Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.4 - Rozdział I (Egzorcyści)

Księga IV (ostatnia)

Rozdział I - EGZORCYŚCI


Ciemny kształt spada na ścieżkę, płosząc mojego konia. Ledwie udaje mi się utrzymać w siodle, gdy wierzchowiec staje dęba.

- Rhezus zaszczycił nas swym powrotem – mówi wampir, chowając skrzydła, zbyt szerokie na tę wąską dróżkę. – Zabiłoby cię, gdybyś przez kilka dni z rzędu nie praktykował tych jakichś swoich masochistycznych zwyczajów? Właściwie głupie pytanie w twoim przypadku… Ostatnio rzygałem przez niemal godzinę, z czego wnoszę, że musiałeś dać się komuś nieźle skopać.

- A ty w zemście płoszysz konia, żebym skręcił kark i żebyś rzygał przez kolejną godzinę. Błyskotliwy plan.

- Gdzie byłeś? – pyta Lasair oskarżycielskim tonem. – I nie myśl, że dam się zbyć tym razem. Powinieneś zrozumieć, że wspólny cel, którym jest twoja śmierć, czyni z nas coś w rodzaju drużyny. Zresztą świadomość, że nawet Arhi wie więcej ode mnie nie jest zbyt przyjemna. Za chwilę Remen prześcignie mnie w wiedzy na twój temat, a jakby na to nie patrzeć, jestem twoim najwierniejszym sprzymierzeńcem.

Ma rację. Zresztą skoro moi wrogowie znają wszelkie fakty, nie widzę przeciwwskazań, żeby poznał je wampir. Obozowisko znajduje się kilkaset metrów dalej. Dzisiejsza noc jest chłodna i chętnie ogrzałbym się przy ogniu, ale nie ufam dziwce Dego, dlatego postanawiam porozmawiać z Lasairem tutaj. Poświęcam resztę nocy na wtajemniczenie go w szczegóły swojej historii. Słucha mnie uważnie, lecz nie zadaje wielu pytań, za co jestem mu wdzięczny, bo ciężej mi o tym mówić, niż sądziłem. Czuję się tak, jakby historia zataczała koło, jakbym znowu rozmawiał z Erichem o tym, jak ukryć się przed Wyrocznią, z Okularnikiem, jak ją pokonać, z Risą, jak o niej zapomnieć. Zbliża się czas kolejnej walki i chociaż Pytia nie zwyciężyła zupełnie, ja z pewnością dotychczas przegrałem wszystko, co mogłem. Co powinienem zrobić, żeby to się nie powtórzyło, do cholery?

- Co powinienem zrobić? – powtarzam na głos, bardziej do siebie, niż do niego.

- Odpowiedź jest oczywista. – Lasair wygląda na lekko zdziwionego moim pytaniem. – Wiesz, że nie pochwalam szukania sobie na siłę wrogów, ale kiedy nas odnajdują, nie należy ich rozczarować. Wyrocznia wymordowała twoich przyjaciół, torturowała cię przez lata, a teraz zmusza do posłuszeństwa tego demona, na którym ci zależy. Musisz zabić sukę i aż wstyd mi za ciebie, że muszę ci to tłumaczyć. Przecież gdy ją zabijesz, Agresja znowu odzyska wolność.

Nie ma sensu tłumaczyć mu, że Agresja już nigdy nie poczuje się wolna, bo została nieodwracalnie spętana łańcuchami naszego świata.

- Żeby zbliżyć się do Pytii, najpierw będę musiał zmierzyć się z Agresją.

- Niekoniecznie. Wyrocznia wysyła ją przecież w różne części królestwa na te misje szerzenia terroru. Wtedy możemy dopaść Pytię. Przy okazji, moglibyśmy zmusić ją przed śmiercią do odprawienia jakiegoś rytuału, który mnie odczaruje. W księgach starego kapłana była wzmianka o takiej możliwości, jeśli stanie się to w obecności samej Bareth, a mówiłeś, że Pytia potrafi ją wezwać.

- Jeśli pozwolisz Pytii wykonać na sobie jakiś rytuał, ta więź między nami będzie słodkim jak dziewczęce uda wspomnieniem po tym, co zafunduje ci ta dziwka. Zrozum, Lasair, że w naszym interesie leży powstrzymanie jej od wezwania na pomoc swojej opiekunki, a nie zachęcanie jej do tego.

- Rhezus, to tylko człowiek, a mówisz o niej, jakby miała możliwości całego panteonu. Przypomnij sobie, że masz jaja i przestań przed nią drżeć. Pomyśl, jak ona musi się czuć. Przecież z tego, co mówisz, już raz byłeś bliski jej zniszczenia. Nie zwyciężyłeś, ale ona też nie zwyciężyła. Na pewno boi się tego spotkania w równym stopniu.

