Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - Rozdział IV (Pole Fiołków) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 05 czerwca 2013 19:32

Księga IV (ostatnia)

Rozdział IV - POLE FIOŁKÓW

 

Szóstego dnia miesiąca obserwuję wschód słońca na łąkach za miastem, na Polu Fiołków, które wybrałem na miejsce spotkania, bo to wielka, odsłonięta przestrzeń i chciałbym wierzyć, że tutaj Pytia nie zdoła mnie zaskoczyć. Zastanawiam się, czy przygotowała dla mnie jakieś niespodzianki, ale obchodzę dużą część wrzosowiska i nie natykam się na żadne pułapki. Polany są wystarczająco daleko od murów, by stłumić odgłosy portu, ściszyć bicie świątynnych dzwonów. Dawno temu odbyła się tu wielka bitwa, legendy głoszą, że cała zatoka zmieniła kolor na czerwony, a nad miejscem walk padlinożerne ptaki krążyły jeszcze przez wiele miesięcy, odstraszając podróżnych.

Gdy opuszczałem obozowisko, Lasair nie wrócił jeszcze z łowów. Dziewczynka spała, a dziwka Dego rozpalała ogień, bo ostatnia noc okazała się chłodniejsza, niż wcześniejsze. Arhi uderzała jednym krzemieniem o drugi z prawdziwą furią. Patrzyłem na to z lekkim zdziwieniem.

- Myślisz, że to proste?! – zasyczała. – Iść za tobą, niezależnie od tego, co przyjdzie ci do popierdolonej głowy?! Dego kazał mi cię chronić, ale jesteś potężniejszy ode mnie i od razu wiedziałam, że mam być tylko twoim strażnikiem, mam pilnować, żebyś nie uciekł i wszystkiego nie spieprzył. Ale ty ciągle robisz coś, czego nie rozumiem! I mimo to muszę trwać przy tobie, chociaż prowadzisz nas prosto na śmierć!

- Nie mam tak dobrego serca, jak nasz znajomy wampir, nie wzruszają mnie twoje lęki.

- Jego też zabijesz – stwierdziła z nienawiścią. – I dziewczynkę. Ona lgnie do ciebie, głupiutka i ufna, a ty szykujesz dla niej gorszą śmierć, niż od noży zbójców czy głodu demonów. Zabijesz nas wszystkich, świrze!

- Miej pretensje do swojego pana.

- Dego wierzy, że nasza misja jest ważniejsza, niż czyjekolwiek życie. Lecz mój pan nie powinien ci ufać. Wszystko zniszczysz. Zepsujesz wszystko, co zaplanował.

Rozbawił mnie ten zarzut. Tak, jakbym kiedykolwiek martwił się dobrym humorem Dego.

Zatrzymuję się na szczycie wzniesienia, nieopodal skraju lasu, z którego mogę widzieć prawie cały obszar Pola Fiołków. Jeśli Pytia zechce mnie pojmać, z pewnością wyśle strażników do ataku również od strony drzew, a jeśli będą wśród nich łucznicy i kusznicy, niekoniecznie zdołam się obronić. A może pochlebiam sobie, może wcale nie użyje aż takich sił.

Gdyby nie wstręt do tego miejsca musiałbym przyznać, że to piękna okolica. Przed sobą widzę morze, za mną rozciągają się pełne tajemnic lasy, a między to wszystko wciśnięto miasto, otoczone przez falujące, szarozielone łąki. Dostrzegam na trakcie maleńkie sylwetki pierwszych podróżnych. Zastanawiam się, kto przyjdzie. Wyłącznie słudzy Wyroczni, by mnie schwytać, czy jednak Agresja uczyni mi ten zaszczyt i zjawi się osobiście? Może nawet Pytia przybędzie? Nie widzieliśmy się przecież tyle czasu. Demony, moi niewidoczni kompani, odzywają się po raz pierwszy od kilku dni, witając mnie muśnięciami chłodnego powietrza na policzkach. Siadam na szerokim kamieniu i wbijam wzrok w srebrną bramę Dax Dareth, chociaż mało prawdopodobne, by Agresja właśnie przez nią opuściła miasto.

