Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - Rozdział III (Opowieść Pytii) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 02 kwietnia 2013 12:48

Księga IV (ostatnia)

Rozdział III - OPOWIEŚĆ PYTII

 

- Boję się.

Mówię to tylko dlatego, że nikt nie może mnie słyszeć. Szepczę to z twarzą, wciśniętą w poduszki.

- Boję się. Boję się. Nie zbliżaj się do mnie. Nie zbliżaj się…

Wybił kapłanów Bogini w zamkniętej od środka wieży. Zamordował egzorcystę, przeciw któremu nawet ja nie odważyłabym się wystąpić wprost. Jak to możliwe? Jak to zrobił, do kurwy nędzy, na bogów?! Jak to zrobił, ten człowiek, który był moją własnością, którego mogłam kroić na kawałki i nie mógł podnieść na mnie oczu, bo nie miał oczu, ani spróbować mnie pochwycić, bo pozbawiłam go rąk?

A były czasy, kiedy nie czułam tego, kiedy zapomniałam, że istnieje to upokarzające uczucie, skręcające wnętrzności, domena łkających słabeuszy, zmieniająca szum wiatru i cień, rzucany przez gałęzie drzew za oknem w zamachowców i potwory. A były czasy sprzed tego koszmaru bełtów tkwiących w ciele Naservy i moim, kiedy zasypiałam w kołysce ogromnych, niewidocznych dłoni, głaszczących moje ciało, przy kołysance czułych szeptów. W cieple potęgi. W poczuciu spokoju i mocy.

 

Przyszedł do mnie, gdy miałam czternaście lat. Nie potrafiłam rozróżnić słów, lecz miękki szept, którego nie słyszał nikt inny, towarzyszył mi przez wiele kolejnych nocy. Wiedziałam, że wypowiada moje imię. Szelest jego głosu sprawiał, że cudowne dreszcze targały moimi wnętrznościami, mrowienie rozchodziło się od krocza na powierzchnię ud. On sam pojawiał się w moich snach zawsze poza polem widzenia. Biegłam, szukałam go, ale wciąż umykał, nie umiałam go dostrzec. Nauczysz się, przekonywały miękkie szepty. Tylko ty. Tylko ja. Tylko mnie wybrał.

- Nie zostawiaj mnie – powtarzałam bezgłośnie w ciemnościach, wierząc, że potrafi czytać z ruchu warg, tęskniąc do niego każdym kawałkiem ciała, fizycznie, boleśnie, jakby był narządem, który brutalnie wyrwano z mojego wnętrza. – Ukaż się, błagam. Ukaż się.

W końcu nastąpił ten dzień, gdy pozwolił mi się spotkać. Słoneczny dzień i potok, nad którym pochylały się rzędy drzew, skryty w zielonym gąszczu. Weszłam do wody, tak, jak mi rozkazał, zanurzyłam się po pas, rozkładając dłonie i czekając z bolesnym utęsknieniem, aż przybędzie. Przybył i wziął mnie z mocą, która pozbawiła mnie oddechu. Pchał we mnie, sapiąc, aż zabrakło mi sił, by jęczeć, aż opadłam w wodę, zupełnie bezradna, zawieszona w innym, rozkosznym świecie, gdzie przyciskał mnie do swojego ciała, chociaż nie miał ciała i dyszał, wyrzucając z siebie wulgarne słowa tkliwości. Przez długie minuty unosiłam się na srebrzystej tafli, nie tonąc, nie poruszając się, odporna na nurty. Potem odszedł, a ja leżałam w trawie, wyczerpana szlochem, marząc o ponownym spotkaniu.

Porzuciłam wszystko w jedną noc, prawie siedemnaście lat temu. Również jego, najukochańszego z moich niewidocznych opiekunów i kochanków, jedynego, który do mnie wrócił. On też nie potrafił zrozumieć, że nie mogę kochać nikogo bardziej, niż Naservę.

 

Gdy twoje oczy otworzyły się, płakałam. Zrośnięta z twoją dłonią, czuwająca od wielu dni, zaklęta w cudze ciało, stęskniona, konająca z rozpaczy w każdej minucie twojej nieobecności. Pamiętasz, kochany? Te chwile, gdy nie żyłeś? Gdy martwy leżałeś na kamiennym stole, a twoje ciało przekłuto dziesiątkami rurek? Pamiętasz te chwile, gdy lepiono dla ciebie nową twarz?

Przeżywałam sto razy każdą z naszych wspólnych chwil przy tym kamiennym stole, uczepiona zimnej ręki, samotna. Gdybyś nie żył, mogłabym nie żyć, gdybyś umarł nieodwracalnie, mogłabym zabić się wreszcie, by nie czuć tej pustki wokół mnie, którą zawsze wypełniali moi najsłodsi demoniczni towarzysze. Nigdy tego nie rozumiałeś, Naserva. Nikt tego nie zrozumie. Modliłam się do bezimiennych bogów, by przywrócili twoim oczom światło i nie musiałbyś nic rozumieć, wystarczyłoby, żebyś podniósł się z tej kamiennej ławy.

Gdy twoje oczy otworzyły się, płakałam. W moim szlochu utonęły charczenia i świsty, które wydobyły się z ciebie, zamiast słów. Pamiętasz to, Naserva?

Mój dżin, wydarty śmierci. W głębokim fotelu, nieruchomy, z pustymi oczami, spojrzeniem wbitym w przeciwległą ścianę. Podchodzę do niego, siadam u jego stóp, całuję po kolei wszystkie palce.

- Naserva – szepczę po raz kolejny, łudząc się, że tym razem odpowie.

Nie odpowiada. Nie porusza się. Czasem pochyli się, czasem przekręci głowę. Czasem wstanie na krótką chwilę, wykona kilka chwiejnych kroków. Czasem wypowie jakieś słowo, czasem nawet kilka, nigdy sensownie. Czasem jęczy lub westchnie. Wciągnie powietrze ze świstem. Spojrzy na mnie przelotnie, nie dostrzegając mojej twarzy. Kilka razy wyszeptał moje imię, wpatrując się w sufit.

Jego ciało wciąż jest sprawne i chociaż kapłani tłumaczą, dlaczego tak się dzieje, nie rozumiem nic z ich bełkotu. Podnoszę go z fotela, a on daje się posłusznie prowadzić ku łóżku. Kładę go na plecach i rozbieram. Jego twarz jest pozbawiona wyrazu, tylko powieki opadają i wznoszą się nieznośnie wolno. Leży przede mną nagi, piękny, jak dawniej. Zrzucam ubranie i klękam przed nim. Moje łzy po raz kolejny moczą jego uda.

Siedzę na nim okrakiem, poruszając się z rozpaczliwą gwałtownością, wyję, szarpię prześcieradła i poduchy, drapię swoje i jego ciało. Zawsze, gdy jest po wszystkim, opadam twarzą na jego pierś, szlochając głośno, nie mogąc się uspokoić jeszcze przez długie, długie chwile, potrząsając nim z nienawiścią, wykrzykując mu w twarz najgorsze przekleństwa, przeklinając siebie, wcierając sobie w dziąsła i pochwę nieskończoną ilość różnych proszków, które już dawno przestały pomagać, okładając go, kopiąc, tuląc i obcałowując.

