości do najbliższych miast, a jej ludzie przeszukują okolicę. Zatrzymano nawet statki w porcie, byś żadnym nie uciekł na morze. Gdyby mnie to nie przerażało, gratulowałbym ci, że zdążyłeś do tego stopnia nastraszyć sukę.

-   Dlaczego w takim razie jedziemy w stronę miasta?

-   Arhi zapewniała, ma dla ciebie schronienie. Zostawiła mi wskazówki, jak dotrzeć na miejsce. Powiedziała, że ważniejsze od dyskrecji jest to, byśmy przybyli tam jak najszybciej.

-   Nikt w Dax Dareth nie zdoła mnie ukryć w takich warunkach.

-   Arhi powiedziała, że to bardzo potężny mag. Tak potężny, że nawet Pytia nie odważy się zaatakować go w jego własnym domu. Zresztą mistrz Tadeus ma potężnych przyjaciół nawet wśród kapłanów Wyroczni, a lud wielbi go jak jakiegoś boskiego posłańca.

-   Mistrz Tadeus? – upewniam się, zaskoczony. – Nie sądziłem, że jeszcze żyje. Ale dlaczego miałby mi pomagać?

-   Widoczne Dego jakoś to załatwił. Do cholery, nie pora to roztrząsać! Arhi zapewniała, że on nas ukryje, więc ruszajmy w drogę. Jego dom znajduje się na obrzeżach miasta, może przy odrobinie szczęścia uda nam się dotrzeć tam w jednym kawałku.

Wciąż wydaje mi się absurdalne, żeby Tadeus miał mieszać się w mój konflikt z Wyrocznią, ale nie pozostaje mi w tej chwili nic innego, jak posłuchać zasępionego wampira. Przypominam sobie opowieść o złodziejach, którzy próbowali włamać się do domu Tadeusa i nie jest to historia, której chciałoby się słuchać podczas posiłku. Podobno nieposłusznych uczniów zmieniał w posągi, ale nie od razu, najpierw stawały się kamieniem stopy, tak, że nieszczęśnicy mogli jeszcze miotać się, drapać paznokciami posadzki, a ich wycie jeszcze przez wiele dni budziło pozostałych chłopców. Nie wiem, ile prawdy mają w sobie te plotki, ani te o przyrządzaniu potraw z wrogów i nieludzkich karach, stosowanych wobec sprawiających zawód wychowanków, za to faktem jest niezwykła lojalność mistrza wobec tych, których wyszkolił i niezależnie od tego, jakie czyny później popełniali, zawsze brał odwet za ich krzywdę. Poznałem nawet jednego z tych uczniów, Gildensterna, wuja Ruth. Nie słyszałem, by Tadeus kiedykolwiek ugiął się do czyjejś woli, ale Dego ma przecież dostęp do rzeczy, które skusiłyby chyba każdego czarnoksiężnika. Cóż, może faktycznie opieka najsłynniejszego maga wystarczy, by oprzeć się sile Wyroczni.

Nadkładamy sporo drogi, błądząc po lesie i ryzykując połamaniem końskich nóg, ale udaje nam się ominąć patrole i dotrzeć do murów Dax Dareth. Przedzieramy się przez bramę, siekąc zaskoczonych strażników. Chyba wszyscy spodziewali się, że albo jestem w mieście i próbuję je opuścić, albo oddalam się od niego w lasy, nikt nie sądził, że mogę chcieć się do niego dostać. Trudno zarzucić ich myśleniu brak logiki i obym nie przypłacił porażką tej szalonej decyzji. Poszukiwaniom przez nas domu mistrza Tadeusa towarzyszą przerażone lub agresywne krzyki miejscowej ludności. Musimy nawet zranić paru bardziej gorliwych mieszczan, którzy rzucają się na nas z kuchennymi nożami. Gdy dostrzegamy wreszcie szerokie, rzeźbione drzwi kamienicy, w której mieszka Tadeus, słychać już z wielu stron nawoływania zbliżającej się straży. Oprócz ozdób na wejściu i mniej rzucających się w oczy na okiennicach, ten dwupiętrowy, prosty dom nie różni się wyglądem od sąsiednich. Na demony złej śmierci, to nienajlepsza chwila na pomyłkę, więc lepiej, żeby informacje Arhi się sprawdziły.

Chwytam ciężką kołatkę i uderzam we wrota. Uchyla je natychmiast wysoka, smukła dziewczyna w delikatnej, białej sukience do ziemi. Nie patrzy na nas, ma opuszczoną głowę. Nie wita nas także żadnym słowem, cofa się, by zrobić nam miejsce, a my pospiesznie wsuwamy się do środka.

Gdy Lasair zamyka drzwi za naszymi plecami, zapada cisza. Jedyne źródło światła stanowi ogromny witraż na półpiętrze. Różany krzew na tle błękitu nieba. Schody, którymi kończy się wysoki holl, rozwidlają się przy tym witrażu, prowadząc do wyższych partii domu. Tyle możemy zobaczyć w tym momencie. Holl ze ścianami, pokrytymi ciemnym drewnem, proste schody i poręcze, żadnych mebli, obrazów, legendarnych posągów. Żadnego maga, który witałby nas w swojej samotni.

-   Dokąd teraz? – zwracam się do dziewczyny.

Kłania się i wskazuje nam schody, gestem pokazuje, byśmy na rozwidleniu wybrali drogę w prawo. Jej długie, ciemnobrązowe włosy opadają falami na ramiona i plecy, zasłaniają część twarzy. Podchodzę do niej, dotykam jej ramienia. Prostuje się, spłoszona. Po raz pierwszy widzę jej oczy. Mają piwny kolor i mogę je oglądać przez jakieś pół sekundy, zanim służąca znów nie spuszcza głowy.

-   Otwórz usta.

-   Rhezus, co ty robisz? – pyta potępiającym głosem Lasair.

Kładę opuszek kciuka na brodzie dziewczyny i naciskam. Gdy wreszcie rozchyla wargi, jej ramiona drżą ze zdenerwowania.

-   Ucięto jej język – wyjaśniam krótko i ruszam w kierunku schodów.

Przy witrażu zatrzymujemy się na chwilę. Każdy z czerwonych płatków jest wielkości mojej dłoni. Zastanawiam się, czy rozmieszczenie i liczba kwiatów mają znaczenie. Może okno to przejście do innego świata? Albo tajemnego pomieszczenia? Może to żywa istota, strzegąca domu? Nie, chyba nie. Ale to dziwne, Gildenstern miał przecież strażników, a tutaj…

Otrzymuję swoją odpowiedź szybciej, niż sądziłem. Na piętro prowadzą dwie drogi, ale niezależnie od tego, którą wybierzemy, miniemy trzy duże obrazy. Zwykle w takich miejscach wiszą portrety przodków, ale w tym przypadku ściany ozdabiają wizerunki oczu. Każde malowidło to kilkadziesiąt źrenic, powiek, rzędów rzęs, tęczówek w różnych kolorach. Każde z tych oczu śledzi nas wzrokiem, gdy wspinamy się po kolejnych dwudziestu schodach.

-   Koszmarne – mruczy wampir, starając się nie patrzeć w ich kierunku. – Myślisz, że ta dziewczyna była okaleczona już wcześniej?

-   Nie łudź się, Lasair. To wielki mag i z pewnością wielu chciałoby poznać jego tajemnice, a pogaduszki z służbą to dobra metoda. Sam dowiedziałem się o planach pewnego czarnoksiężnika od jego gadatliwego sługi. Opuściłem loch Pytii, bo kapłan, który mnie pilnował, też nie trzymał języka za zębami. Dziwię się do dziś, że suka to zaniedbała.

Schody kończą się dużymi drzwiami. Jedno skrzydło jest uchylone. Popycham je lekko.

-   Wejdźcie – odzywa się męski głos.

Wkraczamy do biblioteki, wielkiej, zacienionej, wypełnionej po brzegi księgami, które zajmują nie tylko sięgające sufitu regały, ale również szerokie biurko, w niektórych miejscach nawet podłogę, piętrząc się na niej całymi stosami. Z wielu książek wystają sznurki zakładek, niektóre są nawet otwarte. Czytane. To nie miejsce, które ma pokazać gościom, że właściciel domu jest zamożny, o czym świadczy liczba ksiąg. To azyl człowieka szczerze rozkochanego w wiedzy i żądnego opowieści. Pomijając bałagan, przypomina mi bibliotekę dziadka.

Tadeus siedzi przy oknie w bujanym fotelu z wikliny. To krzesło nie pasuje do pozostałych ciężkich mebli, ale pasuje do drobnego starca w okularach, ubranego w prosty, domowy strój, z dymiącym kubkiem w jednej, z otwartą książką w drugiej dłoni. Mistrz uśmiecha się na nasz widok. Ma pomarszczoną, dokładnie ogoloną twarz i bystre, błękitne oczy. Odkłada kubek i książkę, podnosi się i rusza wolnym krokiem, podpierając się laską. Jest od nas sporo niższy, ale jakoś mnie to nie uspokaja, podobnie jak jego poskręcane reumatyzmem dłonie, przygarbione plecy czy ten sympatyczny uśmiech. Czuję jego siłę. Towarzyszące mi demony zniknęły w momencie, gdy przekroczyłem próg tego domu, ale i bez ich reakcji potrafię wyczuć zgęstniałą od mocy aurę gospodarza.

-   Witajcie w moim domu – mówi mag, zatrzymując się przed nami. – Od dawna chciałem cię poznać, Rhezusie.

-   Dziękujemy, że zgodził się pan nas gościć, mistrzu – zwracam się do niego, mając nadzieję, że nie wyczuje mojego napięcia.

-   Jeśli jesteś tak wiekowy, jak mówią niektórzy, to chyba ja powinienem zwracać się do ciebie w ten sposób – zauważa z cichym śmiechem. – To moja biblioteka. Sypialnie znajdują się po przeciwnej stronie. Jadalnia na dole.

-   Ma pan wspaniałą bibliotekę – mówię szczerze, dopiero potem zdając sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć jak czcze pochlebstwo.

-   Możecie korzystać z niej bez skrępowania. Mai pokaże wam wasze pokoje. Potem zaprowadzi was na posiłek.

W drzwiach zjawia się kolejna szczupła dziewczyna w białej sukience, również ciemnowłosa i onieśmielona. Nie podnosząc na nas wzroku, gestem zaprasza, byśmy szli za nią. Żegnamy Tadeusa, wracamy na półpiętro i wybieramy drugą z możliwych dróg. Tym razem docieramy do korytarza, z którego wychodzi sześć par drzwi. Dwie pierwsze prowadzą do przydzielonych nam, bliźniaczo podobnych komnat. Mimo ich przestronności i wszelkich wygód, takich jak wielka, metalowa balia do kąpieli, szerokie łoże, kosze z owocami, którymi zastawiono ławy, Lasair nie wygląda na zachwyconego. Mai wycofuje się dyskretnie, zostajemy sami.

-   O co chodzi?

Wampir zamyka drzwi swojej sypialni, ale zanim się do mnie odwraca, nasłuchuje przez kilka sekund.

-   Dziwnie się tutaj czuję – mruczy.

Zauważyłem już wcześniej, że po przekroczeniu progu domu poszarzała jego twarz i zwiększyły się cienie pod oczami.

-   To znaczy?

-   Jak człowiek. Osłabiony – dodaje, na wypadek, gdybym nie zrozumiał go od razu. – Jakbym był jednym z was, do ciężkiej cholery. Wiem, że wciąż trwa dzień, ale… Rhezus, czuję się zagrożony w tym przeklętym domu. Obawiam się, że kiedy nastanie noc, nic się nie zmieni. Ja nie zdołam się zmienić. Rozumiesz mnie?