- Jesteście tu, prawda? – zwracam się do otaczających mnie istot, nie wiedząc, jak rozmawiać z nimi, by zapewnić sobie ich poparcie. – Towarzyszycie mi od paru tygodni i wiem, że zgodziliście się na to, żeby zabić Agresję. Wiecie, że w ten sposób zginie również Okularnik. A przecież wy… Bardzo was kochał. Przez całe życie walczył o was. Nie wierzę, że chcecie jego śmierci.

Nie czuję z ich strony najmniejszego odzewu, najdelikatniejszego poruszenia. Zupełnie, jakby przestrzeń wokół mnie była zupełnie martwa. Zdaję sobie sprawę, że zachowuję się jak idiota, mówiąc do siebie, bo mało prawdopodobne, by słuchały moich zwierzeń, ale jeśli istnieje szansa, że pomogą mi uchronić mojego przyjaciela przed rychłą śmiercią i potępieniem, muszę spróbować. I wciąż nie wiem, na ile mogą stanowić zagrożenie dla Agresji.

- Chciałbym go ocalić. Sądzę, że można uratować Maximiliana, bo kiedy Agresja zdobędzie nowe ciało, Maximilian na powrót będzie władał własnym. Dlatego… Nie musimy niszczyć jego ciała. Mamy czas. Możemy zaczekać i dać mu szansę na ratunek.

Znów żadnej reakcji. Porzucam żałosne próby nawiązania kontaktu z istotami, które jeśli w ogóle zwracają uwagę na fakt mojego istnienia, to odczuwają w stosunku do mnie wyłącznie pogardę.

Mija kolejna godzina. Nikt nie nadchodzi. Liczę kwiaty rosnące dookoła mnie i myślę o popołudniu, gdy Risa plotła wianki dla jakichś wieśniaczych dzieci.

Dostrzegam pojedynczą sylwetkę, zmierzającą ku mnie od strony miasta. Wstaję. Mimo odległości od razu ją rozpoznaję. Ruszam niespiesznie w jej kierunku. Spotykamy się w połowie drogi, na ścieżce, wydeptanej wśród wysokich do pasa traw.

Tym razem nie atakuje mnie ani nie wrzeszczy. Marszczy brwi i patrzy na mnie z odrazą, nie mówiąc ani słowa.

- Pytia się nie zjawi? – zaczynam głupio, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, bo spotkanie z setką wrzeszczących groźnie wojowników byłoby przecież prostsze, niż to.

Pytia nie przyjdzie, bo jest tchórzliwą dziwką. Będę mówić w jej imieniu. Czego chcesz?

Nie czekając na moją odpowiedź, mija mnie i rusza w kierunku, z którego nadszedłem. Zatrzymuje się dopiero na wzgórzu i siada na zwalonym pniu. Mogę zobaczyć silne pulsowanie grubych żył na przedramionach i szyi Okularnika. Jak długo jeszcze ta powłoka zdoła wytrzymać obecność mojej pięknej?

Siadam kilka kroków dalej. Lekko drżą mi ręce. Byliśmy zawsze po tej samej stronie, ona i ja. Byłem silny, bo była przy mnie. Jak, kurwa, mam z nią pertraktować?

Czego chcesz?

Tym razem mówi to z mniejszym zniecierpliwieniem, obojętnie.  

- Dogadać się z wami.

Dogadać? Może nawet stawiać warunki? Nieszczególnie rozumiesz zasady, prawda? Musiałbyś posiadać jakieś atuty, przynajmniej jeden. Musiałbyś nas zastraszyć albo skusić, a to przecież niemożliwe. Nie możesz nam zaszkodzić, Rhezusie. Nie zdołasz się przeciwstawić. Może chodziło ci o to, że chciałeś błagać o litość?

- Mogę was zabić.

Zabić?

Rozbawienie w jej głosie jest prawie czułe. 

Nie. Już nie potrafisz. Zapomniałeś, co to znaczy. Byłeś kimś więcej, niż oni. Teraz stałeś się taki sam. Spętany wątpliwościami, słaby. Mogłabym rozgnieść cię jedną ręką, a ty próbujesz mi grozić?