- Naserva… – łkam wycieńczona, leżąc przy nim, gładząc w nieskończoność jego beznamiętną twarz.

Znowu pieprzysz kukłę?

Jak zwykle nie puka, wchodzi do moich komnat nie zważając na czuwających i ukrytych ochroniarzy, niezależnie od pory dnia i nocy, niezależnie od tego, czy ćpam, uprawiam seks czy się wypróżniam. Nienawidzę jej, a ona mnie nie znosi. Zdajemy sobie z tego obie sprawę, dlatego łatwiej nam to znieść.

- Podaj mi tamtą skrzynkę.

Nie jestem twoją dziwką.

Siada na miękkiej pufie i obserwuje mnie, dwie czarne plamy w białej twarzy. Wstaję ze złością, przemierzam pokój, odprowadza mnie obojętnym spojrzeniem, bez śladu podniecenia, chociaż jestem naga, a ona ma ciało mężczyzny.

- Po co przyszłaś? Nie powinnaś raczej śledzić swojego kochanka?

- Nie muszę nikogo śledzić. Rhezus sam do nas przyjdzie.

Wyciąga w moją stronę wymięty, obdarty kawałek papieru. Wyrywam jej go i czytam. Agresja spogląda na mnie obojętnie.

„Spotkajmy się na Polu Fiołków szóstego dnia miesiąca, rankiem. Chcę porozmawiać. Będę zabijał, jeśli będzie trzeba, pierwszy nie zaatakuję. R.”

- Nie napisał zbyt wiele – zauważam drwiąco.

Pewnie nie miał czasu. W Kast Axar został brutalnie zamordowany egzorcysta. Yaver Klasty, Pięknoręki. Rhezus i jego wesoła kompania opuściła miasto niedługo potem.

- Rhezus zabił Pięknorękiego?! – pytam, zszokowana, ale ona nie zadaje sobie trudu, by powtórzyć nowinę. – Widziałam go kilka razy, lecz zawsze na oficjalnych uroczystościach, więc nie miałam okazji… przyjrzeć mu się uważnie.

Przed kim udajesz? Tylko sztuczkom kapłanów zawdzięczasz, że ludzie, najgłupsze z istot, wciąż wierzą w moc twoich oczu.

- Zamknij się! – warczę.

Nigdy nie przebolałam tej zdolności, Agresja o tym wie. Wąskie wargi Okularnika wykrzywia paskudny uśmiech. Chętnie przypadłabym do niej i rozorała twarz paznokciami, ale ważniejsze, co stało się z Pięknorękim.

- Klasty to bardzo potężny egzorcysta. Uzdolniony. Rhezus nie jest odporny na tego typu talenty. Nie mógł pokonać go w walce, musiał… Nie, niemożliwe! Nie mógł tego zrobić, nie mógł…

Rhezus jest odporny na wszystko, choćby miał wcześniej skonać w największych męczarniach, wiesz o tym najlepiej. Przestań szczać ze strachu, zapytamy go o szczegóły za kilka dni.

- Przysięgłaś mi służyć – przypominam drżącym głosem.

Nie do końca tak brzmiała moja przysięga. Zresztą, jeśli ktoś powinien się bać, to raczej ja. Skoro Rhe zdołał zabić Pięknorękiego, mogę mieć problem z jego ujarzmieniem. Gdybyś myślała głową, zamiast cipą, mogłabyś dziś dowiedzieć się czegoś od demonów. Kukła nie powie ci za wiele.

- Nie nazywaj go tak! – wrzeszczę, zrywając się na równe nogi.

Agresja tylko się śmieje. W jej oczach, gdy na mnie patrzy, dostrzegam pogardę. Na Naservę nigdy nawet nie spogląda. Uważa go za śmiecia. Ma za nic jego jasne oczy, które nie zawsze były puste i szkliste jak oczy ryby, zabitego płaza, za nic jego rozchylone usta, które kiedyś łaskotały moje najczulsze miejsca i szeptały przysięgi niekończącej się opieki, jego cichy głos, który pięć razy w ciągu tych lat mojej rozpaczy dobył się czysty z jego gardła i z bólem wypowiedział moje imię. Nienawidzę jej za to jeszcze bardziej.

Agresja chichocze szyderczo śmiechem, który obejmuje wyłącznie usta, co nadaje jej twarzy upiorny wygląd. Wiem, że wypominając mi moje straty, myśli o własnych. W naszych słownych walkach nigdy nie będzie wygranych.

Nie myślisz o nich? Nie żałujesz, że wymieniłaś ich przywiązanie na jakiegoś kutasa? Jak bardzo doskonali są mieszkańcy mojej ojczyzny, nie wybaczając. Nigdy nie wybaczą ci tej hańby.

- Potrafią wybaczać – mówię z przekonaniem.

W oczach Agresji wciąż widzę tylko ironię i wzgardę.

Tak. Czasem czynią wam tę łaskę. Ale nie umiałaś tego docenić, idiotko.

- Naserva otwierał już oczy! – jęczę rozpaczliwie.

W przypływie nagłych wspomnień rzucam się na łóżko, chwytam głowę Naservy w swoje dłonie, dotykam rzęsami jego powiek, tulę go i gładzę, nie panując nad łzami, kapiącymi gęsto na jego twarz, do rozchylonych ust.

- Otwierał już oczy – powtarzam, kołysząc go w ramionach. – Otwierał oczy. Otwierał już oczy.

Agresja tylko się śmieje.

Istnieliśmy wyłącznie my w płaskim, szarym wszechświecie. Tylko ja i oni, głaszczący mnie ze wszystkich stron, wirujący wokół mnie jak planety wokół gwiazdy, rozświetlający mrok niczym błyskawice bez grzmotów. Otulali mnie grubymi warstwami własnej, ciepłej czułości, ich miłość wlewała się we mnie przez wszystkie otwory, przez cieknące po szyi do kącików oczu łzy. Wyciągałam do nich dłonie, które chwytali z niezmienną porywczością stęsknionych kochanków, wykręcali mi je na plecach, obracając mnie na brzuch, widziałam tuż przed swoimi oczami ich piękne ślepia, roziskrzone barwami, których już nigdy nie ujrzę.

Gdyby Ruth była przy mnie, zapytałabym ją, czy pamięta ten dzień, gdy zemdlała ze strachu, a ja unosiłam się między gałęziami, płynęłam w głębi korony starego dębu, na wznak, z odchyloną głową, z wytrzeszczonymi oczami, łkając. Zapytałabym ją, czy pamięta chwile, gdy budziła się, słysząc moje jęki, odgłos dartych paznokciami prześcieradeł. Zrywała się i przypadała do mnie, chwytając mnie za rękę, dotykając rozgrzanego czoła, szepcząc o odchodzących koszmarach, nie rozumiejąc, że to nie zawsze koszmary.