-   On ma zapewnić nam schronienie, a to znaczy, że nie będziesz musiał się zmieniać – odpowiadam, starając się nie okazać, że zaniepokoiły mnie jego słowa.

-   Nie sądziłem, że istnieją czary, mogące uczynić coś takiego. Demony zdołały wejść tutaj razem z tobą?

-   Nie wiem, one rzadko okazują swoją obecność. Ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się.

-   Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że ten szczelny filtr, pozbawiający mocy każdego, kto przez niego przejdzie, stworzono wyłącznie w celu ochrony domowników – mówi wampir z ponurym uśmiechem. – I że nie zostaniemy zbyt długo we wnętrzu tego kokonu. Widziałeś plecy tej dziewczyny? – pyta, siadając na skraju łóżka.

Zajmuję miejsce przy ławie. Biorę do ręki jakiś owoc, którego nigdy nie widziałem i chociaż czuję lekki głód, nie mogę jakoś zdobyć się na to, by go skosztować.

-   Miała ciasną sukienkę – odpowiadam obojętnie, nie bardzo rozumiem, po co porusza ten temat. – Zbyt cienki materiał, by ukryć takie blizny.

-   Nie tylko blizny, świeże strupy też.

-   Lasair, daj spokój. Obaj widzieliśmy w swoim życiu mnóstwo o wiele gorszych rzeczy, niż wyrwane języki i pocięte plecy. Spójrz na te dziewczęta. Ubrane jak księżniczki, nie mają pewnie wielu obowiązków, ich pan też raczej ich już nie gwałci. Wyglądają na trochę zastraszone, ale sam wyglądałeś podobnie, kiedy mijaliśmy malowidła na schodach.

-   Bzdura. Och, do cholery, czuję się tu jak nagi!

-   Oszczędź mi takich zwierzeń. Zobaczymy się na dole.

Okno mojej komnaty wychodzi na morze. Morze, widoczne z okien Dax Dareth. Chyba nigdy nie uwolnię się od tego obrazu. O dziwo, nie słychać żadnych odgłosów pogoni, właściwie żadnych ludzkich głosów, jakby miasto było zupełnie wymarłe. Nawet mewy, widoczne na błękicie, pozostają nieme.

Ciche pukanie do drzwi. Ta sama dziewczyna. Ruszam za nią, mimowolnie znów przyglądając się jej plecom, wyraźnym zgrubieniom pod cienkim, białym materiałem. W połowie schodów dogania mnie Lasair.

-   Ciekawe, dokąd prowadzą drzwi w bibliotece – szepcze, pewnie sądzi, że mijane obrazy mogą nas nie tylko obserwować, ale słyszeć.

-   Jakie drzwi?

-   Po prawej od wejścia, między regałami. Nie zauważyłeś? – pyta z politowaniem. – Masz szczęście, że w twoim przypadku długość przeżycia nie zależy od spostrzegawczości czy ostrożności.

-   Zastanawiam się poważnie, po co cię ze sobą brałem…

Wracamy na parter. Okazuje się, że w bocznej ścianie hollu znajdują się drzwi, których również nie zauważyłem wcześniej, pewnie dlatego, że nie odróżniają się niczym od otaczających ścian i że całą moją uwagę przykuł wtedy witraż. Za nimi znajduje się obszerna, jasna jadalna. Oprócz dużego stołu na środku jest tutaj jeszcze kominek i wysoki, kredens, ozdobiony postaciami jakichś mitologicznych bohaterów, których nie potrafię zidentyfikować. Na stole leżą jedynie dwa nakrycia, mistrz nie schodzi, by zjeść z nami. Obiad, chociaż smaczny, zjadamy szybko i w milczeniu. Wprawdzie jedyny obraz, który tu wisi, przedstawia jakiś sielski obrazek, ale i tak mam wrażenie, jakby każdy mój ruch śledziło mnóstwo niewidocznych obserwatorów. Cholerne mieszkania magów.

Po skończonym posiłku decydujemy się na powrót do biblioteki, by sprawdzić, czy gospodarz nie oczekuje naszego towarzystwa. Ale biblioteka okazuje się pusta.

-   Tutaj. – Lasair wskazuje drzwi, które faktycznie znajdują się między dwoma wysokimi regałami.

-   Chodźmy w takim razie.

-   Dokąd? – Wampir patrzy na mnie, jak na wariata.

-   Zobaczyć, co się tam kryje.

-   Oszalałeś? – syczy przyciszonym głosem. – Chcesz przeszukiwać jego dom?!

-   Jeśli jest tam sala tortur, wolę wiedzieć o tym wcześniej.

-   A jeśli same drzwi to pułapka? Wiesz, jak w niektórych opowieściach. Ktoś mówi: „Tylko nie wchodź przez te drzwi, bo zginiesz”. A tamten oczywiście jest zbyt ciekawy, nie słucha ostrzeżeń i ginie.

-   Tak, towarzyszu z historyjką na każdą okazję. Ale czy przypominasz sobie, żeby ktoś mówił nam: „Nie wchodźcie przez te drzwi, bo zginiecie”?

-   Zachowujesz się bezmyślnie. Jak głupi dzieciak – oświadcza gniewnie wampir.

Może ma rację. W końcu to biblioteka tak podobna do tej z mojego dzieciństwa. Czuję się w niej o wiele swobodniej i bezpiecznej, niż w ładnym pokoju gościnnym czy przestronnej, słonecznej jadalni.

Podchodzę do drzwi i otwieram je, zanim Lasair, ten rozsądniejszy z naszej dwójki, zdąży mnie powstrzymać. Uśmiecham się mimowolnie widząc to, co znajduje się za nimi. W końcu to dom maga, nie mogło się bez tego obejść.

-   Co to? – pyta podejrzliwie wampir, zaglądając mi przez ramię.

-   Nie jestem pewien. Chyba coś na kształt… własnego małego świata.

Waham się przez chwilę, czy iść dalej. Ale dostrzegam Tadeusa, machającego do mnie z krzesła, stojącego na polnej drodze i już za późno, by się wycofać. Przy pokonywaniu przejścia wzdrygam się odruchowo. Czuję napięcie wampira, który podąża tuż za mną. Trawa tłumi odgłos kroków, gdy idziemy w kierunku maga.

Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Wyspy albo ośnieżonego szczytu góry. Szerokiego wodospadu, zamku, ogromnej bańki, zanurzonej w głębinie, placu, otoczonego największymi zabytkami świata. Fragment wsi – tak można najkrócej opisać to, co Tadeus stworzył za drzwiami swojej biblioteki. Kawałek wsi, których pełno podobnych mijałem podczas swojej drogi z klasztoru do Dareth. Szeroki, płytki strumień. Łukowy mostek. Łąki po obu stronach rzeczki. Ścieżka, prowadząca do widocznej w oddali osady. Od pierwszych domów oddziela nas odległość kilkuset metrów, może kilometra. Zastanawiam się, czy można do nich dotrzeć. Pewnie nie. Gdyby Tadeusowi zależało na wiosce, drzwi wychodziłyby na jej rynek. Po przeciwnej stronie strumienia rośnie gęsta kępa drzew. A na jej skraju krzew. Ta róża powinna być dzika, ale wygląda, jakby pielęgnowała ją ręka czułego ogrodnika. Duże, ciemnoczerwone kwiaty zwracają uwagę, gdy wszystko inne ma barwy wyblakłe od jarzącego słońca.  Znów przenoszę wzrok na wioskę i dostrzegam małe sylwetki ludzi, krzątających się przy domach. Ścieżką biegnie chłopiec. Trochę dalej jakaś dziewczynka zbiera kwiaty.

-   Chabry. – Lasair kuca i dotyka niebieskich płatków. – Miałem kiedyś kochankę, która uwielbiała chabry – dodaje z krzywym uśmiechem, prostując się.

Tadeus czeka spokojnie, aż do niego podejdę. Jest bosy, ma rozpiętą koszulę, podwinięte do kolan spodnie. To chyba środek lata, cholernie upalnego lata. Nigdzie nie dostrzegam chmur, więc małe prawdopodobieństwo, że biała tarcza słońca przestanie nas przysmażać.

-   Moje ulubione miejsce – oznajmia z ciepłym uśmiechem starzec, zataczając ręką łuk.

-   Krzew przypomina ten z pańskiego witraża. – Nie udaje mi się na poczekaniu wymyślić innego tematu do rozmowy.

-   To ten sam.

-   Woda wydaje się prawdziwa! – woła Lasair znad strumienia.

-   Jest prawdziwa – odpowiada mu rozbawiony mag.

Dźwiga się ze swojego miejsca i kuśtyka powoli w kierunku wampira. Mój przyjaciel ani na chwilę nie spuszcza z niego czujnego spojrzenia, jakby był zwierzyną, a podpierający się laską chudy starzec drapieżnikiem. Śmiałbym się z tego, gdybym nie czuł się podobnie zagrożony. Tadeus schyla się z trudem, zrywa kilka chabrów i podaje Lasairowi.

-   To, co widzisz dookoła, wszystko jest prawdziwe. Nieważne, jak zostało stworzone, teraz jest rzeczywiste. Możesz tego dotknąć. Poczuć. Mógłbyś utopić się w tym strumieniu i byłaby to prawdziwa śmierć.

-   Wierzę panu na słowo – mówi Lasair z chłodnym uśmiechem.

-   Jak już mówiłem, cały dom jest do waszej dyspozycji – zwraca się do nas mag. – Również ta moja samotnia. Miło, gdy czasem zjawiają się w niej goście. Przez to staje się jeszcze bardziej prawdziwa, nie sądzicie?

-   Nie chcemy panu przeszkadzać. Chcieliśmy tylko… – Sprawdzić dokładnie pana dom ze względu na naszą podejrzliwość i wścibstwo, a właściwie moje, jeśli mam być uczciwy. – Chcieliśmy podziękować za obiad.

-   W waszych pokojach znajdują się dzwonki. Dziewczęta wiedzą, że mają spełniać wszystkie wasze polecenia.

-   Dziękujemy.

Wycofujemy się z wiejskiej pustelni mistrza i dopiero w półmroku biblioteki oddycham z ulgą.

-   Jak można woleć sztuczny upalny dzień od prawdziwej, wietrznej, rozgwieżdżonej nocy? – pyta niechętnie Lasair, spoglądając na drzwi, jakby za chwilę miały wypaść zza nich krwiożercze upiory.

-   To miejsce jest ciekawe na tyle, żeby nie zasnąć z nudów przez pierwsze dwa kwadranse.

-   Sądziłem, że lubiłeś wiejskie tereny. – Wampir zerka na mnie kpiąco i wiem, że chodzi mu o ten czas, gdy mieszkałem w klasztorze.

Nie odpowiadam, a on chichocze. Żadne potwory nie wyważyły wrót, więc odzyskuje pewność siebie i postanawia zostać w bibliotece, przejrzeć zbiory mistrza. Ja wracam do komnaty, by trochę się przespać. Wampir ma rację, lubiłem wiejskie tereny. Mógłbym zaszyć się na dalekiej prowincji i może zdołałbym wieść tam szczęśliwy byt, gdyby towarzyszyła mi Risa, gdyby stworzyła dla mnie dom. Ale wybrać kawałek wydeptanej drogi i spędzać lata, wpatrując się w krzak i parę drzew – to za bardzo przypomina mi celę.

Gdy się budzę, panuje ciemność. Zapalam świecę i dzwonię na dziewczęta, żeby przygotowały mi kąpiel. Dodają do wody zbyt dużo olejków z żywicy i cała komnata zaczyna pachnieć jak wnętrze sosnowego lasu. Zrzucam ubranie i zanurzam się w wodzie po czubek głowy, starając się odegnać natrętne myśli, w których wszystkie oblicza Agresji mieszają się z tym jedynym Risy.

