Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - Rozdział II (Wyprawy)

Księga IV (ostatnia)

Rozdział II - WYPRAWY

 

Gdy wpadam do pokoju, Arhi zrywa się z posłania i chwyta sztylet.

- To ja, idiotko – mówię niecierpliwie. – Ubieraj się, musicie natychmiast uciekać.

- A ty?

- Ja też, ale nie razem z wami. Póki strażnicy nas nie powiążą, nikt nie zwróci na was uwagi. Pospiesz się, budź dziewczynkę.

- Zaczekaj. – Chwyta mnie za rękę, gdy odwracam się w stronę drzwi. – Wyjaśnij mi…

Milknie, zdumiona. Ręka, w której trzymam sztylet, odruchowo przystawiony do jej gardła, zaczyna drżeć. Arhi się cofa, próbuje nie pokazać po sobie, że się przestraszyła. Chowam broń, odsuwam od siebie na razie myśl o tym, że właśnie prawie ją zabiłem. Co się ze mną dzieje, na demony złej śmierci?!

- Ścigają mnie za morderstwo – wyjaśniam. – Spotkamy się na rozstajach, tam, gdzie ma czekać Lasair. Zabierz mojego konia ze stajni.

Opuszczam szybko gospodę. Jedynym gościem oberży, który nie śpi o tej porze, jest jakiś podpity sługa, sikający na podwórzu.

Na pierwszy patrol natykam się już kilkaset metrów dalej. To trochę zbyt blisko gospody, żeby dawać znaki swojej obecności. Chowam się w cuchnącej szczynami i wymiocinami uliczce, kulę na ziemi przy dwójce śpiących bezdomnych. Strażnicy przystają przy nas ledwie na kilka sekund i ruszają dalej. Durnie, wystarczyłoby, żeby lepiej przyjrzeli się mojemu ubraniu albo po prostu użyli głowy, by uświadomić sobie, że uciekinier mimo nazwy niekoniecznie będzie uciekał przed nimi z wrzaskiem. Najbliższa brama znajduje się niedaleko stąd, ale nadłożę drogi i wybiorę którąś z kolejnych, by nie ściągnąć uwagi pogoni na tą, którą pewnie będzie próbowała przekroczyć Arhi.

Kroki następnych strażników słyszę już z daleka. Gdy wychodzę z ciemności, stają jak wryci. To jeszcze chłopcy, nie mają pewnie więcej, niż szesnaście, siedemnaście lat. Patrzą na mnie niepewnie, to jasne, że w tak krótkim czasie nie mogli otrzymać mojego dokładnego portretu. Nie czekam, aż wezwą na pomoc mądrzejszych od siebie. Przyskakuję do jednego. Uderzam go rękojeścią miecza w głowę. Upada z jękiem na kolana. Drugi rusza ku mnie, ale strach zamiast dodać mu sił, spowalnia jego ruchy. Wystarczy jedno silne uderzenie miecza, by wytrącić mu z rąk jego broń. Walę go w twarz i teraz dyszą obaj u moich nóg. Po kilku kolejnych ciosach tracą przytomność. To strata czasu, mógłbym ich po prostu zabić, ale Risa obudziła moje zakurzone sumienie. Powinienem uciszyć je jak najszybciej, myślę z irytacją, wycierając ubrudzoną krwią dłoń w płaszcz chłopaka. Ten drugi dzieciak dorównuje mi wzrostem. Dokładnie zawiązuję szary płaszcz z emblematami miasta Kast Axar, narzucam kaptur. Drzwi do pobliskiej kamienicy są otwarte, zaciągam tam nieprzytomnych strażników. Chowam swoją broń i z wyciągniętym mieczem, ozdobionym dziewięciogłowym złotym ptakiem Gizarda, ruszam szybkim krokiem w stronę murów. Po drodze do bramy napotykam jeszcze cztery patrole. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zorganizowano obławę na podobną skalę, by mnie schwytać, ale wierzę, że dziwka Dego zdoła zabrać stąd bezpiecznie Remen. Nie sądzę, żeby wielkie miasto handlowe, z tą ogromną ilością wjeżdżających i wyjeżdżających wozów kupieckich, mogło pozwolić sobie na zamknięcie bram o jakiejkolwiek porze, a Arhi to sprytna suka i na pewno przedstawi wartownikom jakąś wzruszającą historyjkę. Może nawet ich przeleci dla wzmocnienia swojej argumentacji. Poza tym, dlaczego ktoś miałby zatrzymać kobietę, podróżującą samotnie z dzieckiem?

Ja krzyczę to samo do wszystkich napotkanych strażników, przejęty i zdyszany.

- Widziano go przy świątyni Gizarda! Potrzebna tam pomoc!

Nikt nie pyta, kim jestem, symbole na płaszczu znaczą więcej, niż twarz. Biegnę dalej, poruszony ważną rolą, jaka przypadła mi w udziale, pragnąc zebrać jeszcze więcej posiłków. Żaden strażnik nie śmie zatrzymywać mnie, by zapytać o szczegóły. W ujęciu zbiega liczy się przecież czas. Nie chcą marnować swojego i mojego.

Udaje mi się przekroczyć bramę bez problemu, aż chce mi się śmiać. W jednej chwili razem z innymi strażnikami legitymuję podróżnych, przybywających do miasta na jutrzejsze targowisko, w drugiej znikam w ciemnościach po drugiej stronie murów. Trzymam się blisko traktu, by nie zgubić drogi w mroku. Pieszo zajmuje mi ponad dwie godziny, by dotrzeć do ustalonego miejsca spotkania na rozstajach. Co dziwne, zjawiam się jako pierwszy. Siadam na ziemi, zmęczony długim marszem.

Księżyc oświetla kilka czarnych, zmurszałych desek, jedynych pozostałości po spalonej kaplicy, postawionej ku chwale Xares Raga. Pamiętam poprzednią, która tu stała, pamiętam, jak budowano tę. Niebo rozrywa się nade mną, w jednej chwili zrzucając na mnie strumienie wody, Ragre Amat atakuje deszczem resztki chwały wiecznego tułacza, dobrego boga podróżnych. Nie powinienem czekać w tak dobrze widocznym miejscu, zwłaszcza teraz, gdy szum deszczu utrudnia nasłuchiwanie. Wstaję i dotykam mokrego, spopielonego drewna. Gdybym tylko mógł przeminąć, spłonąć i rozsypać się jak ono…

Strzała przebija mi potylicę. Ze zdziwieniem patrzę na jej grot, wystający z ust. Padam na twarz. Ostrze wbija się w miękką ziemię. Szarpie gdzieś w czaszce. W ustach mam pełno krwi, ostrych kawałków kości. Koszmarny ból. Nie mogę się podnieść. Umieram. Buty gdzieś z boku, rosną z każdym krokiem, zagłuszonym hałasem ulewy.