Gdyby Ruth żyła, zapukałabym do jej drzwi z prośbą: „Namaluj”. I malowałaby moje słodkie chwile i dzisiejsze cierpienia, a potem szlochałabym z głową na jej kolanach. Powiedziałaby, żebym uciekła, żebym zabrała Naservę i zostawiła stroje Wyroczni, że zaopiekuje się mną. A ja musiałabym odmówić. Bo to jest moje życie, chociaż nienawidzę go w tym momencie bardziej, niż czegokolwiek. Takie jest moje życie i przysięgałam. Jeśli odejdę, Natura upomni się o mnie. Chcesz tego, Ruth? I cierpiałaby, nie mogąc mi pomóc. I cierpiałabym, rozumiejąc, że nawet ona nie jest w stanie mnie zrozumieć.

Mój dżin także mnie nie rozumiał. Nie czerpał przyjemności z rytuałów, poświęconych Dobrej Matce, nigdy nie czekał na zsyłane przez nią wizję, nie łkał z czułości, widząc ją unoszącą się nad nami i błogosławiącą nas cienkimi strumieniami własnych śluzów. Nigdy nie zbierał kwiatów, które wyrosły pod jej stopami, by wdychać ich słodką woń bolesnych śmierci, nigdy nie pojmował, że każda kropla krwi i każdy wrzask zarzynanych przybliża nas do ostatecznej nagrody i objawienia.

Błagałam ją, by przywróciła mu duszę, mordowałam dziesiątki niewinnych, modląc się o jedno jego rozumne spojrzenie. Nie wysłuchała mnie. Lecz nie mogę znienawidzić jej za to, bo jest jedyną, która mi pozostała.

Tęsknię za nimi. Za moimi duchami, towarzyszami dziecięcych chwil, spoglądającymi na mnie z traw, wyłaniającymi się z pni drzew, stającymi na mojej drodze jak zagubieni wędrowcy. Tęsknię za nimi każdego dnia, Agresja wie o tym i dlatego nie przestanie mną gardzić, póki ja nie pogrzebię ich wreszcie w moich wspomnieniach. Ona również cierpi, czuję to pod twardym pancerzem nienawiści i furii, ona też tęskni, zamknięta na zawsze w świecie, który dla niej jest tym, czym dla mędrców rysunek dziecka. Jest jak przelana na kartę pergaminu, spętana łańcuchami panujących tu praw, siłami, które wgniatają ją w ziemię, określają zakresy jej kroków.

Tęsknię za nim, moim najbliższym, tym, który przywrócił mnie życiu. Wzywam go po cichu, leżąć obok ciała Naservy, wpatrzonego bezmyślnie w ozdobiony symbolami bogów sufit.

Budzi mnie szept i delikatny dotyk na twarzy. Otwieram oczyi widzę pająki, biegające po mnie swoim roztańczonym krokiem. Podnoszę się i przyglądam, jak pląsają po ciele Naservy, wchodzą mu do uszu i ust. Spoglądam na okno, słońce zachodzi właśnie, oświetlając długimi promieniami moja sypialnię. Dzieci Bareth przynaglają mnie niemo.

- Dobrze – szepczę, wyciągając do nich ręce.

Zakładam suknie wieszczki, zakrywam twarz woalem, kreślę na przedramionach symbole mojej pani. Gdyby nie nowe ciało, z pewnością bym już nie żyła. To również jest zniszczone i pewnie nie wytrzyma długo. Przez skórę prześwitują kości, mogę bez trudu policzyć żebra, określić kształt obojczyków. Biorę garść prochów, wcieram je w dziąsła, wciągam do nosa, rozsypując mnóstwo, ale to bez znaczenia. Przez krótką chwilę nie mogę oddychać, a świat znów staje się barwny, ściany falują, jak pod wpływem ich oddechów, szyby w oknach pękają jednocześnie, a w deszczu kolorowych szkieł przybywają one, rozsadzając sypialnię swoją nieskończoną mocą, z czułym szeptem, z odpowiedziami, z dumnym rykiem.

To tylko chwila, krótsza niż jeden oddech Naservy. Szyby są na swoim miejscu. Pająki opuszczają komnatę jeden za drugim, ruszam za nimi ku drzwiom.

Zawsze w momencie, gdy ofiary zostają spełnione, gdy ostatnie życie czeka, by poświęcić je na chwałę Mrocznej Bogini, gdy śpiewy stają się coraz bardziej bełkotliwe, a malowidła ożywiają z szelestem, gdy sale wypełnia zapach krwi i spermy, kapłani zaczynają wrzeszczeć w ekstazie, wyznawcy łkają ze wzruszenia, a moje ręce są ciężkie od zaschniętej krwi, myślę o nocy, gdy Rhezus przybył i mnie zamordował.

Nie wiedziałam wcześniej, czy duch może się bać, ale wtedy czułam, jakby tworzyło mnie tylko przerażenie. Widziałam wyblakłe oczy uśmiechniętej ze znudzeniem Yala Ye, nadchodzącej ciemnym tunelem o chropowatych ścianach. Widziałam bełty, wystające z mojej piersi, nóż Rhezusa, gdy zbliżał się, by poderżnąć mi gardło. Zrozumiałam, że nie zobaczę, jak oczy Naservy otwierają się, nie usłyszę już jego szeptów. Nie spotkam moich odwiecznych kochanków, nie zdążą wybaczyć mi odrzucenia. Wiedziałam, że Bareth nie nadejdzie. Wiedziałam, że nikt mi nie pomoże. Byłam sama.

Przybył. Dotknął mojej twarzy delikatnym, uspokajającym ruchem, jak wtedy, gdy miałam czternaście lat. Objął moją głowę, gdy ten skurwysyn z przeklętego rodu rozpłatał mi gardło. Przybył i wyrwał mnie z ciała jednym mocnym ruchem, aż zawyłam z bólu, ale to już nie było tu, w wyblakłym świecie śmiertelnych, ale w ogromnym labiryncie, wypełnionym złotą mgłą. Słyszałam przynaglające słowa Przewodniczki, czułam siły, które szarpią moje szaty i rozrywają mnie, próbują wciągnąć w ciemne tunele, straszne wiry, lecz on mocno ściskał moją rękę. Spoglądał na mnie ze spokojem, olbrzymi, przygnębiony, płonący. Chwyciłam się kurczowo jego szyi, ledwo mogąc objąć ją ramionami.

- Przyszedłeś – szeptałam, rozczulona, wtulając twarz w jego falującą skórę, miękką sierść.

Przybył i zabrał mnie z powrotem do mojego wyblakłego świata.

- Wybacz mi – szepczę, dopełniając ostatnich rytuałów.

Powtarzam to, choć to pozbawione sensu. Nie zobaczę go już nigdy. Demony nie wybaczają, tak mówi Agresja. Mówi to z przekonaniem i muszę jej wierzyć. Ona też nie wybaczy Rhezusowi losu, jaki na nią sprowadził.