-   Po pewnym czasie, gdy woda od dawna jest już zupełnie zimna, a niebo na zewnątrz zaczyna szarzeć, do pokoju wchodzi Lasair. Najwyraźniej nie uznaje poszanowania cudzej prywatności czy niestosowności wizyt nad ranem w cudzych sypialniach.

-   Znalazłem coś ciekawego! – oznajmia od progu.

-   Źle wyglądasz, przydałoby ci się trochę snu.

-   Przedni żart, Rhezusie – mówi, siadając w fotelu przy ławie. – Jaka to strata dla ludzkiej rasy, że nie zostałeś wędrownym błaznem.

-   Jeszcze nic straconego. Jakie cuda udało ci się znaleźć?

-   To. – Z dumą unosi cienki, podniszczony notatnik.

-   Daruj, ale chyba wyjątkowość tego okrycia jakoś mi umyka.

-   Nigdzie nie ma podpisu autora, ale sądzę, że to coś w rodzaju… Hm, może po prostu powiem ci, o czym jest. To opis pobytu chłopca na wsi. Spędził tam trzy miesiące ze swoją matką, podczas gdy ojciec popłynął… Nie pamiętam gdzie, ale gdzieś daleko w jakichś interesach. Dzieciak pojechał do rodziny i przez całe lato bawił się z gówniarzami wieśniaków, biegał po łąkach, pisał jakieś durne wierszyki, pluskał się w strumieniu.

-   Faktycznie brzmi jak niewiarygodnie interesująca opowieść…

-   Nie rozumiesz? Wszystko tu jest. Opis tego krzewu. Różany krzew, zagajnik przy nim, mostek z bielonymi balustradami. Nawet chabry!

-   Na każdej wiejskiej łące rosną chabry.

-   Nie miałem pojęcia, że taki z ciebie znawca wiejskiej flory. To naprawdę opis tego miejsca – mówi poważnie. – Wydaje mi się, że Tadeus odtworzył obraz z tej książki. Widziałeś chłopca, który szedł ku nam drogą? To pewnie właśnie ten dzieciak. Opis się zgadza.

-   Przypuśćmy nawet, że mag stworzył swoją samotnię na podobieństwo opisu z książki, którą znalazłeś. Co daje nam ta informacja?

Lasair przez chwilę nie odpowiada. Bębni palcami w okładkę notatnika i wygląda na zamyślonego.

-   Nie wiem – odpowiada wreszcie. – Ale to miejsce sprawia, że skręcają mi się wnętrzności. Nie wierzę w gościnność możnych. Zwłaszcza w bezinteresowną gościnność. Gdy ostatnio temu zaufałem, skończyłem przykuty do skały na pół wieku. Sam uznałeś, że powinniśmy zdobyć jak najwięcej informacji, dlatego otworzyłeś te cholerne drzwi, prawda? Wydaje mi się, że skoro najważniejsza część domu została stworzona na podobieństwo opisu z tej książki, nie powinniśmy tego całkiem zignorować.

-   Zostaw książkę, przeglądnę ją. Myślisz, że to pamiętnik mistrza?

-   Nie sądzę. Dzieciak nie jest narratorem. I więcej znajdziesz opisów przyrody, niż jego przeżyć.

-   Koncentruje się jakoś szczególnie na tym krzewie?

-   Nie. Kilka razy o nim wspomina, ale nie częściej, niż o innych rzeczach.

-   Może to jakaś książka z jego dzieciństwa i czuje do niej sentyment? Albo mimo wszystko jego pamiętnik.

-   To nie dom, w którym trenował uczniów, prawda? – pyta Lasair, rozglądając się po komnacie.

-   Nie. Dwadzieścia lat temu z pewnością jeszcze tu nie mieszkał, a przestał przyjmować adeptów jeszcze wcześniej.

-   Myślisz, że to prawda, co o nim mówią? Że mordował oszustów, którzy podszywali się pod jego wychowanków i ich zjadał?

-   Nie jestem specjalistą od plotek na jego temat, nie mówiąc o faktach. Za kilka dni odejdziemy stąd i mało prawdopodobne, byśmy jeszcze kiedyś go spotkali.

-   Rhezus, nie zastanawiałeś się, czy tak potężny mag nie byłby w stanie cię zabić? – pyta Lasair, przyglądając mi się uważnie.

Wychodzę z balii, wycieram się i ubieram strój bardzo podobny do tego, w którym się tu zjawiłem, przygotowany przez służące. Nie odpowiadam mu od razu. Oczywiście, że o tym pomyślałem. W zasadzie przez ostatnie godziny myślałem tylko o tym.

-   Nie mogę teraz umrzeć – mówię wreszcie niechętnie. – Muszę wcześniej coś zrobić.

Lasair nie wydaje się zadowolony z mojej odpowiedzi. Podnosi się, zostawia na fotelu książeczkę. Podchodzę do okna. Słyszę jego kroki, gdy przemierza pokój. Odgłos otwieranych, potem zamykanych drzwi. Przez kolejne minuty udaje mi się skoncentrować na obserwacji wschodu słońca i szczęśliwie nie myśleć o niczym innym.

 

-   To dziwne.

Wampir podnosi głowę i patrzy na mnie pytająco znad przeglądanych albumów. Przed chwilą dziewczęta zabrały naczynia po naszym obiedzie. Nie licząc pierwszego posiłku ani raz nie zeszliśmy do jadalni, wszystkie kolejne służące przynosiły nam do którejś sypialni. Lasair większość czasu spędza na czytaniu w swojej komnacie. Próbuje chyba odwrócić swoją uwagę od przedłużającego się stanu wyciszenia wampirzych mocy. Zapytałem go, czy próbował się przemienić. Mruknął, że było to bolesne i mało skuteczne, nie chciał wyjaśnić nic więcej. Z każdym dniem jego skóra mocniej szarzeje, a oczy stają się bardziej zapadłe, wychyla kielichy z wodą coraz łapczywiej. Ja również przeszukuję bibliotekę Tadeusa, ale żadna pozycja nie potrafi zainteresować mnie na dłużej. Zresztą po jakiejś godzinie czytania obraz rozmazuje się i muszę odczekać prawie drugie tyle czasu, by mój wzrok z powrotem się wyostrzył i cholernie mnie to irytuje. Dlatego po skończonym posiłku nie zdecydowałem się na powrót do lektury. Za to przypomniałem sobie o tym, co wpadło mi do głowy dziś rano i co chciałem przedyskutować z Lasairem.

-   Co masz na myśli? – pyta wampir, odkładając księgę i wygodniej rozkładając się na łóżku, chyba domyśla się, że czeka nas dłuższa rozmowa.

-   Zastanawia mnie, co Dego może ofiarować komuś takiemu, jak mistrz Tadeus – mówię, podchodząc do okna i zamykając je na wszelki wypadek, chociaż nie słychać przez nie nigdy odgłosów z ulicy. – Magowi nie brakuje bogactwa, chyba nie zależy mu na większych wpływach. To dziwne, że zgodził się nas gościć.

-   Może czuł się samotny i pomyślał, że goście zapewnią mu trochę rozrywki?

-   Nie sądzę. Prawie z nami nie rozmawia, nie szuka naszego towarzystwa.

-   Może nienawidzi Wyroczni i zależy mu, by twoja misja się powiodła? – poddaje drwiąco Lasair, ale podobnie jak ja, nie wierzy w żaden z tych powodów.

-   Odniosłeś wrażenie, że zależy mu na jakiejkolwiek sprawie, która wybiega poza mury tego domu? Pytałem dziś dziewczęta, kiedy ostatni raz wychodził. Jeśli dobrze je zrozumiałem, kilka lat temu. To służba załatwia sprawunki, za jej pośrednictwem Tadeus kontaktuje się z zewnętrznym światem.

Krążę przez chwilę po pokoju, wreszcie siadam przy ławie, splatam ręce na podbródku.

-   Wychodziłeś w nocy? – pytam, żeby na chwilę zmienić temat i odsunąć od siebie wrażenie, że pęta zaciskają mi się na szyi.

-   Próbowałem – odpowiada wampir z irytacją. – Chciałem zapolować. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam taki stan rzeczy. Okna to kłamstwo, donikąd nie prowadzą. Wejściowe drzwi są cały czas zamknięte.

-   Wiem, sprawdzałem. Ale trudno się temu dziwić, nie leży w interesie gospodarza ani naszym, żeby ktokolwiek pojawił się tutaj niezapowiedziany. Dlaczego zgodził się nas przyjąć, na demony złej śmierci?

-   Powiedział przy pierwszym spotkaniu, że od dawna chciał cię poznać – przypomina Lasair.

-   Ale nie próbuje wypytywać mnie o cokolwiek.

-   Wracamy do punktu wyjścia. Mistrz to uczynny gospodarz, który daje schronienie prześladowanym niewiniątkom, nie narzuca się swoim gościom i zostawia im pełną swobodę – mruczy Lasair, wracając do lektury.

Z każdym kolejnym dniem swojego postu staje się bardziej rozdrażniony. Nie mamy żadnych wieści od Arhi. Lasair, który ma do nich więcej cierpliwości, dowiedział się od dziewcząt, że nie wychodziły ani raz odkąd się zjawiliśmy i nie wiedzą nic o nastrojach w mieście. Reszty domowników nie widziałem na oczy, ale nie sądzę, by zechcieli powiedzieć nam więcej.

Cichutkie pukanie do drzwi. Do środka wchodzi służąca z tacą owoców. Nie podnosi głowy, jest lekko zgięta w ukłonie, gdy przekracza próg.

-   Dziękuję, Mai, słodka z ciebie dziewczyna – mówi wampir z uprzejmym uśmiechem. – Nie musisz się tu fatygować, żeby przynosić nam desery. Gdy zgłodniejemy, wezwiemy cię.

Sądziłem, że takie słowa jeszcze bardziej zdenerwują tę nieśmiałą dziewczynę, ale ona zaskakuje mnie, lekko się uśmiechając.

-   Wiesz, gdzie jest kuchnia? – pytam Lasaira, gdy zostajemy sami.

-   Za jadalnią – wyjaśnia. – Na prawo od pokoi służby. Ale nie ma tak żadnego dodatkowego wyjścia, jeśli na to liczyłeś. Oprócz czterech dziewcząt mieszkają tu jeszcze dwaj służący i kucharka. Na zewnątrz mogą wychodzić tylko ci dwaj mężczyźni, ale nie wolno im wchodzić do części domu, gdzie przebywa Tadeus i my.

-   Wiesz, gdzie trzymają klucze do głównych wrót?

-   Nie. Planujesz jakąś spektakularną ucieczkę, jak w Kast Axar?

-   Mam nadzieję, że obejdzie się bez tego.

-   Szkoda.

-   Z pewnością Arhi da nam znać, gdy tylko będziemy mogli bezpiecznie opuścić ten dom – mówię, żeby trochę go ułagodzić.

-   Tylko czy gospodarz podzieli się z nami tą informacją?

W Kast Axar Pięknoręki próbował mnie zgładzić, a mam nadzieję, że w tym przypadku do tego nie dojdzie. W dodatku Tadeus byłby jeszcze groźniejszym przeciwnikiem, niż egzorcysta. I nie mam do pomocy demonów, które mogłyby go rozszarpać, oszczędzając mi pracy.