Nie daje mi szansy na odpowiedź. Ton jej głosu zmienia się, staje lodowaty.

Znalazłeś sobie miejsce na tym świecie. Związałeś się z jakąś pieprzoną maleńką bohaterką. Szybko przywykłeś z powrotem do życia wśród nędznych stworzeń.

- Byłem pewien, że nie żyjesz – szepczę, nie mogę znieść tego jej chłodu. – Nie wyrusza się na ratunek tym, którzy dawno polegli. Opłakiwałem cię przez te lata.

To musiał być piękny romans. Ty, rozżalony niedawny morderca i wciąż aktualny impotent. I ona, zawszona wieśniaczka o wzniosłych ideałach, czcząca idiotów na dalekim zadupiu. Dziwne, że wrażliwi bardowie jeszcze nie śpiewają o was wyciskających łzy pieśni. Co robiliście, trzymaliście się za rączki? Wypłakiwałeś się na jej ramieniu? Pomagałeś opatrywać staruszki? Może nawet sam zostałeś sługą któregoś z tych jakże potężnych i dobrych patronów prostaków?

- Kochałem ją. Przy niej po raz pierwszy od dziesięcioleci poczułem się znów człowiekiem. Mogłem się przydać.

Przydać? A do czego może się przydać taki bezmyślny, okrutny szaleniec jak ty? To żałosne nawet bardziej, niż twoje dawne pomysły. W tym świecie jesteś tylko odmieńcem. Dziwolągiem większym, niż ta naćpana suka. Przywiązałeś się do jakiejś śmiertelnej dziwki, bo powiedziała ci, że wszystko z tobą dobrze?

- Próbowałem po twojej śmierci odnaleźć rodzaj spokoju, którego ty nie znasz ani nie uznajesz. I prawie mi się udało.

Kiedyś mordowałeś dla mnie całe wioski – mówi z pewną melancholią.

- Żadnemu z nas nie przyniosło to pożytku. To dlatego ją zabiłaś, Agresja? Z powodu pogardy?

Nie bądź śmieszny, durniu.

- Skoro wiedzieliście, gdzie się ukrywam…

Nie wiedzieliśmy do czasu masakry w Yaman Tyman i nie bardzo nas to interesowało. Mamy czas, a ty i tak nie zdołasz się przed nami ukryć. Do rzeczy, Rhe. Część właściwą rozmowy przerwaliśmy, gdy próbowałeś mnie w pożałowania godny sposób przestraszyć. To wszystko, co masz do powiedzenia?

- Nie, nie wszystko. Zjawię się tam, gdzie mnie potrzebujecie. Przybędę w miejsce, gdzie ostatnio pojawiły się Pradawne Demony i wezmę udział w waszym przedsięwzięciu pod warunkiem, że odwołacie pościg za mną.

Dlaczego miałybyśmy się na to zgodzić? Możemy wysłać naszych ludzi od razu, by cię pojmali. Kolejne tygodnie spędzisz w lochu i wtedy na pewno nie spóźnisz się na ustalone spotkanie.

- Nie, Agresja. Dajecie mi znać. Zjawiam się. Ale wcześniej pachołki Pytii trzymają się z daleka od moich towarzyszy podróży i ode mnie. Nie, posłuchaj. – Uprzedzam ją, bo znowu chce wyszydzić moją propozycję. – Nigdy cię nie okłamywałem i teraz też tego nie robię. Posiadam atut, o którym mówiłaś. Nie możecie pozwolić sobie na ryzyko, gdy jesteście tak blisko celu. Ty tkwisz w ciele, które nie stanowi żadnej ochrony. Suka już dawno straciła protekcję swoich demonów. Mogę was zabić.

Nie potrafisz tego zrobić. Przestań łgać, głupcze.

- Przekaż Pytii moje słowa. Przed dołączeniem do was odtransportuję przyjaciół w bezpieczne miejsce. Oni nie wezmą w tym udziału, nie potrzebujecie ich.

Wzruszające. I co zamierzasz zrobić, gdy już do nas dołączysz? Pewnie przeszkodzić nam w jakimś kulminacyjnym momencie?