Kolejne chwile są jak strzępy snu. Brudne, zgniecione, lepkie. Nie mogę zamknąć ust. Wlewa się do nich błoto rozmiękczonego deszczem gościńca. Na demony złej śmierci, dlaczego tak długo to trwa? Ktoś przeszukuje mi kieszenie. Zdziera buty. Wiem o tym, ale nie mogę nic zrobić. Głosy docierają zniekształcone. Czyjś śmiech. Dwa płaszcze, dwa miecze. Dlaczego wcześniej nie zrzuciłem stroju strażnika? Nie mogę sobie przypomnieć. Wszystko o czym marzę, to pozbycie się strzały. Wyrwanie tego pieprzonego drewna, tkwiącego w mojej głowie. Kurwa, dlaczego tak długo to trwa?! Moje palce są wykute z kamienia. Ciężkie i nieruchome zakończenia bezładnej ręki. Łykam krew i szlam, połamane zęby ranią gardło. Nigdy wcześniej to nie trwało tak długo. Wreszcie dłoń budzi się z odrętwienia. Sięgam drżącymi palcami wystającej z potylicy lotki. Sapię i jęczę. Wreszcie chwytam i po kilku szarpnięciach wyrywam strzałę z bolesnym skowytem, wśród nowego chrupotu kości. Z ogromnym wysiłkiem przewracam się na plecy, a świat wiruje wokół mnie, złożony z szerokich, ciemnych tęcz. Przez krótką chwilę mam wrażenie, że postać, pochylająca się nade mną to Agresja. Ale to już nigdy nie będzie Agresja. Ostrze noża w brzuchu. Pierwszy raz, drugi. Kopnięcie i znowu jestem twarzą w błocie. Znowu umieram, nie mając czasu na odzyskanie sił. Gdy miejsce pustki i czerni zajmują migoczące plamy, odzyskuję czucie w rękach. Zaciskam palce, natrafiam na mokrą trawę. Widocznie ktoś to zauważa. Znowu mnie dobijają, mrucząc coś o żywotności, o opętaniu, o klątwie opiekuna podróżnych, zemście krwawej Loreth Reth, piastującej strażnikom. Rodzę się na nowo, by poczuć, jak ciągną mnie po ziemi. Kamienie tną skórę na mojej twarzy, nie mogę powstrzymać jęku. Ból miażdżonych butami żeber. Nagłe szybowanie, wiatr na twarzy. Uderzenie o coś twardego, co rozpada się pode mną na milion kawałków. Ciemność. Lód w gardle. Pieczenie oczu. Przerażenie, które zawsze wyzwalała we mnie woda. Świadomość, że zostałem pochowany żywcem w czarnych, wilgotnych odmętach. W tych czasach, gdy jeszcze mogłem umrzeć, przeczuwałem, że umrę, tonąc. Ale czasy się zmieniły i tonąc, będę umierał w nieskończoność. Czy ciała topielców nie unoszą się na powierzchni? Dlaczego ja nie wypływam, tylko głębiny wciągają mnie coraz bardziej jakby były żywym organizmem, potworem, oplątującym moje ciało setką grubych macek?

Gdy po raz kolejny budzę się i rozrzucam ręce z rozpaczliwą bezsilnością, by przez te kilka sekund, które otrzymam przed kolejnym utonięciem, walczyć z przygniatającym bezmiarem wód, nie ma nade mną ciężaru, który muszę pokonać, tylko niebo, znaczone łuną zbliżającego się świtu. Boję się, że to chwilowe złudzenie i oddechy, które biorę tak łapczywie, zaraz z wielką siłą rozerwą mi płuca litrami płynu…

- Rhezus! Rhezus, słyszysz mnie?!

Ktoś pomaga mi się podnieść, opieram się na rękach, rzygam wodą.

- Lasair – wykrztuszam wreszcie.

- Nie znoszę wody – narzeka wampir. – Nie jestem najlepszym pływakiem. Doceń, na jakie poświęcenie się zdobyłem. Masz szczęście, że wcześniej padało, zaznaczyłeś sobą dokładną ścieżkę w błocie. Nie chcę wyjść na zrzędę, ale do ciężkiej cholery, czy ty właśnie dałeś się zamordować garstce byle zbirów? Nie sądzisz, że to nie wróży za dobrze naszej misji?

- Kurwa, Lasair, zamknij się na chwilę! – syczę, bo głowa boli mnie, jakby jednooka bogini osobiście okładała moją czaszkę płazem miecza. – Gdzie Arhi i mała?

- Jeszcze nie dotarły.

- A kutasy, którzy przestrzelili mi łeb?

- Nie powiem, żeby byli najsmaczniejszym posiłkiem w moim życiu. – Lasair prostuje się i nasłuchuje. – Ktoś się zbliża. Zostań tu, sprawdzę.

- Nie potrzebuję, żebyś mnie niańczył.

- Spójrz na siebie – mówi z politowaniem. – Nie chcę po prostu, żebyś przestraszył Remen.

Chwiejnym krokiem zbliżam się do stawu. Część powierzchni, ta nie pokryta wodnymi liliami, odbija splątane jak ludzkie ramiona konary drzew. Klękam przy brzegu, próbuję wyczyścić ubranie z krwi, zmywam błoto z twarzy. Dopiero po chwili przypominam sobie, że przecież przez ostatnie godziny znajdowałem się pod wodą i plamy krwi dawno zniknęły. Kawałek dalej leżą moje rzeczy, które odzyskał Lasair. Buty, płaszcz, miecz i sztylet. Dobiega moich uszu wesoły pisk dziewczynki, śmiech wampira. Remen pyta, czemu Lasair ma mokre włosy, nie słyszę jego odpowiedzi. Arhi tłumaczy, że nie mogły wydostać się wcześniej, bo bramy zostały zamknięte dla opuszczających miasto. Wreszcie strażnik, znudzony jej lamentami, zgodził się wypuścić je przed oficjalnym otwarciem przejść.