Jak każdego z trzech ostatnich popołudni, spędzamy na prośbę Tadeusa chwilę w jego samotni. Lasair zazwyczaj trzyma się na uboczu – brodzi w płytkiej wodzie, przemierza niespiesznie kwieciste łąki. Ja siadam na ziemi nieopodal mistrza, pod pojedynczym drzewem, łudząc się, że jego cień stanowi ochronę przed skwarem. Co pewien czas wymieniamy się jakąś uwagą. Nie chodzi o to, że nie mamy tematu do rozmowy. Jesteśmy zwyczajnie zbyt rozleniwieni słońcem i spokojem tego miejsca. Gdyby tylko nie było tak niezmienne i puste…

Chłopiec włóczący się po okolicy czasem przyłącza się do Lasaira. Opowiada mu o mieszkańcach wioski, dobiega mnie czasem ich śmiech. Słysząc to, Tadeus również się uśmiecha, zwykle nawet nie otwierając oczu.

Dzisiejszego wieczoru mistrz wzywa mnie do swoich pokoi. Wchodzę do sypialni, przypominającej nasze, ale okazuje się pusta. Przylega do niej kolejna komnata, z której dobiega głos Tadeusa. Pukam do drzwi, mag wzywa mnie, bym wszedł. Na szczęście to nie następny sztucznie stworzony kawałek natury, ale zwykły gabinet, coś jak mniejsza kopia biblioteki, tyle, że tutaj panuje idealny porządek i miejsce książek zajmują w większości sterty własnoręcznych zapisków. Mistrz Tadeusz siedzi przy kominku i wskazuje mi miejsce naprzeciw siebie. Zajmuję je, ledwie zerkając na Mai.

Dziewczyna klęczy przed magiem, tyłem do niego. Gdy siadam w niskim fotelu, nasze twarze znajdują się na jednej wysokości. Przez moment widzę jej szklące się oczy, ale szybko opuszcza wzrok. Ma zagryzione usta, dłonie zaciśnięte w piąstki. Zsunięta do pasa sukienka odsłania jej piersi i brzuch. Wpatruję się bez słowa w blizny, krzyżujące się wokół obojczyków i sutków. Tadeus odejmuje nóż od pleców Mai i patrzy na mnie z uśmiechem.

-   Nie przeszkadza ci to? – pyta, wskazując końcem zakrwawionego ostrza służącą.

-   To twój dom, mistrzu – odpowiadam chłodno.

-   Widzisz tę księgę na stoliku obok ciebie? To wszyscy moi chłopcy. Zobacz.

Sięgam po gruby tom, oprawiony w skórę, która sprawia wrażenie ludzkiej. W środku znajduję portret każdego z uczniów maga. Kartkuję niespiesznie strony, przyglądając się poważnym twarzom chłopców. Zatrzymuję się dłużej przy jednej. Znałem go. Jeszcze lepiej obie jego siostrzenice.

Tadeus ze skupieniem przecina skórę na plecach Mai. Nie mogę dostrzec efektu jego pracy, ale patrząc na kolejne dzieciaki, wychowane przez starca na potężnych czarowników, tak naprawdę widzę strumyki krwi, ściekające po łopatkach, plamiące białą sukienkę.

Pukanie do drzwi.

-   Panie, szukam Rhezusa. Powiedziano mi…

-   Nie przeszkadzaj nam, Lasair! – wołam szybko, z udawaną irytacją, choć tak naprawdę przeraża mnie, że głodny wampir miałby wejść teraz i zobaczyć tę krew. – Porozmawiamy później!

Pukanie się nie powtarza. Oczy Tadeusa błyszczą wesołością. Kurwa, on wie, kim jest mój towarzysz. Wie, że dręczy go głód, wie, że zaprzyjaźnił się z tą dziewczyną, którą mistrz teraz kaleczy. O co mu chodzi, na upiory? Przerzucam kolejną stronę. Nie wiem, po co starzec każe mi to oglądać. Oddech dziewczyny przyspiesza. Mag uśmiecha się z zadowoleniem i odkłada wreszcie ten przeklęty nóż.

-   Możesz odejść, Mai.

Dziewczyna naciąga na siebie wybrudzoną sukienkę. Gdy drepcze szybkim krokiem w kierunku drzwi widzę, jak na cienkim materiale wykwitają plamy, zupełnie czarne w tak słabym oświetleniu. Oby nie natknęła się na Lasaira…

-   Nie miałem rodzonych dzieci – wspomina z nostalgią Tadeus, wyciągając rękę po księgę. – Ale oni byli moją najprawdziwszą rodziną.

-   Spotkałem jednego z nich. Gildensterna. Jakieś dwadzieścia lat temu, gdy mieszkał tutaj, w Dareth.

-   Tak, przeżył tu kilka ostatnich lat. Zawsze kochał morze, od dziecka zamierzał osiedlić się w którymś z portów. Gdy się tu sprowadziłem, poszedłem zobaczyć jego dom, ale wybudowali w tamtym miejscu jakąś kaplicę na cześć Wyroczni.

Do pokoju wchodzi inna służąca, niesie kolację. Jej dłonie trzęsą się nieco, gdy rozkłada naczynia na stole, tuż obok ubrudzonego noża. Kiedy Tadeus pozwala jej odejść, bez zwłoki wypełnia to polecenie.

Przez kilka minut rozmawiamy o jakichś głupstwach. Później mistrz oznajmia, że jest zmęczony, więc żegnam się z ulgą, że nie muszę dłużej zmuszać się do konwersacji z tym sadystycznym nudziarzem. Zmierzam od razu do pokoju Lasaira. Gdy wchodzę, mój przyjaciel krąży niespokojnie po komnacie.

-   Wydawało mi się, że czułem… – zaczyna, zanim jeszcze zamykam drzwi.

-   Sprawdza nas – stwierdzam ze złością. – Cholerny kutas. Kroił tę dziewczynę i wypuścił ją na korytarz w zakrwawionym ubraniu.

Wampir wpatruje się we mnie jednocześnie ze zgrozą i podnieceniem. Otrząsa się szybko z tego drugiego. Masuje czoło palcami. Mają niezdrowy, szaro-siny kolor.

-   Może gdybym zachował ostrożność…

-   Nie możesz zapolować w domu! – przerywam mu ostro, chociaż sam zdaje sobie z tego sprawę. – Jemu właśnie chodzi o to, żeby nas sprowokować. Za skrzywdzenie sługi będzie miał prawo dowolnie cię ukarać. A dowie się tego z pewnością, bo nie masz teraz mocy, żeby zrobić to szybko i dyskretnie. Nie możesz przecież nawet użyć kłów.

-   Masz rację – przyznaje z wściekłością Lasair, opadając na fotel. – Nawet w najlepszej formie nie zdołałbym go zwieść, cały ten dom to jego pierdolone oczy i uszy. Mam wrażenie, że choćbym zjadał swoje gówno, mistrz i tak wiedziałby, ile razy sram.

-   Nie możesz dać mu pretekstu do wystąpienia przeciw nam. Nie możesz pożywić się jego sługami, rozumiesz?

-   Nie wiem, czy zdołam nad sobą zapanować, jeśli podstawi mi pod nos puchar pełen krwi – odpowiada ponuro. – Rhezus, muszę wyrwać się z tego domu chociaż na jedną noc.

-   Nie, bo ja nie mam zamiaru zostawać tu sam choćby na godzinę. I będziesz pił ze mnie, chociaż wiem, co sądzisz na temat mojej zatęchłej krwi. Potraktuj to jako lekarstwo – dodaję, sięgając po nóż do owoców. – Lekarstwa nigdy nie są smaczne.

-   Nie jestem chyba aż tak zdesperowany. – Wampir przygląda mi się bez przekonania. – Bo porównanie tego szlamu, płynącego w twoich żyłach do lekarstwa zakrawa na herezję. Nie wiem nawet, czy cokolwiek da, jeśli…

-   Uwierz mi, jesteś tak zdesperowany – mówię gniewnie, podchodząc do niego. – Przestaniesz, kurwa, jęczeć i pożywisz się natychmiast, zanim twój głód zapewni nam los robactwa, zamkniętego w słoiku maga.

Lasair wzdycha i bierze ode mnie nóż. Chwyta moją dłoń, szybkim, mocnym ruchem tnie wnętrze przedramienia. Kiedy tylko na skórze pojawia się krew, ogarnia go prawdziwy szał. Wbija boleśnie palce w moją rękę i przysysa się do rany z taką mocą, że mam wrażenie, że wydrze ze mnie całą krew w kilka sekund. Nie puszcza nawet wtedy, kiedy obaj osuwamy się na kolana, ja dlatego, że niemal pozbawił mnie już życia, a on, bo jest moim odbiciem i przeżywa ze mną każdą moją śmierć. I to się dzieje – wkrótce umieram. Kiedy za jakiś czas otwieram oczy, mój wzrok pada na zegar. Wskazówki poruszają się nieznośnie wolno. W zwolnionym tempie płyną krople potu po twarzy Lasaira, który leży obok, osłabiony moją słabością. Dźwigam się, opieram plecami o ścianę i odpoczywam, słuchając płytkiego oddechu wampira. On przychodzi do siebie nawet dłużej, niż ja. Ale potem szybko odzyskuje humor i wygląda o wiele lepiej, niż kilka godzin wcześniej. Ja też czuję się spokojniejszy, że rozwiązaliśmy przynajmniej ten jeden problem.

-   Po co szukałeś mnie w gabinecie Tadeusa? – pytam go, gdy już jest w stanie usiąść na krześle, nie spadając z niego.

-   Chciałem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku, zwykle wzywa nas obu. I wywołać cię stamtąd, jeśliby się zgodził. Chciałem ci coś pokazać.

Podchodzi do swojego łóżka, bierze z niego dwie cienkie książki.

-   Zabrałem z twojego pokoju – mówi, unosząc jedną z nich, tę z opisem wsi i krzewu.

-   Odkryłeś coś nowego?

-   Kopię. Ta sama opowieść, tylko w lepszym stanie. Chyba spisana kilka lat później, o wiele mniej zniszczona. Trafiłem na nią zupełnie przypadkiem.

-   A dlaczego czytasz obie?

-   Gdy znalazłem drugą, sprawdziłem, czy nie różni się opisem krzewu.

-   Wiesz, że masz już obsesję na jego punkcie?

-   Nie mam obsesji na jego punkcie, po prostu staram się czegoś dowiedzieć.

-   A te wszystkie rozważania, snute grobowym tonem? Ciekawe, czy witraż to jakieś przejście? Czy ilość kwiatów jest ważna? Czy kryje się w nim jakiś demon? Czy ma symboliczne znaczenie?

-   Naprawdę mówiłem to na głos…?

-   Udało ci się znaleźć coś nowego na ten temat?

-   Sam nie wiem – przyznaje sceptycznie. – Może to tylko kopia bez znaczenia. Ale właśnie w momencie, gdy autor wspomina krzew, historia nieco się różni. Pomyślałem, że mógłbym porównać oba teksty. I tak nie mam nic lepszego do roboty, a ta opowieść nie daje mi spokoju.

Wzruszam obojętnie ramionami. Lasair siada przy stole i zagłębia się w lekturze. Gdy chcę wyjść, mruczy, żebym siedział na dupie na wypadek, jeśliby dokonał jakiegoś wstrząsającego odkrycia. Może mimo posiłku nie ufa sobie teraz na tyle, by zostać sam. Dzwonię na dziewczęta, by przygotowały dla mnie kąpiel tutaj. Też nie mam nic lepszego do roboty, niż spędzanie godzin w gorącej wodzie, co chociaż odrobinę mnie rozluźnia. Tym bardziej, że balie w domu mistrza Tadeusa przez długi czas utrzymują wysoką temperaturę wody i to chyba jedyna rzecz, jakiej będzie mi brakowało po opuszczeniu tego miejsca.

-   Skończyłem – oświadcza później Lasair. – Różnice wyłącznie w jednym fragmencie, tym z krzakiem. Detale, Rhezus – przyznaje, rozczarowany. – Chyba jednak nie mają żadnego znaczenia.

-   Przeczytaj – mówię leniwie.