Wyłapaliśmy buntowników z Drev Kal.

- Ilu?

Dwudziestu trzech. Wieśniacy. Szczyt ich zdolności bojowej to dużo wrzasku i naostrzone kije.

Agresja podchodzi do najbliższego regału. Jak zawsze wygląda na znudzoną. Chude palce Okularnika muskają kolejne tytuły na grzbietach ksiąg.

Kazałam zakuć wszystkich mężczyzn w dyby na trzydzieści dni, podawać im chleb i wodę. I spalić wszystkie pola uprawne wzdłuż zachodniego brzegu rzeki Kal.

- Nie byłoby prościej ich powywieszać?

Zbliża się suchy okres. Niech bachory zdychają z głodu.

- Będziemy mieć powtórkę z Wschodniego Tannu.

Dopilnuję wtedy, żeby zakończyło się tak, jak we Wschodnim Tannie. Kapłani w Var Esvaex twierdzą, że wkrótce będziemy gotowi. Przygotowali miejsce i opatrzyli je odpowiednimi symbolami. Złożyli wstępne ofiary i sugerują, by na razie nie poświęcać kolejnych, nie ryzykować przedwczesnego ujawnienia.

- Ile czasu potrzebują?

Miesiąc, najwyżej dwa. Wciąż próbują odnaleźć rękopisy ze spalonej biblioteki w stolicy i zdobyć rysunki dwóch brakujących run z Księgi Przedwiecznej Pamięci, której odpis prawdopodobnie znajduje się w osobistych zbiorach króla.

- To niemożliwe. Ostatni egzemplarz zaginął prawie tysiąc lat temu.

Wuj Rhezusa nie mógłby wezwać Ojców bez tych znaków. Gdyby Rhezus nie wyłupił sobie oczu, zobaczyłabyś je pewnie podczas pierwszego spotkania. Jak zwykle musiałaś wszystko spieprzyć.

- Axel twierdzi, że zna inne wiarygodne źródła, dotyczące brakujących run.

Chcesz ryzykować nasze istnienie, by przekonać się, czy faktycznie są wiarygodne?

Nie chcę, Agresja też nie. Przechadzam się po wielkiej bibliotece, oddanej do mojej dyspozycji przez opiekunów świątyni w Dax Dareth. Zatrzymuję się przed malowidłem, przedstawiającym Kerate Cela. Dotykam pokrytych bielmem oczu starca. Czy to nie zabawne, że właśnie ślepca czci się jako patrona pisarzy? Nie mają sensu, wszystkie te wierzenia. Tylko jedna bogini posiada prawdziwą moc.

Agresja przegląda księgi, dotyczące historii kontynentu. Dziś ma na sobie prosty, ciemny strój kapłański. Mruży oczy, przerzuca niecierpliwie strony i odczytuje wersy z nieludzką prędkością. Jak zwykle nie może się przed tym powstrzymać i jak zwykle przerywa nagle, zaciskając powieki i sycząc z bólu.

- To ciało jest na wykończeniu, ale nie martw się. Nowe na ciebie czeka.

Mnisi dokładnie je zbadali?

- Tak. Żadnych wcześniejszych urazów, młode, zdrowe i silne. Z twoimi zdolnościami przeżyjesz w nim dwieście, może trzysta lat.

Rzuca mi pogardliwe spojrzenie.

O ile jakiś śmieć nie zadźga mnie we śnie albo nie zdechnę na którąś z waszych chorób.

Wie, że nieustannie się oszukujemy. Choćby wszystko się udało, nie będzie tak, jak sobie wymarzymy. Myślę o dawnej chwale, o dniach, gdy budziłam się z uczuciem, że nic nie jest w stanie mnie zmiażdżyć. Budziłam się u boku Naservy, pod sklepieniem, zbudowanym z cieni, z błyszczących kryształów westchnień moich słodkich opiekunów, wzmocniona krwawymi błogosławieństwami Bareth, ani przez chwilę samotna. To nie wróci, choćby Pradawne Demony spełniły moje pokorne życzenia.

Może Agresja również o tym myśli, przerzucając ciężkie karty wielkiej, oprawionej w purpurową skórę księgi.

Podchodzę do okna, wychodzącego na morze. Maszty statków, cienkie patyczki w oddali, balansują na rozkołysanym morzu. Wyobrażam sobie, że długie molo, z mnóstwem nawołujących się ludzi, pęka pod nogami tragarzy, przygiętych do desek ciężarem skrzyń. Gdzieś za tym morzem rozciągają się światy, o których śniłam jako dziecko, w których bywałam, otulona ramionami swoich najmilszych przyjaciół, którzy porzucili mnie, których się wyrzekłam. Za mną Kerate Cela z siwymi włosami, opadającymi na starcze ramiona, trzyma otworzoną księgę, z której nie przeczyta ani słowa. A dalej, za wszystkimi dzielnicami bogaczy i nędzarzy, za murami, które wcale nie sprawiają, że czuję się bezpieczna, wrzosowiska i łąki od wieków oddzielają miasto od niezbadanych lasów, w których może kryć się wróg. Pole Fiołków.

Pole Fiołków.

Agresja nie po raz pierwszy wydaje się czytać mi w myślach. Siadam przy okrągłym stoliku, biorę do ręki pióro i patrzę, jak krople atramentu spadają na pergamin, rozpryskują się w dziwaczne kleksy.

Pole Fiołków. Miejsce bitwy sprzed tysiąca pięćdziesięciu siedmiu lat, między barbarzyńcami z Dziewiątego Kontynentu a wojskami zjednoczonych królestw Pierwotnej Ziemi.

- Nie wiedziałam, że interesujesz się historią ludzkiego gatunku – mówię do niej.

Zamyka księgę i spogląda na mnie z politowaniem.

Zapomniałam, że jako dziwka obdarzona naturalnym talentem pieprzenia się z demonami, nie musisz być wykształcona, by dostać się na szczyt kapłańskiej hierarchii.

- Nie jestem prymitywna! – odpowiadam gniewnie. – Zresztą, to jedna z najkrwawszych bitew w historii świata, jak mogłabym o niej nie słyszeć? Nasi przodkowie najechali tereny barbarzyńców, licząc na zniewolenie ich i zajęcie ich ziem, pod najprostszym pod słońcem pretekstem nawracania innowierców. Pierwsze bitwy wygrywali bez problemu i wydawało się, że szybko zdobędą cały Dziewiąty Kontynent, kiedy nagle wszystkie dzikie plemiona złączyły siły i ignorując palone wioski i niszczone lasy, porzucając cały swój dobytek, którego wcześniej tak zaciekle broniły, wkroczyły na nasze terytorium. Decydująca bitwa rozegrała się tu, gdzie trzysta pięćdziesiąt lat później, na miejscu doszczętnie zniszczonej pirackiej osady, powstało Dax Dareth, pod pierwotną nazwą Dan Dareth.