Gdy wyłaniam się zza drzew, mała na mój widok również reaguje radosnym okrzykiem, czego nie można powiedzieć o jej towarzyszce.

- Dokąd teraz? – Głos Arhi jak zwykle ocieka pogardą, jakby konieczność zwracania się do mnie niezmiernie ją upokarzała.

- Do Dax Dareth – opowiadam, podchodząc do mojego konia, którego mi przyprowadziły.

- Jesteś pewien? – Przygląda mi się podejrzliwie, nie chcąc chyba zadawać bardziej szczegółowych pytań w obecności dziecka.

Dzwony, grube mury, maleńkie okno z kawałkiem nieba, z białą smugą mewich skrzydeł. Jak mogę być pewien?

- To było straszne – opowiada Lasairowi Remen, siedząc już w jego siodle. – Wszędzie były pająki!

Spoglądam pytająco na Arhi..

- Niedługo po twoim wyjściu, kiedy kończyłyśmy pakować nasze rzeczy, w pokoju pojawiły się pająki – wyjaśnia sucho. – W kątach, na suficie, na okiennicach, na naszych łóżkach i bagażach. Wszędzie.

Wymieniam krótkie spojrzenie z Lasairem. Arhi chyba liczy na to, że jej to wytłumaczę, ale to, że Bareth skierowała na nas swoje oczy tym bardziej nie jest tematem na rozmowę przy dziecku. W milczeniu wsiadam na konia i ruszam przed siebie gościńcem.

Zaczyna się.

 

- Dax Dareth?

- Muszę z nią porozmawiać.

- Musisz porozmawiać z najpotężniejszym mordercą Wyroczni? Nie brzmi to jak przemyślane posunięcie z ust kogoś, kogo pokonała szajka obdartych włóczęgów.

- Muszę z nią porozmawiać – powtarzam, nie potrafiąc podać racjonalnych argumentów, bo moją chęcią stanięcia z nią znowu twarzą w twarz nie kieruje przecież rozum. – Gdy będziemy blisko miasta, Arhi wyprzedzi nas i znajdzie posłańca wśród ludzi Dego, których ten kutas ma wszędzie na pęczki. On dostarczy wiadomość Agresji.

Lasair klnie cicho, ale nie przedłuża dyskusji, wyczuwając doskonale, kiedy nie warto tracić czasu na próby leczenia mnie z głupoty. Pogania konia i zrównuje się z Arhi. Gdy zbliżam się do nich, słyszę, że razem z Remen próbują przypomnieć sobie słowa jakiejś dziecięcej piosenki. Przywołuję gestem dziwkę Dego.

- Muszę wysłać list. Znajdź kogoś, kto go dostarczy. Kogoś, kogo ewentualna śmierć nie sprawi nam kłopotu. Nie przypuszczam, że odbiorca powita posłańców poczęstunkiem.

- Do kogo chcesz przesłać ten list?

- Rusz głową. Najlepiej, by dotarł do jej rąk własnych.

- Chyba najlepiej, jeśli ja go zaniosę! – woła Lasair beztroskim tonem, przerywając na chwilę śpiewanie. – W nocy!

- Rhezus, znasz tę piosenkę? – pyta Remen.

- Jaką?

- O wyprawach! – odpowiada, bierze głęboki wdech i zaczyna śpiewać.

 

Na wyprawy dzielnie wyruszymy

Przez wąwozy, chaszcze, koleiny

Na rozstaje dziwne bez wskazówek

Cienkim szlakiem pracowitych mrówek

 

Na wędrówki dalekie pójdziemy

Zobaczymy zakamarki ziemi

Odkryjemy zakopane miasta

Które trawa od dawna porasta

 

Pamiętam tę piosenkę. Lata temu nauczył mnie jej Erich. Walnął mnie w plecy ze śmiechem i powiedział, że nie znać jej to hańba. Każde dziecko ją zna, zawołał, przekrzykując hałas festynu i dolewając po raz kolejny do naszych pucharów. Staruszku, zapomniałeś już, jak to jest być gówniarzem? Zresztą, to moja ulubiona piosenka z dzieciństwa, dlatego musisz koniecznie ją poznać i nauczyć ją kiedyś swoje pociechy, przekonywał, obejmując mnie pijackim gestem. To tylko głupia przyśpiewka, odrzekłem wtedy, a Erich śmiał się jeszcze głośniej. Kontynuował swój wykład, a kiedy po raz szósty czy siódmy powtórzył, że trzeba znać swoje korzenie, też się roześmiałem i zgodziłem dla świętego spokoju z nim śpiewać. Potem przyłączyliśmy się do zabawy napotkanej trupy aktorów i w gruncie rzeczy to był miły dzień.

Gdy zatrzymujemy się na wieczorny postój, kreślę na podanym przez Arhi skrawku pergaminu wiadomość do Agresji. Wpatruję się w te kilka wyrazów, prośbę spotkania. Dopiero szturchnięcie Lasaira pozwala mi oderwać od nich wzrok. Zdaję sobie wtedy sprawę, że Remen nie śpiewa, że już zasnęła, zapadła ciemność, ognisko płonie, a kawałek mięsa, który podaje mi wampir, jest upieczony. Żuję go, nie czując smaku.

Lasair bierze mój list i odchodzi w mrok. Od Dax Dareth dzieli nas kilka dni drogi na przełaj przez las. Jak szybko potrafi poruszać się na swoich skrzydłach? Zdąży dostarczyć wiadomość podczas jednej nocy? Aż nie chce mi się wierzyć, że przebywam tak blisko miejsca mojej niedawnej niewoli. Wiele razy przysięgałem sobie, że nigdy tam nie wrócę, jeśli uda mi się zbiec, a teraz sam kieruję się w stronę tego kawałka morza.