-   Najlepiej przeczytać to chronologicznie, a prawdopodobnie jako pierwszy został napisany tekst, który znalazłem dzisiaj. Hm, chyba muszę też zacząć trochę wcześniej, żebyś zrozumiał sytuację…

-   Bogowie, po prostu czytaj!

-   To był jeden z ostatnich dni lata, bardzo ciepły i słoneczny. Chłopiec cały ranek spędził na zbieraniu jagód ze swoimi przyjaciółmi. Przyniósł je ciotce, która powiedziała, że doda je do obiadu. Obiecała, że poleje też makaron śmietaną, tak, jak chłopiec lubił. Matka pojechała do miasta tamtego dnia i ciotka poddała chłopcu pomysł, by nazbierał dla niej kwiatów. Matka miała wrócić dopiero za kilka godzin, miał dużo czasu. Postanowił pójść nad strumień – tam rosły najpiękniejsze kwiaty. Przypomniał sobie o cudownym krzewie róży, rosnącym na skraju małego lasu. Krzew był widoczny z daleka i chłopiec od razu go odnalazł, chociaż rzadko zapuszczał się w tamtą okolicę. Dzieci zwykle bawiły się po przeciwnej stronie wioski, tam …

-   Chyba nigdy w życiu nie słyszałem nudniejszej opowieści – mruczę, zanurzając się w wodzie. 

Dziś nie ma dla mnie zapachu. Widziałem, jak dziewczęta wlewają do balii olejki, ale dzisiaj nie czuję żadnych pieprzonych sosen, żadnych oliwek, kwiatów, pomarańczy, czekolady. 

-   … gdzie rzeka poszerzała się i była większa, i gdzie rosło wiele owocowych drzew – kontynuuje Lasair, ignorując moje słowa. Chłopiec był sam. Odnalazł krzew bez problemu, ale miał trudności z oderwaniem kwiatów, dlatego zajęło mu to tak dużo czasu. Zerwał dwa, nie chciał zniszczyć całego krzewu. Wrócił do domu ciotki, która zrugała go, że zabrudził ubranie. Wkrótce wróciła matka. Gdy zobaczyła kwiaty, była zachwycona. Nie miała nawet pretensji, że podczas swojej wyprawy wybrudził się i zadrapał. Powiedziała, że to nic i żeby poszedł się przebrać. Chłopiec poszedł do siebie i przebrał koszulę na czystą. Tamtą matka wyrzuciła. Potem razem zjedli makaron ze śmietaną i jagodami. Chyba tyle wystarczy.  

-   Z pewnością. 

-   Teraz drugi fragment. Pominę początek. Słuchaj. Chłopiec odnalazł krzew bez problemu, ale miał trudności z oderwaniem kwiatów. Zerwał dwa, nie chciał zniszczyć całego krzewu. Dobrał do nich polne kwiaty, ale stwierdził ostatecznie, że ich prosty urok nie pasuje do królewskiego wyglądu róż. Wrócił do domu ciotki. Czekał na matkę jeszcze przez jakiś czas. Gdy wróciła i zobaczyła kwiaty, była zachwycona. Nie miała nawet pretensji, że podczas swojej wyprawy wybrudził się i zadrapał. Powiedziała, że to nic. Pomogła mu się umyć i przebrać. Potem razem zjedli makaron ze śmietaną i jagodami.

-   To wszystko? – pytam, gdy jego milczenie się przedłuża.

-   Tak.

-   Daruj, Lasair, ale nie widzę tu niczego podejrzanego. Ledwie widoczne odstępstwa.

-   Ale nie uważasz, że to dziwne? Po co trzymać dwie kopie takiej historyjki?

-   Jeśli to jego ulubiona książka z dzieciństwa…

-   Spójrz, czym różnią się te fragmenty, Rhezus. W pierwszym narrator podkreśla: chłopiec był sam. Wiadomo już wcześniej, że był sam, po co o tym przypominać? Po co poświęcać cztery zdania wybrudzonej koszuli, skoro w kolejnej wersji wspomina o tym tylko jedno? Dlaczego w pierwszej wersji ciotka wrzeszczy na niego, w drugiej nie? I w pierwszej zebranie kwiatów zajęło mu tak dużo czasu, że nie czekał na matkę tak długo, jak w drugiej.

-   Analizujesz to na poważnie? – Przyglądam mu się nie do końca przekonany o jego pełnej sprawności umysłowej, może jednak moja krew nienajlepiej na niego podziałała. – Naprawdę niepokoją cię minimalne nieścisłości w powtórzonym bełkocie jakiegoś mdłego pisarzyny?

-   Bo druga wersja to jakby wybielona pierwsza, wiesz? Ciotka nie krzyczała, koszula okazała się nie aż tak brudna, zebranie kwiatów nie tak czasochłonne.

-   Czemu ktoś miałby przejmować się takimi drobiazgami?

-   Właśnie nad tym się zastanawiam. Zwłaszcza, że reszta książki nie różni się ani jednym słowem, a bywały fragmenty o rzeczach przykrzejszych dla chłopca, niż błoto na ubraniu. Tamte nie zostały zmienione.

-   Może istnieją jeszcze inne wersje, w których ciotka wysławia chłopca pod niebiosa i obiecuje przygotowywać dla niego makaron codziennie przez kolejny miesiąc? – poddaję drwiąco. – Lasair, ta książka…

-   Masz rację, może istnieją inne wersje – przerywa mi i wcale nie żartuje. – Może to jakaś zabawa czy zagadka i dlatego mistrz tak lubi tę książkę. Rano poszukam w bibliotece.

Mam zamiar zapytać go, kto niby zainteresowałoby się taką zabawą, ale pochyla się z powrotem nad tekstem, wzdycham więc tylko ze zrezygnowaniem.

W nocy śnię o latach, spędzonych w niewoli Wyroczni. Tyle, że tym razem oprócz niej w celi dostrzegam Agresję. Stoi w kącie i patrzy na mnie z pogardą. Wyciągam w jej stronę zmiażdżoną dłoń i próbuję wypowiedzieć jej imię, ale nie mogę. Wypluwam zęby, nie mogę…

-   Agresja! – krzyczę, to już nie cela, tylko sypialnia. – Agresja! Agresja…

Zrzucam z siebie mokrą od potu pościel. Podchodzę do okna i otwieram je, ale tym razem dobiega mnie pisk mew. Dlaczego piszczą nawet w nocy?! Zatrzaskuję okno i walę w nie pięściami. Opieram dłonie o szybę i obserwuję połyskującą powierzchnię morza, zlaną z ciemnym, rozgwieżdżonym niebem. Od tej wody wszystko się zaczęło. W niej utonęła moja piękna.

Wracam do łóżka, ale tej nocy nie udaje mi się więcej zasnąć. Z kątów sufitu szczerzą do mnie zęby twarze zmarłych, a upiory drapią pazurami ściany i podłogi.

 

Kolejny monotonny dzień, który spędzam na krótkich chwilach lektury, przeplecionych dłuższymi próbami zaśnięcia, bo chęć skrócenia świadomego czasu wizyty u Tadeusa przewyższa w tym momencie nawet strach przed nawracającymi koszmarami. Rano, gdy wstąpiłem do biblioteki, spotkałem Lasaira, pogrążonego w poszukiwaniach nieistniejących kopii swojej nużącej historyjki. Zazdroszczę mu, że znalazł jakiś sposób na zabicie czasu.

Prawie udaje mi się zasnąć, gdy drzwi sypialni uchylają się i do środka wsuwa się mój towarzysz. Zwykle wygląda na pewnego siebie, znudzonego albo drwiącego, ewentualnie wściekłego, ale nie…

-   Rhezus, obawiam się, że… Hm… Zaistniał pewien problem.

Cała jego postawa wyraża skruchę i wystarczy jedno spojrzenie, by zrozumieć, że „pewien” nie oznacza w tym przypadku „mało istotny”.

-   Co się stało? – pytam rozdrażniony przerwaną drzemką. – Zabiłeś kogoś?

-   Tak – przyznaje z ociąganiem. – Parobka mistrza. Przed chwilą.

Zrywam się z łóżka, nie wierząc własnym uszom. Dopiero teraz, już całkiem przytomny, dostrzegam krew na jego ubraniu.

-   Zabiłeś sługę najpotężniejszego maga w królestwie, w jego własnym pieprzonym domu, korzystając z udzielonego przez niego azylu?!

-   Hm, w przygotowanych przeze mnie wyjaśnieniach brzmiało to mimo wszystko lepiej…

-   Przerabialiśmy to, na demony złej śmierci! Dałem ci się całkowicie wysączyć, a ty piłeś to świństwo z moich żył, żeby do tego nie doszło! Zupełnie ocipiałeś?! Lepiej, żeby ten trup planował otruć Tadeusa i lepiej, żebyś miał na to dowody, bo inaczej…

-   Prawdę mówiąc…

-   Nie, nie chcę tego słuchać! – syczę gniewnie, uciszając go uniesieniem dłoni. – Z pewnością był złym człowiekiem. – Ostatnie dwa słowa wypowiadam szyderczo, ale aż trzęsę się od gniewu. – Zrobił coś bardzo, bardzo niegodziwego. Próbował skrzywdzić którąś z niewolnic? Zgwałcił którąś? Zamachnął się kijem na szczeniaka? Choćbym miał jedno życie i czuł do niego sentyment, założyłbym się o nie, że to coś z tej kategorii powodów!

-   Tak – potwierdza ponuro wampir. – Z pominięciem szczeniaka – uściśla.

-   Po prostu, kurwa, świetnie!

Nie pytam go o szczegóły, są bez znaczenia. Zastanawiam się, jak rozwiązać tę sprawę. Lasair może być poza tymi murami potężnym wampirem, a ja nieśmiertelnym wojownikiem, ale w środku domu wcale nie czuję się dość silny, by spokojnie stawić czoło Tadeusowi, on też nie. Najchętniej wyniósłbym się stąd w tej sekundzie, ale jakoś nie wydaje mi się to łatwym zadaniem.

-   Zrób coś z ciałem, a potem czekaj w swojej sypialni – decyduję. – Pójdę wytłumaczyć cię przed mistrzem. I tak już pewnie wie, co się stało. I zmień ubranie na czyste.

Wampir kiwa głową i wychodzi. Jeszcze przez chwilę układam w głowie przemowę, która dzięki sile starannie dobranych argumentów uchroni mojego przyjaciela przed wyrokiem śmierci. Mag zna prawdę na temat Lasaira, więc zna też sposoby, jak trwale go zranić. Czuję, że o mnie również wie więcej, niż mówi. Wciąż mam nadzieję, że obejdzie się bez walki, bo jeśli do niej dojdzie, będziemy modlić się, żeby skończyło się na jednym morderstwie i kolejnej spektakularnej ucieczce.

Tadeus przechadza się nad brzegiem strumienia w nudnym świecie z jego ulubionej książki. Gdy przekraczam próg magicznych drzwi, zastanawiam się, czy starzec mnie oczekuje. Na mój widok jak zwykle się uśmiecha, nie potrafię stwierdzić, czy spodziewa się, z czym przychodzę.

Wyjaśniam sprawę krótko i ze spokojem, nie wdając się w zbędne szczegóły. Tadeus nie wygląda na zainteresowanego. Macha ręką na całą sprawę i poleca tylko, bym przekazał sługom, żeby pochowali zmarłego i znaleźli innego chłopca na jego miejsce.

-   Twój towarzysz to poczciwy człowiek – mówi z pobłażliwym uśmiechem. – Nie taki, jak ty czy ja. Sądzę, że dobór naturalny i tak dosięgnie go we właściwym momencie, nie muszę ani nie chcę tego przyspieszać.

Żegnam go przy pierwszej sposobności i wracam do Lasaira.