Twoi przodkowie sądzili, że to nic trudnego, zdeptać kogoś, kto używa bardziej bełkotliwego języka i nie potrafi pisać pięknych ksiąg. Chcieli zniszczyć wspaniałą, dziewiczą kulturę, choć stworzoną przez prostaków, z jakich składa się zresztą cały wasz gatunek.

- Ach, więc o to chodzi?! – Wybucham śmiechem, rozumiejąc nagle. – Barbarzyńcy czcili was, demony? To wasze twarze przedstawiały malowidła na drzewach w głębi dżungli? Historycy nie mogli zgodzić się co do natury stworów, którym składano ofiary w leśnych kaplicach.

Nie potrzebowaliśmy tak częstych i znacznych ofiar, jak wasi bogowie. Barbarzyńcy, jak ich nazywacie, wykazywali się o wiele większą kulturą, biorąc pod uwagę ich obrzędy.

- Nigdy nie mogłam zrozumieć, co ich zjednoczyło. Nikt nie przewidział, że kilkadziesiąt plemion, często używających zupełnie innego dialektu, pojawi się nagle u naszych granic jako zwarta armia. I skąd wziął się wódz, który ich poprowadził.

Wszystko zaczęli wasi bogowie. To Loreth Reth pierwsza złamała pakt, stając osobiście na czele wojsk, które wkroczyły do dziczy.

- Dlaczego to zrobiła? Dlaczego bogowie chcieli zniszczyć plemiona Dziewiątego Kontynentu?

Agresja przez chwilę wpatruje się w księgi, dotyka kart z dziwną u niej melancholią. Podchodzę bliżej, ilustracje przedstawiają ostateczną bitwę, z odpowiednim dramatyzmem, podkreślanym krwawym zachodem słońca, zapalającym niebo nad walczącymi.

- Dlaczego bogowie wywołali tę wojnę? Czemu zachwiali tutejszą harmonię?

Obawiali się, że z upływem lat plemiona staną się dostatecznie silne, by unicestwić waszą kulturę, z wszystkimi ozłoconymi świątyniami i kapłanami w kolorowych płaszczykach. A odbudowanie religii i zdobycie nowych wyznawców wymaga lat, chudych lat bez ofiar i modłów.

- Przecież demony nigdy nie pragnęły władzy na naszych ziemiach – wtrącam niepewnie.

Agresja śmieje się, zamyka księgę i odkłada ją między inne.

Oczywiście, że nie. Nigdy nie obchodziło nas uwielbienie ze strony ludzkich pomiotów. Zawsze braliśmy od nich tyle, ile chcieliśmy, bez stawiania sobie świątyń, bez efektowności, którą twoi bogowie tak bardzo kochają. Przeżywali ciężki czas, nowe odkrycia i wyprawy odjęły im wielu wyznawców. W gruncie rzeczy bardzo przypominają ludzi. Są żałosni i chciwi, uzależnieni od waszych okrzyków uwielbienia. Stwórcy, zależni od westchnień robactwa. Na zawsze złączyli swój świat z tym i nie mogli znieść, że my również zajmujemy tu swoje miejsce. Lecz bywają przy tym mądrzy i potężni, rozumieją ważność istnienia równowagi między nami, bo ostateczna wojna mogłaby unicestwić nas wszystkich. Loreth Reth złamała pakt, prowadząc najeźdźców do dżungli, ale nie zrobiła tego w imieniu wszystkich piętnastu bóstw, bo Bareth należała wtedy jeszcze do oficjalnego panteonu, ale wyłącznie w swoim. Zawsze była nerwową i nieprzewidywalną suką, zbyt dużo czasu spędzała blisko was, wdychając opary krwi na polach bitew. To, co wydarzyło się na Polu Fiołków, nie było wojną, jedynie drobną potyczką, na którą pozwoliliśmy sobie po jedenastu wiekach absolutnego pokoju.

- Na Polu Fiołków zginęły prawie dwa miliony ludzi. Nigdy później nie udało się nikomu stworzyć armii, która chociażby zbliżyła się do tej liczby.

Zawsze uważałam, że bardziej adekwatna byłaby nazwa Pole Odrąbanych Nóg, niestety wasi historycy od głoszenia prawdy wolą opowieści, że na ciałach poległych wyrosły kwiaty, których woń jeszcze przez długie tygodnie unosiła się nad połową znanych ziem. Nie słyszałam większego idiotyzmu, nawet z ust Rhezusa.

- Kim byłaś wtedy, podczas Największej Wojny? – pytam, zaciekawiona zmianą w jej głosie, już dawno nic nie wzbudziło w niej jakichkolwiek emocji.

Spogląda na mnie z niechęcią, lecz wiem, że odpowie. Z tego samego powodu, dla którego czasem odszukuję ją późną nocą i snuję swoje opowieści o zjawach, moich pierwszych kochankach i przyjaciołach, przewodnikach, którzy poprowadzili mnie tymi ścieżkami szaleństwa, jakich nie zamieniłabym na żadne ziemskie szlaki. Siedzi w cieniu w kącie sypialni, na miękkich pufach, ze splecionymi dłońmi i ponurym wzrokiem, wysłuchuje bez słowa moich szlochów i tęsknych opisów światów, których niewielką część dane mi było ujrzeć. Słucha, bo jest jedynym demonem, skazanym nieodwracalnie na życie człowieka. A ja, skoro Maximilian stracił swoją wolność, jestem pewnie ostatnim człowiekiem, który oglądał miejsca, wybrane przez demony. W jakiś sposób nie możemy już bez siebie żyć. Rozumiemy się nawzajem i to mocniejsze, niż nienawiść, której nie ukrywa. Jesteśmy dla siebie wzajemnie pozostałościami dawnego życia, którego nie zdołamy odzyskać.

Patrzy na mnie przymrużonymi, ciemnymi oczami. To jedna z niewielu zagadek, związanych z naszym światem, której demony dotąd nie zdołały rozwikłać. Potrafią stworzyć sobie ciała z tutejszej materii, ciała identyczne jak te żyjących, potrafią przybierać każdą znaną i nieznaną nam postać, ale tego jednego nie mogą zmienić. Mogą mówić cudzymi ustami i dusić nas rękami, które są tylko powłoką ich prawdziwych kończyn, ale ich oczy pozostaną identyczne od dnia ich powstania do unicestwienia ich wszystkich bytów.

Wtedy pierwszy raz zgodziłam się zejść do tego świata nędznych istot, słabszych niż wszystko, co znałam.

- Dlaczego demony wysłały cię wśród walczących?

Żebym poprowadziła armię.

Nigdy nie wierzyłam w bełkoty kronikarzy o przerażającym wodzu zjednoczonych plemion, zawsze uważałam za wymysł historyków opis wojownika o nadludzkiej sile, tak straszliwego, że na jego widok wrogowie sami porzucali broń, modląc się do Yala Ye o jak najszybszą śmierć. Zawsze wydawało mi się to niezbyt zgrabną baśnią, lecz teraz, patrząc w okrutne oczy demona wiem, że nie mylili się tak bardzo, jak sądziłam.