- Nie. Agresja… Naprawdę przysięgłaś na Naturę?

Milczy. Zaciska gniewnie usta.

- Czy twoi stwórcy mają moc, by zwolnić cię z tego słowa?

Co za różnica, skoro przysięgałam, że pomogę ich przywołać i poproszę o ducha kukły i ciało, które wytrzyma moją moc? Potem przysięga przestanie mieć znaczenie.

- Nie poprosisz o nieśmiertelność dla Pytii?

Ojcowie okażą się łaskawi, jeśli spełnią choć jedną z tych próśb.

- A gdybyś jednak zgodziła się mnie opętać? Nie byłoby to bezpieczniejsze dla ciebie?

Sądzisz, że gdyby można było cię opętać, tłumy najgłupszych z nas nie ustawiałyby się już dawno w kolejce, by to zrobić? Powiedzieliśmy już chyba wystarczająco dużo. Twierdzisz, że zamierzasz zdradzić swoich aktualnych protektorów i przyłączyć się do wrogów w najważniejszym momencie? Na co liczysz?

- Że demony mnie zabiją. Że kiedy zobaczą mnie i przypomną sobie…

Wybucha drwiącym śmiechem. Nie dokańczam. Jej reakcja to cała odpowiedź, jakiej potrzebuję, chociaż miałem nadzieję na inną. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę najbardziej martwię się o nią. O poskręcane naczynia pod tą cienką skórą. Sine palce, świszczący chwilami oddech. Agresja podnosi się ze swojego miejsca.

Nie będziemy się z tobą układać. W odpowiednim momencie straż rzuci cię do moich nóg i zrobisz wszystko, co ci rozkażę. Do tego czasu nie potrzebujemy się nawzajem oglądać.

Rusza w dół zbocza.

- Agresja!

Zatrzymuje się i odwraca z ociąganiem.

- Gdybym miał wybrać jeden dzień, który mógłbym przeżyć jeszcze raz, wiesz, który bym wybrał?

Nie obchodzą mnie twoje żale, ale zagadka nie należy do najtrudniejszych. Dzień, który zesłał na ciebie klątwę.

- Nie. Dzień sto dwadzieścia siedem lat później. Ten dzień, gdy utknęliśmy wysoko w górach, w drodze do Larii. Kiedy zamarzałem, wtulony w twój bok. Moje palce zrobiły się czarne i śmierdziały. Nie czułem nóg, nie mogłem zrobić kroku. Nie chciałem iść dalej, nie chciałem, żebyś mnie stamtąd zabrała, chciałem tylko zasnąć przy tobie i śnić o ogniu. Już wtedy czułem, że nadejdą dni, kiedy nie dotrze do mnie żaden zapach ani dźwięk i że będzie ich z biegiem czasu coraz więcej. Przestanę czuć cokolwiek, kobiecą skórę będę dotykał jak przez mur. Nie zdołam stworzyć sobie żadnego domu, żadnego miejsca, w którym mógłbym odpocząć. Wiedziałem, że oszaleję i przerażało mnie, kim się wtedy stanę. Zrozumiałem, że od dawna jestem martwy. Jestem chodzącym trupem, który gubi kawałki zgniłego ciała. Pamiętasz, jak odpadły mi palce? Pamiętasz, jak szlochałem, żałosny i przestraszony tak bardzo, że nawet wstyd, iż widzisz mnie takim, nie zdołał sprawić, bym odsunął od siebie rosnącą panikę?

Dlaczego miałbyś wybierać właśnie ten dzień, głupcze?

- Ty powiedziałaś mi wtedy „Znajdę sposób”, pamiętasz? Powiedziałaś, że jeśli istnieje metoda, by przywrócić mnie śmierci, bym wreszcie zamienił się w proch, ty ją odnajdziesz i mnie zabijesz. Uwierzyłem ci, moja śliczna. I uspokoiłem się po raz pierwszy od wielu dni. Przez wszystkie kolejne lata, w tych chwilach, gdy rozkładałem się, a moje zmysły kamieniały, doprowadzając mnie do szału widokiem miliona szczegółów, których nie mogę doświadczyć i wspomnień, których nie chciałem pamiętać, myślałem o twoich słowach. Nie potrafiłem już być spokojny, ale dzięki tobie zachowałem resztki rozumu. Chciałbym jeszcze raz przeżyć ten dzień, niech nawet odpadają mi palce. Niech zamarznę, ale przytulony do twojego boku, kołysany do snu szeptem twoich czułych obietnic.