We śnie mam sześć lat i wędruję po blankach muru obronnego rodzinnej twierdzy. Po mojej lewej rozciąga się przepaść, kończąca się po minięciu setki skalnych ustępów wąskim jak włos strumieniem gdzieś w dole, ale mimo tego, że jestem bliżej orłów i chmur, niż ziemi, nie czuję lęku. Bo po prawej, trzymając moją drobną rękę w swojej silnej dłoni, kroczy wuj. I chociaż niedawno płakałem z bólu, gdy tatuowano mi ręce, teraz rozpiera mnie duma, gdy widzę te same znaki na jego nadgarstkach. Śpiewam coś, a mój głos niesie się daleko i odbija echem wśród gór. Śpiewam piosenkę, którą dawno zapomniałem, więc teraz brzmi jak piosenka Remen, a wuj uśmiecha się do mnie, podpowiadając zapomniane fragmenty tekstu.

- Dlaczego nie masz własnych synów? – pytam go później, gdy docieramy do baszty.

- Mam ciebie na głowie, to mi wystarczy – odpowiada ze śmiechem.

Oglądając panoramę świata z najwyższej warownej wieży zamku, zastanawiam się, dlaczego ten człowiek, stojący u mojego boku, sprowadzi kiedyś tragedię na naszą rodzinę, dlaczego ocalenie rodu przed niszczycielską siłą czasu osiągnie moim wiecznym trwaniem. Wydaje mi się teraz, że to dlatego płaczę, chociaż w rzeczywistości płakałem, bo tęskniłem za rodzicami, którzy wyjechali. Wuj kładzie ciężką dłoń na moim ramieniu i ani słowem nie komentuje tej słabości. A ja myślę, że poza dziadkiem ten człowiek jest mi najbliższy i gdyby bogowie zgodzili się spełnić jedno moje życzenie, chciałbym, by to on mnie spłodził, nie ojciec. Próbowałem się o tym nie pamiętać, ale nie potrafię już tak dobrze oddalać od siebie wspomnień.

- Nie chcę cię zabić, gdy dorosnę – mówię wśród łkań, a on uśmiecha się łagodnie.

Budzi mnie nucenie. Remen zauważa, że się podnoszę i podbiega do mnie.

- Rhezus, przypomniałam sobie jeszcze jedną zwrotkę! – woła z dumą i staje przede mną wyprostowana, z rękami splecionymi na plecach.

 

Zobaczymy dziwy z opowieści

Z dawnych baśni o cudownej treści

Piękne panny z ukwieconych okien

I jaskinie wypełnione mrokiem

 

- Była jeszcze jedna! – mówi momentalnie, gdy tylko kończy śpiewać, jakby w ogóle nie musiała brać przerw na oddechy. – Obiecałam Lasairowi, że sobie przypomnę, ale nie mogę. Pomożesz mi? Pamiętasz ją?

- Nie.

- Proszę, spróbuj sobie przypomnieć.

- Nie znam tego.

- Obiecałam Lasairowi. Kiedy wróci, będzie zły.

- Ten dziwak nie potrafi się na ciebie złościć – mruczę, rozciągając obolałe od spania na ziemi mięśnie.

- Obiecałam mu – powtarza z uporem, dostrzegam lęk w jej oczach.

I dociera do mnie dopiero teraz, że pod jej dzisiejszą żywością kryje się paniczny strach, że wampir nie wróci. Trudno się dziwić, po tym, jak zginęła jej rodzina, Lasair z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów przyjął rolę jej przyjaciela i najbardziej oddanego opiekuna.

- Wszystkie dzieci znają tę piosenkę – powtarza po Erichu mała. – Przecież ty też byłeś kiedyś dzieckiem! – Ostatnie zdanie wypowiada jak oskarżenie.

- Podobno kiedyś byłem.

- Przypomnij sobie – prosi ciszej, jakby ta zwrotka stanowiła brakujący element zaklęcia, które zapewni Lasairowi bezpieczeństwo, bo skoro obiecał, że wysłucha jej po powrocie, z pewnością nie złamie danego słowa.

W gruncie rzeczy pamiętam brakującą część. Erich śpiewa ją w mojej głowie, wesoły i beztroski, na parę lat przed swoją tragiczną śmiercią.

 

Tatuaże, tam, gdzie marynarze

Wielkich magów uroczyste twarze

I tancerek malowaną skórę

- I warownie, otoczone murem! – kończy radośnie Remen, ostatnie słowa jakoś nie chciały przecisnąć mi się przez gardło. – Tak, to to!

Dziewczynka posępnieje nagle. Zaciska usteczka i wpatruje się w ziemię.

- Rhezus, widziałeś moich rodziców? – pyta tak cicho, że w pierwszym momencie nie mogę zrozumieć jej słów.

Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Nie widziałem ich za życia. Ale tak, widziałem ich trupy, pokryte zaschniętą krwią, porzucone w zaroślach, zawieszone na połamanych gałęziach. Nie pogrzebaliśmy ich, pewnie padlinożercy mieli nie lada ucztę.

Od konieczności odpowiedzi uwalnia mnie pojawienie się wampira. Remen pędzi w jego stronę, zapominając o moim istnieniu. Raczy go kolejnym z rzędu dręczącym moje uszy koncertem. Lasair tylko na krótką chwilę odrywa wzrok od jej twarzyczki, skinieniem głowy dając mi do zrozumienia, że wiadomość została dostarczona.

 

- Rhezus chce, żebyś nauczył mnie teraz innej piosenki – dobiegają mnie słowa dziewczynki.

- Nieprawda – zaprzeczam, bo w tym momencie nie potrafię wyobrazić sobie niczego, czego wolałbym uniknąć bardziej od wysłuchiwania dalszego śpiewu.

- Mówiłeś, że od tej chce ci się już rzygać – przypomina mi mała.

- Chyba nie do końca pojęłaś moje intencje…

Podchwytuję kpiące spojrzenie Lasaira. Wampir oczywiście szybko robi zadość życzeniom dziewczynki, a Remen w lot uczy się jakiegoś głupiego tekstu o walce o wolność, poświęceniu dla bliźniego i innych pieprzonych bzdurach, tak, że zaczynam tęsknić za poprzednią piosenką. Lasair wtóruje jej, a chwilami przyłącza się nawet Arhi, czego spodziewałem się w podobnym stopniu, co honorowego samobójstwa Wyroczni.

Ostatnie słowa zwrotki wyśpiewuje jednak tylko Remen. Lasair gwałtownie ściąga wodze. Jego koń staje dęba, a strzała przelatuje przed twarzą wampira.

- Zabierz ją stąd! – wrzeszczę do Arhi, która dzieli siodło z dziewczynką.