-   Mistrz nie zamierza cię ukarać – oświadczam.

-   W żaden sposób? – pyta podejrzliwie wampir.

-   Na to wygląda. Dowiedziałeś się czegoś z tych zapisków?

-   Myślałem, że cię to nie interesuje.

-   Powiedzmy, że zaczęło.

Zaczęło, bo po tej rozmowie z Tadeusem nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wydostaniemy się z tego domu, przynajmniej nie w jednym kawałku. Mag nie przejął się ani trochę śmiercią sługi, a choć użył innych słów, ja miałem wrażenie, że mówi do mnie: „Nieważne, co teraz zrobicie, w końcu i tak stanie się z wami to, co sobie zaplanowałem.”

-   Przeszukiwałem bibliotekę cały dzień. Znaczy, cały dzień, zanim… Sam rozumiesz. Znalazłem jeszcze dwie kopie, ale nie zdążyłem ich przeglądnąć. Wydaje mi się, że wystarczy ograniczyć się do fragmentu ze zbieraniem kwiatów.

-   Przejrzyj je, zaczekam – mówię i rozsiadam się w fotelu.

-   Będę ci czytał na bieżąco – proponuje wampir, rozkładając cienkie książki na stole. – Ja już tym rzygam, może zauważysz coś nowego.

-   Kopie, które znalazłeś, wyglądają na starsze?

-   Tak. Leżały zakopane pod stertami innych ksiąg. Chyba nikt nie zaglądał do nich od lat. Zaczekaj, chyba ten… Tak, ten wydaje się wcześniejszy, zaczniemy od niego. Hm… Tutaj. Chłopiec był sam. Odnalazł krzew bez problemu, ale miał trudności z oderwaniem kwiatów. Mimo to nie chciał, żeby ktoś mu pomagał. Ciotka dziwiła się później, że zajęło mu to tyle czasu. Zerwał dwa… To się powtarza… Powiedziała, że to nic. Żeby przestał płakać i poszedł się przebrać. Koszula okazała się podarta. Matka wyrzuciła ją później. Chłopiec nie chciał zejść na obiad. Matka się zezłościła. Przypomniała mu, że ciotka przygotowała jego ulubione danie i że w jego wieku już nie wypada mieć humorów. Zszedł i potem razem zjedli makaron ze śmietaną i jagodami. Co o tym myślisz?

-   Sprawdź kolejny.

Przez kilka minut Lasair w milczeniu porównuje teksty.

-   Różni się tylko jednym zdaniem – stwierdza. – Odnalazł krzew bez problemu, ale miał trudności z oderwaniem kwiatów. Mimo to nie chciał, żeby ktoś mu pomagał. I teraz: Powiedział, że sobie poradzi.

-   Komu to powiedział, skoro był sam na łące? Płakał i chciał zrezygnować z tego makaronu z powodu podartej koszuli? Wspominałeś chyba, że nie należał do biednych dzieciaków.

-   Nie należał. Mam wrażenie, że pochodził z zamożnej rodziny. Rozumiesz, co to oznacza?

-   Że mimo podkreślania tego faktu, wcale nie był tam sam. Musimy odszukać inne kopie tej historii. Im starsze, tym mniej sielankowe. I bardzie wiarygodne, jak sądzę.

-   Sprawdziłem niemal całą bibliotekę. Możemy nie znaleźć nic więcej. Myślisz, że to prawdziwa historia? Chodzi o Tadeusa, prawda?

Cichutkie pukanie. Wampir woła, by przybysz wszedł i pojawia się Mai z misą wody i ręcznikiem, przewieszonym przez ramię. Zerka na Lasaira nieśmiało. Dopiero teraz dostrzegam, że sługa zdążył trochę poturbować go przed śmiercią. Wcześniej nie brałem tego nawet pod uwagę, sądziłem, że to krew tamtego, ale przecież Lasair nie może korzystać tutaj z morderczych talentów swojego gatunku. Dziewczyna podchodzi do wampira i zagryza usteczka.

-   Nie, skarbie, nie musisz tego robić – odpowiada łagodnie, rozumiejąc, o co jej chodzi. – To tylko zadrapania, nawet ich nie czuję.

Mai spogląda na niego prosząco, ściskając w dłoniach ręcznik.

-   Pójdę już – oznajmiam, podnosząc się.

-   Skończyliśmy omawiać…? – dziwi się wampir.

-   Powinieneś pozwolić jej okazać wdzięczność – przerywam mu.

-   To niepotrzebne, nie jest mi nic winna. Nie jesteś mi nic winna, Mai – zwraca się do służącej.

Oczy dziewczyny stają się przeraźliwie smutne. Nerwowo skręca w rękach swoją szmatkę. Lasair dostrzega to i uśmiecha się pobłażliwie.

-   Nie, masz rację – mówi miękko. – Stanowczo powinienem przemyć te rany. Dobrze, że o tym pomyślałaś. Do zobaczenia jutro, Rhezus.

-   Nie możesz sypiać z niewolnicą bez jego zgody – przypominam, gdy go mijam, to niezbyt subtelne, ale kolejna obraza Tadeusa mogłaby nie mieć tak szczęśliwego zakończenia.

-   Spokojnie, nie zamierzam już dzisiaj sprawdzać granic łaskawości mistrza.

-   Ktoś może ci to skutecznie utrudniać.

Dziewczyna rumieni się aż po uszy. Lasair wygląda na zakłopotanego tym faktem, co mnie zdumiewa, bo dotychczas nigdy nie tracił rezonu w obecności płci pięknej. Z drugiej strony, ja nigdy nie zazdrościłem mu żadnej z seksownych kochanek, tak jak teraz sposobu, w jaki patrzy na niego ta zahukana niewolnica i czuję się nagle przeraźliwie stary. Wampir chce chyba coś powiedzieć, ale nie czekam na to. Ruszam do wyjścia i zostawiam go samego z problemem jej wdzięczności.

 

Od rana przetrząsamy zbiory Tadeusa, by się dowiedzieć, co tak naprawdę przydarzyło się dzieciakowi z opowieści. Obserwując wagę, jaką mag przykłada do tego cholernego krzaka i pieprzonego wycinka prowincji, tam musi się kryć odpowiedź na nasze pytanie – co jest jego słabym punktem? Co pozwoli nam go pokonać, gdy zaatakuje? Pokryci warstwą kurzu, niestrudzenie przerzucamy kolejne stosy tomów. Mistrz przechodzi przez bibliotekę w drodze do swojego świata. Przygląda się nam pobłażliwie, nie zadaje pytań. Zaprasza, żebyśmy zjedli z nim później podwieczorek nad strumieniem.

Siadam na podłodze i przyglądam się pracy Lasaira. Wampir wydaje się jeszcze bardziej zdesperowany, niż ja. Nie podoba mi się nagły wzrost jego zaangażowania.

-   Lasair.

-   Hm? – Podnosi głowę z miną, która ma udawać uprzejme zainteresowanie.

-   W Ogrodzie Dzieci wykastrowałeś kapłana-pedofila, chociaż wiedziałeś, że sprowadzisz tym na nas kłopoty. Tutaj znowu bawiłeś się w bohatera i mogło skończyć się o wiele gorzej. Ale na tym, kurwa, koniec – zaznaczam surowo. – I jeśli mistrz przywoła do siebie twoją przyjaciółkę, by znów ją kaleczyć, zabraniam ci ingerować. Kto wie, może nawet zabije ją na twoich oczach, żeby ukarać cię w ten sposób albo sprowokować. Może to on kazał dziewczynie starać się zdobyć twoje względy, żeby wykorzystać to przeciw tobie. Może te wszystkie książki to tylko żart, który ma odwrócić naszą uwagę od ważniejszych kwestii. Jesteśmy na jego terenie, Lasair, a obawiam się, że on nie ustępuje żadnemu z tych wrogów, którzy zdołali nas w przeszłości pokonać i nie możemy mu w tym pomagać. Zrozumiałeś?

Mija chwila, zanim potwierdza oszczędnym skinieniem głowy. Ma chłodny wyraz twarzy. Nie lubi, gdy zwracam się do niego tym tonem, ale ma teraz za wiele na sumieniu, by ze mną dyskutować. Bez słowa wraca do poszukiwań.

Udaje nam się odnaleźć jeszcze jeden tekst. Wracamy do komnaty wampira.

-   …Z oderwaniem kwiatów. Jakiś człowiek zauważył go i zapytał, czy potrzebuje pomocy. Chłopiec nie chciał, żeby ktoś mu pomagał. Powiedział, że poradzi sobie sam. Obcy odszedł. Chłopiec zerwał dwa kwiaty… Nic więcej – stwierdza z rozczarowaniem Lasair. – Żadnych innych różnic. To nie ma sensu, Rhezus. To tylko zwykła opowiastka. Pewnie uznano szczegół z przechodniem za mało istotny i pominięto go w późniejszych wersjach. Może kolejne kopie powstawały bez wiernego pierwowzoru, odtwarzane częściowo z pamięci, stąd różnice. Wiem, że sam to zacząłem, ale chyba tracimy czas.

-   Ja też mam już dość tych pieprzonych kwiatków, wybrudzonych koszul i mazgajowatych gówniarzy…

Kolejny kwadrans spędzamy w milczeniu, znużeni i zniechęceni. Znowu to nieśmiałe pukanie do drzwi. Ale tym razem służąca nie czeka na odpowiedź, wsuwa się pospiesznie do komnaty Lasaira.

-   Mai? – Wampir spogląda na nią uważnie, bo wygląda na zdenerwowaną. – Coś się stało?

Dziewczyna zerka na mnie niepewnie. Uznaje najwyraźniej, że może lub musi mi zaufać, bo nie waha się dłużej, tylko podbiega do Lasaira. Nie patrzy na niego, wyciąga w jego stronę jakieś bardzo stare, zakurzone karty. Wampir odbiera je, wciąż nie bardzo rozumiejąc jej intencje. Przerzuca pierwsze strony i wydaje z siebie cichy okrzyk.

-   Tego szukaliśmy! – oznajmia przyciszonym, ale rozgorączkowanym głosem, podsuwając mi pod nos tekst. – To starsza wersja. Musimy dokładnie się temu przyjrzeć, Rhezus!

Przeraża mnie przywiązanie Mai do mojego towarzysza, do którego najwyraźniej nie dociera jeszcze, że prawdopodobnie dziewczyna skazała siebie na śmierć, wykradając Tadeusowi prywatne zapiski.

-   Skąd to wzięłaś? – pyta Lasair, patrząc na służącą z nagłą surowością, widocznie zaczyna co nieco rozumieć.

Mai najwyraźniej nie wie, jak najlepiej wszystko wytłumaczyć. Zagryza usta, bezsilna.

-   Umiesz pisać?

Potwierdzające kiwnięcie głową. Wampir wyrywa z kałamarza pióro, zachlapuje przy tym blat stołu. Podaje je dziewczynie razem ze strzępem papieru. Mai pochyla się nad kartką i z wyraźnym wysiłkiem kreśli kolejne litery, chyba od dawna nie używała tej umiejętności.

z gabinetu mistrza

-   Kurwa – szepcze mój przyjaciel, chwytając się ręką za głowę.

Służąca znów macza pióro w kałamarzu. Napisanie kolejnych zdań zajmuje jej dobrą chwilę.

trzyma je głęboko schowane i nigdy do nich nie zagląda

zawsze są bardzo zakurzone

nie zauważy że wzięłam

znalazłam je kiedyś gdy sprzątałam

sądziłam że to ci pomoże panie myślałam że tego szukasz

-   Tak, pomoże – przyznaje ponuro Lasair. – Ale nie chciałem, żebyś narażała się w ten sposób.