Poproszono mnie o złamanie paktu. Byłam znudzona, a wiedziałam, że sprzeciwienie się traktatom pociągnie za sobą karę i tylko dlatego zgodziłam się stanąć na czele głupich dzikusów. Po raz pierwszy zobaczyłam wtedy wasz świat i od razu zdjął mnie śmiech na jego widok. Nigdy nie spodziewałam się, że mogą istnieć byty tak proste, prymitywne, wulgarne i żałosne, tak nieudane. Nie spotkałam nigdy takiego ubóstwa dźwięków i obrazów, myśli, tak ułomnej wyobraźni.

- Przecież pokochałaś Rhezusa – przypominam jej.

Nie porównuj Rhezusa do tych nędzników. Został naznaczony przez Ojców, otrzymał od nich dary. Czas płynął, a ja wciąż czułam na nim wyraźnie ich łaskawy dotyk. Nawet ty, idiotko, wiesz, o czym mówię. Badałaś jego aurę. Pod warstwami brudu istnieją tęcze stworzone najwspanialszymi rękoma.

- Tak – przyznaję z ociąganiem. – Ale w bitwie na Polu Fiołków nikt tak naprawdę nie zwyciężył. Zginęło zbyt wielu ludzi. Niedobitki twojej armii zaszyły się w swoich gąszczach. Moi przodkowie przez długie lata leczyli rany.

Agresja śmieje się nieprzyjemnie. Rozumiem swój błąd. Jedyne, co znam, to notatki paru ludzi, którzy zmarli wieki temu. Nie mam pojęcia o zamiarach bogów czy demonów, skąd mogę wiedzieć, co się wydarzyło i kto na tym zyskał?

Loreth Reth leżała zakrwawiona na stosie ludzkich trupów. Dawno zapadł zmrok, nieudane dzieci Natury mordowały się w ciemnościach na oślep, podrzynały gardła braciom, patroszyły towarzyszy, ale nikt nie miał odwagi przestać, nikt nie przerwał rzezi. Wydłubałam waszej dzielniej bogini jedno oko i zostawiłam ją wśród odrąbanych rąk i nóg, zasypaną do połowy odciętymi głowami swoich marnych obrońców. Tak skończył się nasz pojedynek. Ludzie masakrowali się jeszcze przez długie godziny, prawie do południa kolejnego dnia, nie zauważając, że ich wodzowie dawno zniknęli. Nigdy nie mogłam zrozumieć, że spośród wszystkich cech, przez tysiąclecia najlepiej wykształciliście swoją głupotę. Później, gdy skończyła się rozrywka, nadszedł czas sądów i zostałyśmy skazane za interwencję w waszym świecie.

- Jaką karę otrzymałaś?

Agresja nie odpowiada. Rzuca mi lekceważące spojrzenie i opuszcza bibliotekę. Rozchylając skrzydła drzwi, rozrywa na pół wyryty na nich symbol Kerate Cela, zwój pergaminu, zebrany złotą wstążką. Zastanawiam się, czy bielmo na jego oczach to również kara za pogwałcenie podstawowego przymierza. Dociera do mnie, że nigdy się nie dowiem. Nigdy nie poznam już żadnych tajemnic, bo rozkazałam tym, którzy je znają, iść precz.

Podchodzę do drzwi i zamykam je z hukiem. Z wściekłością walę w nie pięściami, przeklinając Agresję za jej opowieści. Myśl, że te wspomnienia dręczą ją o wiele bardziej, wcale nie pomaga.

Gdy przyszedłeś do mnie, miałeś twarz anioła. Niektórzy twierdzą, że wy i one to jedna rasa, że nie różnią się niczym, nawet kolorem skrzydeł. Nie wiedzą nic ani o jednych, ani o drugich. Ty przyszedłeś do mnie jako anioł z moich dziecięcych wyobrażeń, z wstęgami, zamiast włosów, puszystymi piórami, ciągnącymi się od karku do zakończenia pleców, dłońmi o dziesięciu palcach, torsem porośniętym miękką, białą sierścią, w której zatapiałam palce. Miałeś wąskie, ciemnie usta i oczy wielkie na pół trójkątnej twarzy pozbawionej nosa, czarne z błękitnymi półksiężycami źrenic, błyszczące w mroku.

Zapytałam, czy jesteś aniołem, a ty się śmiałeś. Zapytałam, dlaczego tak wyglądasz i nie odpowiedziałeś, ale wiedziałam, że stałeś się taki, bo tego chciałam. Znałam twoją prawdziwą postać, choć nie pokazałeś mi jej w całej okazałości aż do dnia, gdy oszukaliśmy wspólnie Yala Ye, gdy wybawiłeś mnie od śmierci. Przywitałam cię nazajutrz po naszym pierwszym spotkaniu leżąc wśród naga traw, przykryta warstwą żółtych kwiatów, z włosami, splecionymi w dziesiątki warkoczy, bo tego chciałeś, chociaż nie mówiłeś o tym. Czułam twoje wzruszenie na moim ciele i myślałam o tym, jak doskonały jesteś, niezależnie od przybieranej formy.

O tobie myślę najwięcej. Ty byłeś moim pierwszym prawdziwym przewodnikiem i ukochanym, ty jeden wróciłeś, gdy konałam w przerażeniu.

Pamiętasz mężczyznę, którego udusiłeś w dniu, gdy przybyłeś do mnie jako anioł, ogromny, smukły i straszny? Pamiętam twarz tego człowieka, nałogowego gwałciciela, który z niezmiennym spokojem chadzał do świątyni w każde święto i w letnie wieczory spacerował z żoną uliczkami miasta. Pochyliłam się nad jego siną głową, krztusił się, chwytał kurczowo twoje niewidoczne pióra, które oplotły jego szyję, a gdy wydawał ostatnie tchnienie, szeptałam do niego, podekscytowana i dumna:

- Wygląda jak anioł, prawda? Widzisz go? To mój anioł, prawdziwy anioł.

Przyzwyczaiłam się do najróżniejszych oblicz wspaniałych demonów. Nigdy nie ukazywały się w ten sposób nikomu, prócz mnie. Dostrzegałam je w tłumie przekupniów w czasie targowych dni, zatrzymywałam się, a ludzie obijali się o mnie z gniewnymi uwagami. Uśmiechałam się, nie słysząc ich. A demony stały przede mną i również się uśmiechały.

Przychodziły do mnie nocami, w czasie snów i czuwania, niezmiennie przyjazne, wypełnione mocą do granic napuchniętej aury, w pachnących chmurach wielobarwnych zórz, które pochłaniały mnie, oddzielały od świata, rzucały w ich ramiona, choćby wcale nie przypominały ramion. Zabierały mnie w podróże do niezwykłych miejsc, gdzie kochałam je tak mocno, aż wrzeszczały we mnie wszystkie zmysły, z trudnością wytrzymujące napór doznań.