Mała piszczy. Arhi pogania konia i znika między drzewami. Pędzę w kierunku ukrytego łucznika, tnę go, zanim nakłada kolejną strzałę trzęsącymi się rękami. Drugiego strzelca dopada Lasair. Zeskakuję na ziemię. Wypada na mnie kolejny napastnik. Uchylam się i uderzam mieczem wyciągnięte w moją stronę ręce. Pozostałych trzech, którzy atakują mnie jednocześnie, pokonuję bez trudu. Lasair szybko radzi sobie z ostatnim, który próbuje uciekać. Spoglądam na pobojowisko. Dwóch z pewnością nie żyje, łucznik Leonara i ten z rozłupaną przeze mnie czaszką. Z pozostałych jeden jest nieprzytomny, pozostali jęczą żałośnie. Ten bez rąk wpatruje się w swoje krwawiące kikuty, nie przestając krzyczeć. To jeszcze dzieciaki, przestraszeni walką już w chwili, gdy ją wypowiedzieli.

- Amatorzy! – warczy wampir, kopiąc jednego z leżących, wściekły pewnie, że nie zaatakowali nas kilka godzin później, gdy mógłby pić krew tryskającą z przeciętych arterii. – Kurwa, szkoda było zsiadać dla nich z konia. Dobijamy?

- Szkoda zachodu. Poszukajmy Arhi, mogliśmy kogoś przegapić.

Towarzyszki podróży czekają na nas nieopodal. Remen ma oczy wielkie ze strachu, ale nie płacze. Dziwka Dego zaciska usta, ma bladą twarz, na której błyszczą krople potu. Niepokoi mnie to nawet bardziej, niż nienaturalnie spokojna reakcja dziecka.

- Oddalmy się stąd – mówi Arhi.

Podjeżdżam do niej, odchylam połę płaszcza. Ona patrzy na mnie z wściekłością, jakbym osobiście sprawił, że jej ubranie nasiąkło krwią wokół ułamanego kawałka strzały. Pomagam jej zsiąść. Grot wbił się powyżej prawego biodra. Sadzam ją ostrożnie na ziemi. Remen przygląda się temu, uczepiona Lasaira.

- Na demony, powinniśmy wozić ze sobą jakichś lekarzy! – mruczę gniewnie.

- Miło, że zaczynasz się o nas troszczyć – mówi rozbawiony wampir.

Ma rację, przecież ja nie potrzebuję żadnych medykamentów. Irytuje mnie jego chichot, ale mam ważniejsze sprawy na głowie, niż kolejne sprzeczki.

- To dlatego, że śpiewałam? – pyta Remen płaczliwie. – Dlatego nie usłyszeliśmy tych ludzi? Już nie będę!

- To nie twoja wina. Będziesz śpiewać, kiedy zechcesz – odpowiadam niechętnie.

- Dużo krwi. – Lasair pożądliwie przygląda się ranie. – Jeśli usuniemy grot… Cholera, w zasadzie nie bardzo wiem, co powinniśmy…

Milknie. Widzę, jak piąstki Remen zaciskają się na jego ubraniu. Oboje wpatrują się w coś za moimi plecami, mała z przerażeniem, wampir wzrokiem drapieżcy.

- Nie ruszajcie się – szepcze Lasair. – I nie krzyczcie.

Mimo jego słów odwracam się, ale bardzo powoli. Między drzewami kawałek dalej stoi czarna bestia, psisko wielkości człowieka. Ciężki łeb trzyma nisko nad ziemią i warczy cicho, przygotowując się do ataku. Oceniam odległość i ze spokojem stwierdzam, że zdążę zabić go, zanim zrobi nam krzywdę. Ale wtedy pojawia się drugi. Zaraz po nim trzeci.

- Rhezus…? – szepcze Lasair.

- Czekaj.

Widzę kątem oka krople potu, spływające po twarzy Lasaira, gdy przedłuża się nasz bezruch. Wkrótce Remen zacznie wrzeszczeć, a wtedy bestie zaatakują. Rozszarpią dziewczynkę. Może nawet zabiją wampira.

Trwającą wieczność minutę później z zarośli wyłania się brodaty mężczyzna w podniszczonym ubraniu myśliwego, z grubymi łańcuchami, przyczepionymi do pasa. Staje między nieruchomymi zwierzętami i przygląda się nam ze spokojem. Z jednego ucha zostały mu strzępy, a włosy, splecione w gruby warkocz, zdążyły zupełnie zbieleć od naszego ostatniego spotkania. Za to zupełnie nie zmienił się kpiący wyraz jego szarych oczu.

- Na wszystkie demony, cholerny durniu – mówię ze szczerą radością, nie ruszając się. – Ciągle zajmujesz się straszeniem przypadkowych wędrowców? Odwołaj swoje potwory.

- Przecież wiesz, że nie zrobiłyby krzywdy staremu znajomemu – odpowiada Lucyus z szerokim uśmiechem.

- Nie pieprz, od naszego ostatniego spotkania odchowałeś pewnie z dziesięć miotów.

Śmieje się głośno i zaraźliwie. Wydaje psom krótką komendę. Rozluźniają się i łaszą do niego, liżą go po rękach i twarzy.

- Kiedyś któryś z tych ludojadów cię zabije – mówię z przekonaniem, podchodząc i witając się z nim.

- Prędzej ty przestaniesz pakować się w kłopoty – odpowiada drwiąco i zwraca się w stronę psów. – Dołączcie do reszty, bo nie zostanie wam nic z uczty, maleństwa.

Gwiżdże i bestie momentalnie znikają wśród drzew.

- Mam nadzieję, że posiekani nieszczęśnicy, których spotkaliśmy nieopodal, nie byli twoimi przyjaciółmi.

- Nie.

- W porządku. Kto oberwał? Pieski kierowały się zapachem krwi.

Podchodzimy obaj do Arhi, rzucającej starcowi nieprzyjemne spojrzenie. Lucyus kuca przy niej, dokładnie przygląda się zranieniu.

- Do zaradzenia – stwierdza, prostując się. – Chodźcie do mnie, opatrzymy i po kłopocie. Rhezus, ty łotrze, pozwoliłeś skrzywdzić damę? Nie nazwałbym cię najlepszym przewodnikiem, skoro zawsze przyprowadzasz mi rannych. A co to za urocza dziewuszka? – Uśmiecha się sympatycznie do Remen, która spogląda na niego tak, jakby miała zaraz rozpłakać się ze strachu. – Twoje, Rhezus?