-   Zamiast tyle gadać, przeglądnijmy szybko te notatki, żeby dziewczyna mogła odnieść je z powrotem.

To bez wątpienia pamiętnik, bardzo stary. Mam wrażenie, że mocniejszy chwyt rozsypałby w proch pożółkłe karty. Lasair chyba podziela moje obawy, bardzo ostrożnie przewraca stronę.

„…Miałem problemy z oderwaniem kwiatów. Nie chciałem ich zniszczyć. Zobaczyłem, że nie jestem sam. Tamten mężczyzna nadszedł z lasu. Patrzył na mnie spomiędzy drzew. Zapytał, czy trzeba mi pomóc. Śmiał się i mówił, że widzi, że sobie nie poradzę. Uciekłem. Zdążyłem zerwać tylko dwa kwiaty. Rozpłakałem się, bo chciałem dać mamie cały bukiet.  Ciotka się ze mnie śmiała. Przy mamie już nie płakałem. Chciałem, żeby pomogła mi się przebrać, ale powiedziała, że jestem już duży i poradzę sobie sam. Nie chciałem zejść na obiad…”

-   Chyba jednak… – zaczynam, ale wampir wskazuje na inne zapiski.

-   Tutaj – szepcze.

„…Nie mogłem ich oderwać. Bałem się, że je zepsuję i mama nie będzie ich chciała. Były takie piękne. Zobaczyłem człowieka między drzewami, tam, gdzie było już trochę ciemno. Przestraszyłem się. Powiedział, żebym nie uciekał. Powiedział, że pomoże mi z kwiatami. Że umie je urwać tak, żeby spodobały się mamie. Ucieszyłem się, że zna mamę. Miałem urwane dopiero dwa kwiaty i trochę je zepsułem. Na krzaku było więcej i chciałem dać mamie cały bukiet. Ale on mi nie pomógł. Złapał mnie za rękę i wciągnął do lasu…”

Dłonie Lasaira stopniowo zaciskają się w pięści. Ja też z coraz większym obrzydzeniem czytam kolejne linie tekstu.

„…Płakałem i ciotka się śmiała. Mówiłem, że jestem beksą i nikt nie będzie mnie szanował. Kazała mi się uspokoić. Potem przyszła mama. Chciałem, żeby pomogła mi się przebrać. Powiedziała, że jestem już duży i mogę sam to zrobić. Plecy bardzo mnie bolały, bo koszula się do nich przykleiła. Znowu płakałem. Przyszła mama i zapytała, co się stało, ale bałem się jej powiedzieć. Była zła, że podarłem koszulę i musi ją wyrzucić. Kazała mi zejść na dół i zjeść obiad…”

-   Bogowie, dlaczego tyle razy to napisał, skoro…? – pyta Lasair.

-   Potężni nie uciekają – mruczę. – Może zmienił swoją historię jak Pytia, która wymordowała rodzinę, świadków jej życia jako zwykłej śmiertelniczki. Zmodyfikował wspomnienie swojej klęski, przekształcił je w opis zwykłego dnia, jednego z wielu, jakie spędził podczas tamtego lata na wsi?

-   Ale dlaczego taki witraż i taki świat?!

-   Nie wiem. Może w gruncie rzeczy ma mu to przypominać, że musi być nieustannie ostrożny? Albo to wydarzenie zmobilizowało go, by stać się niezwyciężonym, żeby już nigdy nikt nie zdołał wciągnąć go do lasu i męczyć przez kilka godzin? Może uznał to za cenną lekcję?

-   I dlatego znęca się nad słabszymi? – cedzi przez zęby wampir, a ja zastanawiam się, jak dokładnie zdołał przyjrzeć się wczoraj bliznom na ciele dziewczyny. – Żeby czuć tę swoją przeklętą potęgę?

-   Nie wiem, może… Na demony złej śmierci, czy próbuję właśnie bawić się w jakiegoś filozofa czy znawcę skrzywdzonych za młodu sadystów?! Kurwa, następnym razem mnie powstrzymaj, Lasair. Cokolwiek się stało, wydarzyło się cholernie dawno, a mamy bardziej aktualne problemy. Musimy iść na podwieczorek, zanim mistrza zaciekawi powód naszego spóźnienia.

-   Nie mam ochoty go oglądać.

-   Ale będziesz. Odnieś papiery tam, gdzie je znalazłaś, Mai.

Wychodzimy pierwsi. Jeśli nie wrócimy przez jakiś kwadrans, będzie to znaczyło, że towarzyszymy Tadeusowi nad strumieniem i Mai może bezpiecznie odłożyć dzienniki do jego pustej komnaty.

Wkraczamy z mrocznej, zakurzonej biblioteki do upalnego, pachnącego świata wsi. Tadeus siedzi przy przykrytym białą serwetą stole. Dwa puste nakrycia już na nas czekają. Podobnie, jak mnóstwo półmisków z ciastami i jakimiś lekkimi daniami.

-   Wybaczcie, że zacząłem bez was – mówi z sympatycznym uśmiechem mistrz. – Kucharka przygotowała dziś prawdziwe przysmaki, musicie wszystkiego spróbować.

Wampir pyta o pozwolenie przespacerowania się przed posiłkiem. Oddala się, przechodzi przez biały mostek na drugą stronę strumienia. Siadam naprzeciw Tadeusa i sięgam po najbliższe wypieki. Dziś odczuwam zapachy, więc będę czuł również smak. Ale chociaż ciasto wygląda przepysznie, świadomość, że kawałek dalej znajduje się różany krzew i las, w którym kilkadziesiąt lat temu katowano dziecko, odbiera mi apetyt.

-   Zawsze świeci tutaj słońce? – pytam.

-   Zawsze – przyznaje z zadowoleniem starzec. – To jedna z zalet świata, który istnieje tylko dlatego, że takie jest nasze życzenie. Zawsze świeci tu słońce, róże zawsze kwitną, dzień trwa w nieskończoność.

Dostrzegam chłopca, biegnącego od strony wsi. Dołącza do Lasaira, opowiada mu coś wesoło.

-   Nadużywamy twojej gościnności, mistrzu – mówię, spoglądając na wampira, który próbuje uśmiechnąć się do chłopca. – Najwyższy czas, żebyśmy podziękowali za pomoc i opuścili twój dom. Musimy skontaktować się z Dego i poznać dalsze zalecenia.

-   Jeśli naprawdę chcesz podziękować mi za gościnę, bądź ze mną szczery, Rhezusie.

Niepokoi mnie kpiące spojrzenie maga, ale waham się jedynie przez moment.

-   Dobrze. Twój dom, choć pełen wygód, to wciąż niewielka przestrzeń z zaryglowanymi drzwiami. A ja zbyt długo przebywałem w zamknięciu, by nie pozbawiało mnie to resztek spokoju. Wiesz, kim jest mój przyjaciel i wiesz, że jego gatunek ma potrzeby, których również nie sposób zaspokoić w tych warunkach. Staje się przez to nerwowy, co niestety objawiło się ostatnio. Nigdy nie zapomnimy tego, że pomogłeś nam, gdy nas ścigano. Mam nadzieję, że rozstaniemy się w zgodzie.

Tadeus nie odpowiada od razu. Zastanawiam się, jak bardzo uraziły go moje słowa. Chyba wcale, bo uśmiecha się z rozbawieniem. Ale ja wcale nie czuję się pewniej. Mam ochotę jak najszybciej stąd odejść.

-   Bardzo się cieszę, że mogłem cię gościć, Rhezusie – mówi z tak autentyczną radością, że mogę być wyłącznie zaniepokojony. – Jedyna rzecz, której się bałem, to że przed śmiercią nie zdążę cię odnaleźć.

-   Dlaczego miałbyś tego chcieć? – pytam, siląc się na beztroski ton.

-   W swoim życiu wychowałem czterdziestu siedmiu uczniów. Ponad połowa z nich już nie żyje. Większość zginęła powalona przez starość i choroby albo sama ściągnęła na siebie śmierć. Ale nie wszyscy.

Wciąż nie rozumiem, do czego zmierza, ale jego uśmiech staje się coraz bardziej promienny, a przecież mówi o zgonach bliskich ludzi.

-   Gildensterna zabił jakiś obcy – ciągnie. – Przybysz znikąd. Tylko tego chłopca nie pomściłem ze wszystkich moich dzieci. Ale dobrzy bogowie obdarzyli mnie okazją. Ty go zabiłeś, Rhezus.

-   Nie zabiłem go – zaprzeczam ze zdziwieniem. – Zamordował go Naserva, pachołek Wyroczni.

-   Każdego dnia modliłem się do X Raga, by skrzyżował nasze ścieżki.

Zrywam się gwałtownie z miejsca. Trawa tłumi dźwięk spadającego na ziemię krzesła. Tadeus również wstaje, uśmiecha się drapieżnie, odsłaniając zęby.

-   Słyszałem, że trudno cię zgładzić – mówi spokojnie. – Że unikniesz każdego uderzenia. Uciekniesz z każdej niewoli. Wiele lat poświęciłem na stworzenie tego miejsca. I jeśli bałeś się, że utkniesz w celi, to właśnie oglądasz swoją ostateczną celę.

Wyszarpuję nóż, ale jakaś siła wybija mi go z ręki tak, że słyszę trzask łamanych kości. Na moment tracę oddech, zamroczony bólem. Odwracam się w stronę drzwi. Są tam, nie zniknęły! Rzucam się w ich kierunku.

-   Lasair! – wrzeszczę, brnąc przez nagle wysoką powyżej pasa trawę.

Staję jak wryty. Starzec jest już przy drzwiach, z dłonią na klamce. Kiedy się tam znalazł?! Jak to możliwe, skoro dotychczas przemierzał polną ścieżkę o lasce, powłócząc nogami?!

-   To jedyne wejście i jedyne wyjście – oznajmia z dumą. – Gdy zniszczy się je od zewnątrz, nie sposób się stąd wydostać. Więc zacznij się przyzwyczajać do tego wiecznie świecącego słońca.

-   Stój!

Obaj obracamy głowy w kierunku, z którego dociera krzyk. Lasair mocno trzyma wijącego się przed nim chłopca.

-   Stój! – powtarza ostrym tonem wampir. – Inaczej zaciągnę cię do tamtego lasu! Będziemy zrywać kwiaty dla twojej matki! Będziemy odrywać je tak, żeby się nie zniszczyły!

Dzieciak wybucha płaczem. Wyrywa się, próbuje gryźć Lasaira. Wampir robi krok w kierunku zagajnika. Chłopiec łka jeszcze głośniej.

-   Nie tam! – skamle rozpaczliwie, przerażony. – Tylko nie tam!

-   Wypuść nas albo zabiorę cię do tego pieprzonego lasu i powtórzy się wszystko to, co przydarzyło ci się w dzieciństwie! – powtarza Lasair, znów zmniejszając odległość między sobą a drzewami. – Chyba nie chcesz…

Przerywa mu głośny śmiech. Tadeus wciąż stoi przy drzwiach, ściskając klamkę i śmieje się tak bardzo, że dostrzegam kilka łez na jego pomarszczonych policzkach. Szybko się uspokaja i uchyla drzwi.

-   Nic nie zrozumieliście – stwierdza pobłażliwie. – Chłopiec to Rufus Lerna. Kilka lat później został pierwszym z moich uczniów. Pewnie znaleźliście jego pamiętniki, skoro sądzicie, że takie groźby mogą mnie przestraszyć.

-   Nie oszukasz nas! – krzyczy Lasair. – Dziennik opisuje tragedię, która zmieniła twoje życie, a ja mogę przywrócić ją taką, jaka naprawdę była, bez upiększeń, które potem wprowadziłeś! Zatrzymaj się albo naprawdę to zrobię!