- Jest szansa, by wróciły? – spytałam kiedyś Agresję, gdy wiedziała już o wszystkim, co mnie spotkało, znała moje najtrudniejsze decyzje. – By wróciły, choć nigdy nie opuszczę Naservy?

Agresja nawet nie spojrzała na mnie, nie oderwała wzroku od przeglądanych manuskryptów.

Nigdy nie darują ci zdrady.

- To nie była zdrada! – tłumaczyłam z rozpaczą. – Nigdy ich nie zdradziłam! Zawsze ich uwielbiałam! Chciałam tylko go odzyskać…

Nigdy nie wybaczą ci zdrady – powtórzyła obojętnym tonem i choć powtarzałam swoje pytanie, jej odpowiedź nigdy się nie zmieniła.

Pochodnia oświetla żylastą sylwetkę Agresji, gdy stoi na progu celi, w której więziłam ją przez dziewięć lat. Ta cela nie ma okna, nie mogłam ryzykować, że Okularnik zdoła przyzwać na pomoc kogoś ze swoich popleczników. Otaczają ją ze wszystkich stron puste pomieszczenia, a na ścianach wciąż widać ślady ochronnych zaklęć.

W dniu, kiedy weszłam do tej cuchnącej nory, by wysłuchać propozycji Agresji, ciało Okularnika pokrywały wrzody i grube plamy nieczystości. Wysuszona twarz z długą, skołtunioną brodą przypominała raczej trupią, niż ludzką, lecz płonące oczy, które ujrzałam, nie pozostawiały wątpliwości, że słabego egzorcysty już tutaj nie ma.

- Nie mogłam uwierzyć, gdy przysięgłaś na Naturę, że mnie nie skrzywdzisz i będziesz wypełniała moje polecenia – mówię, podchodząc do niej.

Przysięgłam, że nie skrzywdzę cię, że pomogę ci przyzwać Ojców i odzyskać ducha Naservy. Wypełniam tylko polecenia z tym związane. Nie jestem twoją niewolnicą, głupia suko.

- Już wkrótce będzie po wszystkim i rozstaniemy się wreszcie. Kogo powinniśmy się spodziewać jutro z Rhezusem?

Tego chorowitego, o którym ci wspominałam. I jakiejś kurwy, która zgrywa wojowniczkę. Nie przypuszczam, by wzięli dzieciaka ze sobą. Może otrzymają dodatkowe wsparcie od swojego zwierzchnika, pachołka króla.

- Zdobyłaś o nim jakieś dodatkowe informacje?

Nic nowego. Syn księcia Jorllana z rodu Hastervak. Trzydzieści siedem lat, od sześciu jeden z głównych kierujących królewskim wywiadem, jeden z najmłodszych w historii na tym stanowisku. Protegowany hrabiny Laquverass. Niektórzy twierdzą nawet, że jest bękartem króla, ale to tylko plotka. Przez pierwsze kilkanaście lat życia wychowywany wyłącznie przez matkę, później Jorllan przyznał się oficjalnie do ojcostwa.

- Wiem – przerywam jej ze śmiechem. – To ten rudzielec!

Znasz go?

- Spotkałam go raz lata temu, jeszcze pod moją starą postacią. Jego ojczulek zapłacił mnóstwo pieniędzy za jakąś głupią wróżbę dla dzieciaka. W porządku, mów dalej.

Był przez ponad rok konkubentem królewskiej siostry, Freiny Elgretty, aż do jej oficjalnych zaślubin. Ma powiązania z klasztorami Ragre Amata, Loreth Reth, bogów-lekarzy, Parolna’starath i Agatona. Jak każdy na jego stanowisku, posiada niewielkie oddziały do własnego użytku, utrzymuje też nieznaczną ilość najemników. Nic, co mogłoby nam zagrozić. Podobno dobry strateg i bardzo sprytny skurwysyn, ale nie sądzę, by to stanowiło dla nas jakiś kłopot. Wolne dni spędza w tym sierocińcu, Ogrodzie Dzieci, gdzie ukrywa swoją kochankę, podając ją za jakąś wieszczkę.

- Dlaczego uwolnił Rhezusa?

Bo twoi pieprzeni sługusi nie potrafią utrzymać języka na wodzy. Mówiłam, że trzeba wyrwać języki wszystkim, którzy mają dostęp do części więziennej i zagrozić im dodatkowo oderwaniem jaj.

- Myślisz, że zna prawdę o nim?

Zna historię waszego ostatniego spotkania, ale nie przypuszczam, by zdawał sobie sprawę z istnienia Pradawnych Demonów. Pewnie zauważył dziwną odporność Rhezusa na zranienia, ale Rhe na pewno nie powiedział mu, w jaki sposób ją zdobył. Zrozum to wreszcie, idiotko. O tym, co przydarzyło się Rhezusowi, wie tylko troje ludzi. Okularnik, który jak pewnie nawet ty się domyślasz, nikomu nie zdradzi szczegółów tego zdarzenia. Rhezus, który również tego nie zrobi. I ty.

- Zostałaś jeszcze ty.

I tak zbyt wiele ludzkich pomiotów śmie wymawiać imię moich stwórców. Najchętniej zmiażdżyłabym wam wszystkim czaszki. A ten rudy skurwysyn, Dego O’mart, z pewnością nie ma pojęcia o ich istnieniu. Mówiłam ci, że rodzina królewska prędzej czy później dobierze ci się do dupy, zwłaszcza po morderstwie młodszych synów Alicii. Dziwne, że zwlekali tak długo.

- Jak możesz znieść to, co cię spotkało? – pytam z bólem, spoglądając na ciasną celę, w której sama ją umieściłam. – Utratę potęgi, jaką posiadałaś. Wygnanie. Ja straciłam kilku wiernych towarzyszy i wariuję z cierpienia, myśląc o tym. Pomóż mi – proszę cicho. – Błagam, powiedz mi, co mam robić, by pogodzić się z ich odejściem. Nie zostawiaj mnie! – krzyczę za nią z paniką, widząc, że rusza w górę schodów. – Nie oddalaj się ode mnie! On przyjdzie po mnie. Musisz tu być, żeby go powstrzymać.

Patrzy na mnie bez słowa, zbyt pogardliwa, by choćby szydzić. Nie musi potakiwać, wiem, że wypełni moje polecenie, bo nie zakończyłyśmy jeszcze naszych wspólnych spraw. Znika mi z oczu, ale pozostanie w pobliżu, a nie wierzę, by Rhezus zdołał podnieść na nią miecz.

Słabość, rozlega się w mojej głowie szept, spotęgowany echem ciemnego tunelu. Słabość, powtarzał mój pierwszy kochanek, gdy przytulał mnie ogromnymi ramionami do włochatej piersi, jedyny demon, który wrócił po mnie. Jesteś moją słabością, mówił do mnie cicho, czule i z wyrzutem. Jesteś moją słabością, Naserva. Tak, jak Agresja jest słabością Rhezusa. Ale ja mam przewagę, bo trzymam w garści jego słabość i musi całować mnie po rękach, żebym nie zacisnęła pięści.