- Nie.

- Tak myślałem. Nigdy nie spłodziłbyś takiego ładnego dziecka. Wiem, co o mnie myślisz, mała królewno – mówi do niej dalej. – Że jestem szaleńcem. Ale Rhezus może potwierdzić, że w zasadzie niegroźnym.

- Zupełnie nieszkodliwym – zgadzam się ze śmiechem. – Zrozumiałem to już w chwili, kiedy powiedziałeś, że pomożesz mi, jeśli z krwawiącym Erichem na rękach przejdę między twoimi głodnymi psami.

- Nie masz poczucia humoru, Rhezus. Zupełnie, jak twoja cudowna towarzyszka.

- Agresja nigdy nie odznaczała się cierpliwością.

- Rozszarpała trzy moje maleństwa w ułamku sekundy. Zakochałem się w niej wtedy, przysięgam, chociaż zabiła mojego ulubieńca!

- Dobrze, że Erich był nieprzytomny, umarłby chyba na ten widok.

- Rhezus, pospieszmy się – przerywa mi Lasair. – Ona cierpi.

- Pieprz się! – warczy Arhi.

- Pani wybaczy! – woła Lucyus, mimo sprzeciwów chwyta ją na ręce i niesie w kierunku wierzchowca.

- Mieszkasz daleko stąd? – pytam.

- Niedaleko, kilka kilometrów. Zaraz będziemy na miejscu.

Dziewczynka wciąż drży i nie chce zrobić nawet kroku w stronę naszych koni.

- Nie bój się, Remen – mówię do niej uspokajająco. – Lucyus tak naprawdę nie jest wariatem. Tresuje psy na potrzeby świątyni. Jego zwierzęta są świetnie wyszkolone i nie zrobią nam nic złego. To dobry człowiek. Uratował kiedyś mojego rannego przyjaciela. Pomoże Arhi. Jesteśmy z nim bezpieczni.

Lasair nie wygląda na przekonanego, trudno się dziwić, że nie czuje się pewnie, przebywając w swojej dziennej postaci w pobliżu takich bestii, ale przynajmniej Remen rusza się z miejsca.

Poprzednim razem Lucyus mieszkał w zupełnie innej części lasu, ale jego chata nie różni się bardzo od tej, którą zapamiętałem. Zbudowana z grubych bali, niewielka i surowo wyposażona, otoczona wielkimi legowiskami, gdzie psy leżą nieruchomo, gdy wchodzimy do środka. Ich ślepia śledzą nas, ale zwierzęta ani drgą, odkąd Lucyus wydał im taką komendę. Mój przyjaciel zaprasza nas do dużej izby z wielkim stołem bez nakrycia, pojedynczą szafą i łóżkiem w kącie. Na ścianach wisi kilka półek i obrazki, przedstawiające egzotyczne kraje, po których Lucyus podróżował w młodości. Zawieszone pod sufitem pęki ziół rozsiewają słodki, narkotyczny zapach. Z pokoju obok dochodzi woń wędzonego mięsa. Lucyus rozpala w kominku i wiesza nad nim rondel z wodą.

- Niech się pani położy. – Wskazuje Arhi łóżko. – Powinna pani odpocząć. Zaraz zajmiemy się skaleczeniem. Nie wydaje mi się, żeby mała dama była gotowa na takie widoki – dodaje z łagodnym uśmiechem, patrząc na Remen.

- Zaczekajcie na zewnątrz – mówię do niej i wampira.

- Nie! – piszczy mała, chwytając rękę Lasaira.

- Zwierzęta nie zrobią wam krzywdy – przekonuje ją starzec. – Rhezus, idź z nimi. To nie potrwa długo.

Nie zważając na słabe protesty dziewczynki, wyprowadzamy ją na zewnątrz. Na widok drzemiących leniwie psów blednie i zaczyna się trząść. Biorę ją na ręce i przechodzimy między nimi. Niedaleko płynie rzeka, kieruję się w jej stronę i po chwili Remen pochyla się nad taflą wody, z zachwytem przyglądając się kolorowym grzbietom ryb.

- Skąd ta mina? – pytam Lasaira. – Ani ona nie jest bezbronną, przestraszoną damą, ani on gwałcicielem czy sadystą.

- Myślisz, że strzała mogła byś zatruta?

- Bogowie, zlituj się! Tamtych trudno w ogóle nazwać zbójcami, gdyby nosili ze sobą zatrute strzały, sikaliby ze strachu, że się na nie nadzieją. Kiedy trafiłem do Lucyusa poprzednim razem, mój przyjaciel stracił o wiele więcej krwi, a jednak w tydzień wykurował się zupełnie. Matka Lucyusa znała się na zielarstwie i jest dzięki temu skuteczniejszy w swoich działaniach, niż wielu medyków, których znałem – kończę, myśląc mimowolnie o Risie, choć tak długo udawało mi się odsuwać od siebie jej wspomnienie.

- To dobrze. Nie chciałbym, żeby mała znowu oglądała śmierć kogoś bliskiego.

Wkrótce Lucyus pojawia się przy nas.

- Gotowe. Powinna poleżeć kilka godzin. Przenocuję was, jeśli nie musicie natychmiast wyruszać.

- Wiesz, że mnie szukają?

- Dziwiłem się, patrząc na listy gończe, że użyli tak starego twojego portretu – mówi z uśmiechem. – Myliłem się. Świetnie się trzymasz, wyglądasz, jakbyś w ogóle się nie starzał. Staram się wiedzieć wszystko, co dzieje się w miastach i wsiach przylegających do lasu. Mam też sporo wspólnego ze Świątynią, są w końcu moimi głównymi nabywcami. Kiedy dowiedziałem się, że uciekłeś z Kast Axar, liczyłem na to, że wybierzesz właśnie tę drogę. Od rana spacerowałem z maleństwami, mając nadzieję na spotkanie.

- Zdaje pan sobie sprawę, że możemy zabić pana szybciej, niż nas te czarne bestie albo wyskakujący zza krzaków strażnicy – ostrzega chłodno Lasair.