-   Zrób to – odpowiada łagodnie Tadeus. – Poczujesz, jak to podnieca, a potem uspokaja. Wcześniej też tego nie wiedziałem.

Lasair mruży oczy, patrzy na maga z nienawiścią. Dziecko płacze, nie wydając żadnego dźwięku.

-   Spójrz na te kwiaty, wampirze. Moja duma, moje pierwsze tak cudowne dzieło. Jak możesz przejść koło nich obojętnie, gdy są takie piękne? Czy twoja matka nie zasługuje na najwspanialszy bukiet? Masz rację, to zmieniło moje życie. Ale ja, mój naiwny chłopcze, byłem tym, który czekał w lesie.

Naciska klamkę. Pędzę się w jego stronę, chociaż wiem, że nie mam najmniejszej szansy, by zdążyć. Nie, to nie może się dziać! Na bogów, na wszystkie demony, on nie może mnie tu zamknąć!

Mag otwiera drzwi, ale nie ma czasu się zdziwić, że ktoś za nimi stoi. Mai uderza go w głowę ciężkim świecznikiem. Tadeus wali się na trawę. Rozdygotana dziewczyna podnosi na mnie przerażony wzrok. Biegnę w jej kierunku. Słyszę plusk – Lasair nie traci czasu na powrót na most. Mam dłuższy dystans do pokonania i chociaż on musi brodzić w głębokiej po kolana wodzie, drzwi dopada kilka sekund przede mną. Gdy przechodzi nad magiem, Tadeus właśnie próbuje się podnieść. Chwyta mojego przyjaciela za kostkę. Słyszę krzyk wampira i czuję okropny swąd palonego ciała. Lasair klnie i kopie maga w twarz. Potem drugi raz. Odgłos pękających kości przechodzi w bolesne jęki. Przypadam do Lasaira, popycham go w kierunku wyjścia. Nie ma czasu na takie rzeczy, musimy wyrwać się stąd, zanim Tadeus uraczy nas jakąś nową sztuczką. Charczenie maga zostaje przerwane przez huk zamykanych drzwi. Znów jesteśmy w mrocznej bibliotece.

-   Przystawmy to czymś! – wołam do wampira.

-   Otwierają się w tamtą stronę, durniu! Przytrzymaj je, przy kominku w jadalni widziałem siekierę!

Wychodzi szybko, kulejąc na oparzoną nogę. Mai spogląda na mnie z rozpaczą, drżąc na całym ciele, po jej twarzy płyną łzy. Nie wydaje się, żeby Tadeus w tym stanie zdołał sforsować drzwi, ale nie myślałem też, że może poruszać się szybciej od nas. Zaciskam dłonie na klamce, aż są zupełnie białe. Prawa ręką cholernie boli, kutas naprawdę musiał mi ją złamać.

Lasair wraca i bierze błyskawiczny zamach. Ledwie mam czas odsunąć rękę. Już pierwsze uderzenie niszczy klamkę, ale wampir nie poprzestaje na tym. Przez kilka minut zapamiętale wali w drzwi. Zostaje z nich sterta najeżonych drzazgami kawałków. Przez chwilę wpatrujemy się obaj w goły kawałek muru. Chyba obawiamy się trochę, że Tadeus mimo wszystko zaraz pojawi się przed nami. Chyba właśnie dlatego Lasair wciąż nie wypuszcza z rąk siekiery.

-   Sam mówił, że po zniszczeniu przejścia nie można wydostać się z tamtego świata – przypominam, uspokajając się nieco.

-   Nawet, gdy jest się jego stwórcą?

-   Miejmy nadzieję.

-   Pomyśleć, że mogliśmy zrobić to wcześniej ze sto razy. Wystarczyło znaleźć siekierę i przyjść tu, kiedy chodził po tej pieprzonej łące. Rhezus… Właśnie pokonaliśmy najpotężniejszego maga w królestwie. To znaczy, że przejdziemy do historii, prawda? Wprawdzie był dziewięćdziesięcioletnim starcem, ale to chyba i tak godny zapamiętania czyn.

-   W latach panowania Świątyni będziemy bohaterami, w erach przychylnych magom potępiani jako historyczni zbrodniarze – mruczę. – Ale chyba bardziej nam się opłaci nie zostawianie przy trupie swoich imion. Chodźmy, nic tu po nas.

Lasair wypuszcza wreszcie siekierę. Podchodzi do wciąż przestraszonej niewolnicy i przytula ją mocno.

-   To dzięki tobie, Mai – szepcze z wdzięcznością. – Uratowałaś nas. Na bogów, jesteś wspaniała!

Zastanawiam się, czy widziałem wcześniej kogoś tak uradowanego i jednocześnie tak zawstydzonego własnym szczęściem, jak ta niema dziewczyna po usłyszeniu słów Lasaira.

-   Mai, chciałbym cię o coś zapytać – mówię, podchodząc do niej. – Wasz pan od wielu lat nie opuszczał domu, prawda?

Dziewczyna kiwa głową. Ma znów wielkie, zalęknione oczy, jakby bała się, że zaraz zacznę na nią wrzeszczeć.

-   Tylko wy miałyście dostęp do mistrza? Wy, służące? Parobkowie i kucharka nie mogli wchodzić na wyższe piętra domu?

Kolejne skinięcie.

-   W takim razie posłuchaj mnie teraz uważnie. Nikt nie dowie się o śmierci Tadeusa. Dom od dziś należy do was. Udawajcie, że nic się nie zmieniło. Że mistrz gnije w tej swojej samotni, że wciąż wypełniacie jego polecenia. Korzystajcie do woli ze wszystkiego, co zgromadził, ze wszystkich jego pieniędzy, które trzyma w tych szkatułach w swoich komnatach. Jeszcze przez długi czas strach przed magiem będzie trzymał ludzi z daleka od tego domu, choćby zaczęli coś podejrzewać. Możecie żyć tutaj bezpiecznie i w dostatku albo wyjechać stąd do rodzin, jeśli jakieś macie. Nikt nie będzie was więcej katował. Rozumiesz mnie?

Mai przenosi spłoszone spojrzenie na wampira. Bierze go za rękę.

-   Nie, skarbie – mówi miękko Lasair. – Nie mogę cię zabrać. Sprowadziłbym na ciebie same nieszczęścia. Zrób tak, jak mówi Rhezus.

Dziewczyna spuszcza głowę. Mój towarzysz chce chyba coś jeszcze powiedzieć, ale gestem głowy wskazuję mu wyjście z biblioteki. Ruszamy do swoich pokoi. Zatrzymujemy się zaskoczeni przy schodach. Część oczu na obrazach pokrywa bielmo, z niektórych wypływają strugi łez. Większość patrzy na nas z nienawiścią.

-   Sądzisz, że powinniśmy…? – pyta Lasair, krzywiąc się ze wstrętu na te wytrzeszczone, przekrwione ślepia.

Nie odpowiadam mu. Idziemy do sypialni i pospiesznie pakujemy swoje rzeczy. Gdy opuszczamy pokoje, oczy wciąż opłakują swojego pana. Wyjmuję sztylet.

-   Tak, sądzę, że powinniśmy.

Na obrazach zaczyna się poruszenie. Oczy mrugają gwałtownie, kłębią się, uciekają przed naszymi ostrzami. Trudno dosięgnąć tych położonych najwyżej, ale w końcu wszystkie ślepia ze wszystkich sześciu malowideł są przekłute i martwe.

-   Nie wydaje mi się, by jeszcze jakieś demony strzegły tego domu – mówię, przyglądając się plamom na obrazach.

Witraż na półpiętrze stracił cały urok. Symbol pierwszej ohydy, jakiej dopuścił się genialny człowiek.

Przy wyjściowych drzwiach stoi nasza wybawicielka. Nie podnosi wzroku, gdy do niej podchodzimy. Wyciąga w moją stronę klucz i torbę z jedzeniem.

-   Żegnaj, Mai – mówi cicho Lasair, dotykając jej ramienia.

Dziewczyna wybucha płaczem i obsypuje pocałunkami jego dłonie. Przekręcam klucz w zamku i wychodzę na zewnątrz. To chyba wczesne godziny nocne. Nigdzie nie dostrzegam strażników Wyroczni. Wampir dołącza do mnie kilka minut później. To on zna drogę do kryjówki Arhi, prowadzi nas tam bocznymi uliczkami. Słyszymy nagle zbliżający się nocny patrol. Chowamy się w cieniu jakiegoś obskurnego budynku. Straż mija nas, nie zauważając, ale postanawiamy odczekać jeszcze chwilę. Lasair wykorzystuje ten moment, żeby przybrać swoją właściwą postać. Oddycha z ulgą, opiera się o ścianę budynku, a jego drżące skrzydła zasnuwają brudną ziemię wokół nas. Z opuszczeniem domu maga i powrotem do rzeczywistości ogarniają mnie na powrót wszystkie ponure myśli.

-   Wiesz, Lasair, Agresja powiedziała mi ostatnio coś dziwnego. Że Pytia nie wiedziała, gdzie przebywam, aż do naszego ataku na kapłanów w Yaman Tyman. Myślisz, że Wyrocznia nie zdradziła jej, że mnie odnalazła, że zorganizowała zabójstwo Risy bez jej udziału?

-   Jaki to ma teraz znaczenie? – pyta wampir, spoglądając białymi ślepiami w widoczny między dachami kawałek nieba. – Risa nie żyje i żadne informacje tego nie zmienią.

-   Dla mnie ma znaczenie. Muszę znać prawdę, kto ją zabił. Agresja miała prawo zdradzić Wyroczni moje sekrety i porzucić mnie, żebym zgnił w tamtym lochu. Ogromnie ją skrzywdziłem, ona musiała się chronić i nie jest mi nic winna. Ale nie potrafię zapomnieć jej śmierci Risy. To była koszmarna, niepotrzebna egzekucja. Chodźmy, musimy dotrzeć do Arhi przed świtem.

Wampir nie idzie za mną, więc zatrzymuję się po kilku krokach. Nie widzę dokładnie jego twarzy, wciąż skierowanej ku gwiazdom.

- O co chodzi? – pytam, zniecierpliwiony jego bezruchem.

Milczy jeszcze przez chwilę, wreszcie klnie gniewnie. Chowa skrzydła i odwraca do mnie na powrót ludzką twarz.

- Powinienem był powiedzieć ci od razu – mówi ponuro. – Kurwa, powinienem być lojalny wobec ciebie, jak ty jesteś wobec mnie nawet wtedy, gdy zachowuję się nierozsądnie, jak w domu maga. Ale nie sądziłem, że aż tak to roztrząsasz. Uznałem, że skoro nic już nie przywróci jej życia, a on jest naszym sprzymierzeńcem, nie ma sensu tego psuć ani dodatkowo cię dręczyć.

- O czym ty mówisz, do cholery?

- Tamtego wieczoru zajrzałem przed polowaniem do Mantah i widziałem, jak ją zabierają, Rhezus. Chociaż to chyba złe słowo. Widziałem, jak poszła z nimi tamtej nocy. Wierz mi, to wyglądało całkiem niewinnie i gdybym miał choć cień podejrzenia, że…

- Co widziałeś?! Co widziałeś, Lasair?!

 

Arhi zrywa się z łóżka, gdy wpadam do jej pokoju. Na mój widok marszczy gniewnie brwi, ale nie ma czasu wyrazić swojego sfrustrowania. Chwytam ją za ramiona, przyciskam do ściany.

-   Zabiliście ją! Zabiłaś moją dziewczynkę, pierdolona dziwko!

Zdumienie na jej twarzy trwa ledwie sekundę. Uśmiecha się ze złośliwą satysfakcją. I zaczyna opowiadać.

 

 

koniec rozdziału V

Poprawiony: środa, 10 lipca 2013 20:31