Kogo próbujesz oszukać, mówi do mnie wspomnienie wzgardliwego spojrzenia Agresji. Jesteś słabsza niż kiedykolwiek. Ulepiona z lęków. Mocniejsze uderzenie rozsypałoby cię na kawałki.

Nigdy nie byłam słabsza, choć pozycja Wyroczni nigdy nie była tak silna. Nigdy nie byłam słabsza, bo mój kochany nie jest w stanie odgonić owadów, siadających na białkach jego oczu, a jedyny demon, który wciąż przy mnie trwa, chętniej widziałby mnie martwą.

- Naserva. Naserva, obudź się. Już dzień. Dzień naszej chwały. Święto Dobrej Matki, obudź się.

Otwiera oczy i spogląda na mnie z miłością. Gładzi moją twarz, przeczesuje palcami rzadkie pasma włosów.

- Będziesz wyglądać tak pięknie – mówi. – Z kwiatami, wpiętymi we włosy, w swojej białej sukience.

- I będziemy kochać się do upadłego, gdy tylko zakończą się ceremonie, namaszczeni świętymi olejami, ogłupieni mocą Bareth! – dodaję ze śmiechem, zeskakując z łóżka i tańcząc po pokoju. – One też lubią, gdy mam we włosach kwiaty!

- Dlaczego muszę znać takie szczegóły? – pyta niechętnie, siadając na skraju łóżka. – Nie musisz mi opowiadać, jak lubią cię pieprzyć.

- Daj spokój, kochany! – wołam ze śmiechem, podbiegam i obejmuję go. – Naserva, mój naiwny dżinie! Przecież wiesz, że z tobą lubię pieprzyć się najbardziej, w każdy sposób, jaki przyjdzie ci do głowy! Mógłbyś mnie zakatować, a i tak miałabym orgazm!

- Nie chcę cię zakatować – mówi, nigdy nie lubił takich żartów. – Chcę cię chronić. Chcę, żebyś była szczęśliwa.

- Jestem szczęśliwa. Z tobą. I z nimi. Zbudowaliście mój świat, stworzyliście mnie. Bez was byłabym niczym. Byłabym… Proszę, nie każ mi o tym myśleć – jęczę z policzkami mokrymi od łez.

- A gdybym nie mógł znieść tego, że spływasz krwią w ich ramionach, że wrzeszczysz z rozkoszy, błagasz, by wpychali w ciebie jeszcze mocniej, szepczesz w języku, którego nigdy mnie nie nauczysz? – pyta, przyglądając mi się ponuro. – Gdybym nie mógł znieść twojej więzi z nimi?

- A gdybym poprosiła się, żebyś nie ruchał każdej głupiej dziwki, która stanie ci na drodze i westchnie, zauroczona twoimi niebieskimi oczami? – Śmieję się szczerze. – Gdybym zabroniła ci dupczyć panienki podczas twoich długich podróży? Żądze można wygnać biczem i postem, sama często opowiadam o tym ludziom, nie pamiętasz?

- Zrobię to – odpowiada twardo. – Jeśli ci na tym zależy.

- A ja nigdy nie zgodzę się na twoją prośbę – szepczę, siadając przy nim i patrząc mu w oczy. – Nigdy się ich nie wyrzeknę, Naserva. I mimo to nigdy nie przestaniemy się kochać. Zawsze będziemy istnieć dla siebie. I one zawsze będą przy mnie, bo bez nich jestem naga na pustyniach i mrozach, sama na skałach, w które uderzają gromy. Jestem zdeptana. Przerażona. Samotna i porzucona. Jestem dziwakiem. Odmieńcem. Pierdoloną wariatką. Niedorobionym potworkiem. I nigdy nie zażądasz, żebym tym się stała. Nigdy nie pozbawisz mnie ich opieki i miłości. Gdyby odeszły, nie zniosłabym tego. Nawet ty nie dałbyś mi takiej siły. A gdybyś ty odszedł, one również nie zdołałyby mnie pocieszyć. Nie zniosłabym twojej straty, Naserva. – Całuję go po rękach. – Mój Naserva… Mój wyśniony…

Przypominam sobie tę rozmowę, obmywając szklane ciało mojego dżina. Sypialnię wypełnia cisza. Jego powieki unoszą się i opadają nieznośnie powoli. Spłukuję nieczystości z jego ud wodą, zmieszaną ze śliną i łzami.

Gdybym przestała to robić, całkowicie pokryłby się kurzem. Jak zapomniana dawno temu księga. Jak mebel.

 

Unoszę dłonie, ściskają niewielki, tępy nóż. Wznoszę ręce wysoko, krople krwi skapują z ostrza na moją twarz, płyną po czole i policzkach, regularne linie, szkarłatne symbole Bareth. Białą sukienkę pokrywa siatka czerwonych punktów, śpiewam coraz głośniej, im bardziej się rozrasta. Tłum nuci, dźwięk bębnów wprawia mnie w trans, kiwam się w przód i w tył, opleciona barwnymi strumieniami, spływającymi na mnie z sufitu i ścian, wystrzelającymi spod stóp.

Nadchodzisz, Pani. Czuję twój przyzywający szept, łagodny jak westchnienie kochanka. Jesteś samotna jak ja, wygnana spomiędzy swoich, potężna, pełna czułości i pragnień, okrutna. Rozumiem to. Jesteś piękna, okrutna i wspaniała.

Pochylam się nad kamiennym ołtarzem. Milknę. Zawodzenie zebranych nie ustaje, przyspieszają bębny, nienaostrzony nóż przecina skórę z trudem, lecz poradzi sobie, jeszcze nigdy nie zawiódł. Wrzask mordowanego wznosi się pod sklepienie, ale człowiek jest mocno przywiązany, nie wyrwie się, wkrótce przestanie próbować. Patrzę mu w oczy, gdy rozdzieram brzuch, patrzę w jego oszalałe z przerażenia oczy, patrzę na rzeki, wypływające z jego ust, dotykam jego policzka, drugą ręką wsadzając ostrze głęboko w jego wnętrzności. Chwytam go mocno za włosy i kilkoma ruchami, bo mimo wszystko ostrze jest zbyt tępe, by z łatwością rozerwać ciało, przecinam skórę na jego gardle, dziurawię naczynia, krew bucha mi w twarz, a człowiek rzęzi.

Nadchodzisz, Dobra Matko. Podnoszę poplamioną głowę i widzę cię na okrytej mgłą ścieżce, w delikatnym deszczu przezroczystego puchu. Spod twoich stóp wystrzeliwują kwiaty o pięciu drobnych listkach, a czarne plamy pająków wspinają się po twoich nogach.

Tylko ty mi pozostałaś. Pozwól mi zasnąć w fałdach śnieżnej sukienki, utul dotykiem koronkowych dłoni. Obdarz mnie swoim najgorszym koszmarem, żebym przez jedną noc nie spotkała własnych.

 

 koniec rozdziału III

 

 

Poprawiony: środa, 05 czerwca 2013 19:36