- Za to pan nie zdaje sobie sprawy, jak marnie wyglądają zaszczyty i wielkie pieniądze w porównaniu ze spokojem głębi lasu – odpowiada niezrażony tą sugestią zdrady Lucyus.

- Możemy pójść do Arhi? – pyta Remen, podbiegając do nas.

- Oczywiście, ale muszę was zaprowadzić. Psy nie wpuszczą do domu nikogo pod moją nieobecność.

Lasair bierze Remen za rękę i ruszają z Lucyusem w kierunku chaty. Po chwili mój stary przyjaciel wraca i siada obok mnie. Wyjmuje fajkę i podaje mi. Po chwili otacza nas łagodna woń ulubionych ziół Lucyusa. Pamiętam ten zapach, mimo upływu lat. To miłe odkrycie, zwłaszcza teraz, gdy zdarza mi się nie czuć niczego przez długie godziny.

- Co z twoją cudowną klaczą? – pyta. – Czemu ci nie towarzyszy?

- Statek, którym płynęliśmy, poszedł na dno. Utonęła.

Lucyus patrzy na mnie wyczekująco. Ten miłośnik i znawca groźnych stworzeń, jako jedna z bardzo niewielu osób, od razu rozpoznał prawdziwą naturę Agresji i rozumie, że nie mogła w taki sposób zginąć bezpowrotnie.

- Później spotkałem ją jeszcze – kontynuuję z ociąganiem. – Ale ona… Ona…

- Przykro mi. – Litościwie nie każe mi dokańczać. – A Erich? Był takim miłym chłopcem. Jedyną osobą, która wpadła na pomysł, by głaskać moje psy podczas karmienia! – dodaje ze śmiechem.

- Erich? – Uśmiecham się gorzko. – Nie żyje od dawna. Zakochał się w dziewczynie, która zdradziła go z innym. Erich zabił tamtego. I został zamordowany przez ludzi, których wynajęła kochanka zabitego. Historia jak z kiepskiej ballady…

- Nigdy bym się nie spodziewał po tym chłopcu, że wpakuje się w coś podobnego. – Lucys kręci ze smutkiem głową i podaje mi fajkę. – Byłem pewien, że już dawno ożenił się z jakąś uroczą dziewczyną i wychowuje gromadkę roześmianych dzieci. Miałem nadzieję usłyszeć od ciebie inne wieści, przyjacielu.

- Ja też wolałabym udzielić ci innych odpowiedzi. Wiesz, Erich wspominał o tobie podczas jednej z naszych ostatnich rozmów. Nie miał dobrej śmierci, a ja nie zdołałem go pomścić.

- Sądziłem, że zginąłeś – mówi Lucyus po chwili. – Już wiele lat temu wisiały listy gończe z twoją twarzą. Później je zdjęto i nie liczyłem na to, że jeszcze się zobaczymy. Cieszę się, że się myliłem. Dokąd zmierzasz teraz?

- Do Dax Dareth.

- Powinieneś zmienić plany. Tamtejsi strażnicy otrzymali już wiadomość z Kast Arax, szukają cię. Możesz zostać u mnie jak długo chcesz, twoi towarzysze również. Nie martw się, będę regularnie karmił psy, żeby się nie dobrałby się do was z głodu.

- Nie mogę zostać, Lucyus i nie proponowałbyś mi tego, gdybyś wiedział, jakie siły mnie ścigają.

- Nie jestem młodzikiem, potrafię ocenić niebezpieczeństwo. Żyję samotnie, więc nie narazisz nikogo, prócz mnie, a ja nie mam przed sobą stu lat życia.

- Muszę spotkać się z kimś, kto przebywa w mieście.

- Spotkaj się z nim poza miastem.

- Spotkam się z nim poza miastem, nie w tym rzecz. Dziękuję, Lucyus, ale naprawdę nie mogę zwlekać. Posłuchaj… Gdybym nie poradził sobie z zagrożeniem, może przyślę do ciebie moich kompanów, pewnie dziewczynkę i Arhi. Ukryjesz je na kilka dni?

- Oczywiście. Chcesz pieska na drogę?

- Faktycznie, mniej rzucałbym się w oczy z taką bestią u boku…

- Są legalne. Wystawię ci odpowiednie pieczęcie, nauczę podstawowych komend. Ochroni cię.

- Zginie w przeciągu kilku dni. Poza tym, Remen jest wystarczająco przestraszona i bez tego. Trzymaj swoje potwory dla podobnych sobie dziwaków.

Uśmiecha się kpiąco, wydmuchując kłęby pachnącego dymu. Szybko poważnieje.

- Kilka dni temu spalono wioskę na skraju lasu. Oskarżono mieszkańców, że cię ukrywali.

- Nie ukrywałem się w żadnej okolicznej wiosce – odpowiadam ze zdumieniem.

- W takim razie sąsiednia osada pierwsza złożyła odpowiedni donos. Mówię ci to po to, żebyś nie próbował szukać schronienia w wioskach. Nikt cię nie przyjmie, wydadzą cię od razu. Zaopatrzę was w jedzenie na dalszą drogę. Nie muszę ci zresztą tłumaczyć, że powinieneś unikać ludzi. To przykry widok, dym z płonących domów. Nienaturalny dla lasu. Zastanów się dobrze, co zrobić. Naprawdę byłbym rad, gdybyś został dłużej.

Nie odpowiadam. Kto wie, może nie mówiłby tego, gdyby nie miał pewności, że przecież tego nie zrobię. Odpowiadam, że też cieszę się, że go widzę i nie kłamię ani trochę. Wyciągam w jego stronę fajkę.

- Nie wypaliłeś jeszcze tamtego – zauważa.

- Teraz potrzebuję o wiele większą dawkę, niż dawniej – odpowiadam z krzywym uśmiechem.

Lucyus podaje mi woreczek innych ziół, o wiele mocniejszych. Rozmawiamy do późnych godzin nocnych, ale o to, co podczas ostatnich lat działo się ze mną, nie pyta już ani jednym słowem.

 

- Nie będą nas ścigać? – upewnia się przestraszona Remen, odwracając się w siodle.

Niemal w tym samym momencie rozlega się wycie i głośne szczekanie. Mała piszczy z lękiem, wampir klnie, a ja się śmieje. Tak samo Lucyus żegnał mnie poprzednim razem.