Zupełnie ci odbiło, pieprzony durniu. A skoro nie możesz liczyć na spełnienie swojego absurdalnego planu, że Ojcowie cię zmiażdżą, twoja propozycja…

- To nie tylko to. I tak zrobię wszystko, by ci pomóc. Żebyś otrzymała ciało, w którym zdołasz żyć choć w niewielkim stopniu tak, jak kiedyś. Tak ogromnie mi przykro z powodu tego, co się stało.

Jakiż jesteś wspaniałomyślny!

Gdyby stała bliżej, pewnie nie zdołałaby powstrzymać furii i rzuciłaby się na mnie. Ale to się nie dzieje, dostrzegam tylko wilgoć w jej przymrużonych z gniewu oczach.

Chcesz mnie ugłaskać górą flaków, która stanie się moim ostatnim więzieniem?! Uważasz, że to dla mnie pełnia szczęścia, sukinsynu?! Nie możesz nic dla mnie zrobić! Jeśli zechcę, zaciągnę cię tam siłą, skutego łańcuchami i w kagańcu! Jeśli zechcę, wcześniej upodlę cię tak, jak zrobili to kaci w tamtej celi! O niczym nie decydujesz! Nie możesz mi niczego zaofiarować!

- Żyłaś tu już wcześniej jako człowiek. Byłaś szczęśliwa, kochałaś kogoś. Dostaniesz nowe ciało. Nowe, ostatnie życie. Nie potrafię pojąć, jak wiele straciłaś, lecz zrobiłbym wszystko, by choć trochę ułatwić ci to, co nadejdzie. Co mam robić? Powiedz mi, co mam robić?

Paliłbyś dla mnie wioski?

- Agresja…

Stałbyś się na powrót dawnym sobą? Mordowałbyś tych, którzy mnie obrażą? Pomógłbyś mi wypełniać zadania, które powierza mi ta wariatka? Zabiłbyś swoich miłych przyjaciół?

- Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz – odpowiadam po chwili poważnie i zimno.

W milczeniu mierzy mnie wzrokiem przez kilka cholernie długich minut. Kolejne słowa wypowiada ostrym tonem.

W całym tym marnym świecie nie ma widoku, który wzbudzałby we mnie większy wstręt, niż twój.

Dostrzegam strażników, wyłaniających się spomiędzy drzew, licznych, nadchodzących od strony traktu. Spoglądam na Agresję z rozczarowaniem, ale ona pozostaje spokojna i surowa, nawet na nich nie patrzy.

- Naprawdę chciałabyś zobaczyć mnie znowu w jej lochach?

Nie odpowiada. Wyciągam miecz.

Co masz zamiar z tym zrobić? Poddaj się lepiej, oszczędzisz sobie bólu.

- Kiedyś swoją pieśnią sprawiałaś, że zatracałem się w zadawaniu mordu. Ale już nie potrzebuję do tego twojego słodkiego głosu. Wystarczy charczenie gdzieś z wnętrza moich trzewi.

Nie potrafisz tego zrobić.

- Odejdź, żebym cię nie skrzywdził.

Nie wierzy mi. Opuszcza polanę nie ze strachu, ale dlatego, że skończyła ze mną rozmawiać i zostawia mnie teraz uzbrojonym sługusom Wyroczni. To naprawdę się dzieje. Strażnicy nasłani przez najbliższą mi istotę zbliżają się, z wyciągniętymi w moją stronę dziesiątkami mieczy. A łysa, chuda sylwetka, nie oglądając się za siebie, oddala się ścieżką, wydeptaną wśród wysokich traw. Coraz mniejsza. Coraz mniejsza. Coraz mniejsza.

 

koniec rozdziału IV