Późnym popołudniem docieramy do miejsca, gdzie drzewa zastępuje szeroki pas niskiej trawy. Od dalszej części lasu dzieli nas kilkunastometrowe dość strome zejście, ale nie pokonamy go już dzisiejszego dnia, a moi towarzysze może w ogóle nie pójdą dalej, zaczekają tu na mnie, aż wrócę ze spotkania z Agresją. Remen jest zachwycona, bo można stąd oglądać nieskończony turkus morza z maleńkimi plamkami zmierzających do portu okrętów i odległe jeszcze, ale już doskonale widoczne budynki znienawidzonego przeze mnie miasta.

- Rhezus, a tamtym razem kogo leczył pan Lucyus? – pyta dziewczynka. – I po co wtedy tędy jechałeś?

- Kiedyś zrobiłem coś bardzo głupiego – odpowiadam po chwili. – Powstrzymałem człowieka przed odważnym czynem, sądząc, że chce popełnić zbrodnię. Ten człowiek stał się moim najlepszym przyjacielem i miesiące, kiedy zaszyliśmy się w lasach i dżunglach, by nasi prześladowcy zapomnieli o nas, a raczej o nim, bo ja jako głupiec nie obawiałem się spotkania z nimi, były miesiącami prawdziwej wyprawy.

Remen słucha tego z ciekawością i przejęciem. Lasair leży na wznak na trawie, z rękami pod głową, gryząc długie źdźbło i czeając na nadejście nocy. Arhi śpi nieopodal, przykryta brudnym kocem, wciąż osłabiona po odniesionej ranie. Słońce zniża się ku tafli, zmieniając kolory wód na odcienie żółci i czerwieni, malując białe wieże świątyni pomarańczowym blaskiem. Przez spotkanie z Lucyusem spóźniliśmy się o dzień w moich obliczeniach. Powinniśmy dotrzeć do Dareth dziś nad ranem, a teraz godzina dzieli nas od zapadnięcia zmroku.

- Widziałeś syreny? – szepcze podekscytowana dziewczynka.

- W głębi lasu? – pyta ze śmiechem Lasair.

- Syreny są nie tylko w morzach! – odpowiada urażona jego tonem dziewczynka. – Są też w różnych jeziorach!

- To raczej rusałki.

- Syreny. Widziałeś syreny, Rhezus?

- Nie pamiętam – okłamuję ją, bo historie z syrenami nie nadają się dla uszu dzieci. – Za to pamiętam ogromne ryby o kolorowych łuskach, które przepływały pod srebrnym mostem i ich walkę w czasie burzy. Konie spłoszyły się, czując ich krew, a gdy zaświeciło słońce, zobaczyliśmy trupa, rozrywanego przez pozostałe. Woda kotłowała się, a na niebie pojawiła się tęcza. Pamiętam, jak koń Ericha zerwał się i zaczął uciekać. I pojawiającą się znikąd dziewczynę o białej skórze, która zatrzymała go ruchem ręki.

- Jak wyglądała?

- Miała długie, srebrne włosy, była młoda i bardzo delikatnej budowy. Koń uspokoił się natychmiast, kiedy tylko na niego spojrzała. W jej ogromnych oczach nie widzieliśmy źrenic, odbijało się w nich słońce i wydawały się mieć bajeczne barwy tych egzotycznych ryb, witraży w świątyniach stolicy, głębię tajemniczych malowideł w ich kryptach.

- Może nie żyła? – pyta Remen z lękiem. – Moja babcia mówiła, że zwierzęta czują umarłych.

- Nie wiem. Nie wiem nawet, czy była prawdziwa. Tamten dzień, dzień dwukrotnego zaćmienia ożywił las w dziwny, niepokojący sposób. Panowała nienaturalna cisza i liście drzew przybierały różne kolory, w zależności od danej chwili. Erich był zachwycony barwnością mijanych krzewów, falującym piaskiem drogi, skrzącym i chrupiącym pod stopami dźwiękiem rozgniatanych czaszek. Co jakiś czas stada ptaków przelatywały nad naszymi głowami, nie wydając żadnego dźwięku, bez trzepotu skrzydeł. W nocy coś szeleściło w zaroślach, zobaczyłem jasny kształt, przeskakujący kępy paproci, kluczący między drzewami, rozmazany. Erich chwycił mnie za rękę i zakazał go gonić. To na pewno rusałka, mówił z rozmarzeniem. Rusałka albo nimfa, albo jeden z leśnych duchów, powtarzał ciągle. W mieście z trzema bramami, stojącymi obok siebie, z której środkowa nie może zostać otwarta, bo wkroczą przez nią upiory, otępieni po nieprzespanej nocy, upiliśmy się w karczmie rumem, którego dzban Erich z nostalgią przytulał do siebie, wspominając okręty, na które nigdy nie wsiadł, chociaż o tym marzył. Ostatnie, co pamiętałem, to urocza karczmareczka, śpiewająca na naszą prośbę marynarskie piosenki. Coś o statku, który tonie, wciąż tonie, ale nigdy nie zatonie, nigdy, dopóki śpiewamy. Rano obudziliśmy się bez pieniędzy i bagaży, a nasze konie już dawno wyprowadzono ze stajni.

- Rhezus. – Oczy małej błyszczą z podniecenia. – Zabierzesz mnie kiedyś na dalekie wyprawy?

- Właśnie jesteśmy na dalekiej wyprawie – zauważa Lasair.

- Nie na taką. Taką z syrenami!

- Nie szukaj nigdy syren, Remen – mówię do niej, przypominając sobie ich ciemne włosy i smukłe ciała, dzwoneczki śmiechu, zwiastujące szybką śmierć. – Zobaczymy inne, wspanialsze cuda.

- Jak w tej piosence? – pyta radośnie.

- Błagam, tylko nie znów te bzdurne piosenki…

- Na wyprawy dzielnie wyruszymy… – zaczyna Lasair, zerkając do mnie kpiąco.

Mała momentalnie podchwytuje. Śpiewa radośnie przez dłuższą chwilę, maszerując w tę i z powrotem po niewielkiej łące, na tle ogromnej tarczy płonącego słońca. Później zasypia, skulona między nami. Patrzę na nią przez chwilę, na jej spokojną twarz. Później przenoszę wzrok na białe dachy znienawidzonego Dax Dareth. Jedne po drugich szarzeją pod naporem zapadającego zmierzchu.

 


koniec rozdziału II