- Oczywiście, biorąc pod uwagę, że ja pokonałem ją na kilka minut, a ona mnie na kilkanaście lat i że może wystawić przeciw nam armię swoich strażników. Nie wspominając o siłach, o których nawet nie mamy pojęcia, a do których ma dostęp. Zresztą, nie w tym problem. Obawiam się, że choćby nadarzyła się okazja nie możemy jej na razie zabić. Dąży przecież do wezwania Pradawnych Demonów, a wygląda na to, że to jedyna szansa dla Agresji. Widziałeś ją, Lasair, to ciało nie wytrzyma długo, jeśli będzie musiało mieścić jej moce. A żaden człowiek prócz Okularnika nie zdoła długo opierać się takiej sile, choćby Agresja bardzo starała się nie zetrzeć w proch jego umysłu. Dołączyła do mnie trzydzieści siedem lat po tym, jak zostałem przeklęty, wiesz? Tyle czasu potrzebowały demony, by stworzyć powłokę dla niej, w której zdoła pojawić się w naszym świecie. Jak marne ciało człowieka może równać się z tak długo i starannie przygotowywanym tworem? Tylko Ojcowie mogą uchronić ją przed unicestwieniem. Dlatego Pytia musi ich wezwać, a nie zrobi tego, jeśli wcześniej ją zabijemy.

- Nie powiem, żeby szczególnie cieszyła mnie ta wiadomość – mówi Lasair, nieprzekonany. – W takim razie może powrócimy do mojej koncepcji? Zmusić ją, żeby przeprowadziła rytuał, zdejmujący ze mnie klątwę. Sądzę, że odpowiednio zmotywowana wypełniłaby polecenie jak należy.

- Nigdy tego nie zrobi. Postawiłbym życie, gdyby było dla mnie coś warte, że wywiedzie cię w pole.

- Podobno istnieje granica bólu i strachu, za którą nie ma już kłamstwa. Chętnie sprawdziłbym prawdziwość tej teorii na przykładzie Pytii.

- Jeśli wezwie Bareth, rozpierdoli nas z jej pomocą – powtarzam. – To jedyny koniec podobnej historii i radzę ci to zapamiętać, Lasair. Niepotrzebnie przedłużamy temat. Jedźmy do obozu.

- Musimy nadłożyć dzień drogi, żeby ominąć Kast Axar – mówi Lasair, podnosząc się. – Albo rozdzielimy się i spotkamy dalej. Odbywa się tam teraz jakiś zjazd egzorcystów, nie mogę pokazać się w mieście – wyjaśnia.

Trudno mu się dziwić, od blisko stu lat to właśnie egzorcyści przejęli rolę obrońców przed wszelkimi nieczystymi siłami, nie tylko pochodzącymi ze świata demonów, ale też rodzimymi. Lasair porusza się swobodnie w słońcu, bo wie, że nawet gdyby miał wyjątkowego pecha i został zabity w jakiś konwencjonalny sposób, wystarczy kilka nocy, by się odrodził. To by się nie udało, gdyby dopadł go jakiś doświadczony łowca, gdyby egzorcysta poznał jego tożsamość i zniszczył jego ciało w odpowiedni sposób. Dlatego tak ważne jest dla niego, by za dnia nikt nie rozumiał, że nie ma do czynienia z człowiekiem.

- Wielu ich przyjechało? – pytam, tchnięty nową myślą.

- Ponoć wszystkie sławy, a za nimi całe tabuny tych marniejszych. Chyba nie ma jednego wytatuowanego świra, który by się nie zjawił.

- Świetnie – mówię, wsiadając na konia i czuję, jak wypełnia mnie energia. – W takim razie z samego rana wyruszam do Kast Axar. Pojedziecie okrężną drogą i zaczekacie na mnie w kolejnym mieście.

- Rhezus, nie wiem, co chcesz zrobić, ale nie powinieneś jechać sam. Zabierz Arhi i Remen, udawajcie szczęśliwą rodzinkę, bo jeśli ich uśmiechy nie odwrócą uwagi od twojej broni i gęby zabijaki, strażnicy zatrzymają cię, choćby nie wisiały za tobą listy.

- Niech będzie – zgadzam się, bo faktycznie obecność roześmianego dziecka często usypia ostrożność straży.

W obozie po cieple ognia zostały ją tylko czarne kawałki drew. Arhi i Remen śpią, przytulone do siebie.

- Nie rozumiem, jak dziewczynka może ją lubić – mówię, patrząc na nie.

- Ciebie też lubi – przypomina z kpiącym uśmiechem Lasair. – Zdrzemnij się, a ja przyniosę trochę opału. Cholernie zimna noc jak na tę porę roku.

Kładę się, choć zdaję sobie sprawę, że słońce zaraz wzejdzie i wkrótce obudzi mnie drażniący głos kobiety albo szczebioty dziecka. Pierwsza połowa dnia nie przyniesie nic, czego bym się nie spodziewał. Arhi będzie narzekać, że znowu postępuję wbrew planowi jej pana. Remen zapyta cichutko, dlaczego Lasair nie może iść z nami. Wampir uspokoi ją uśmiechem i obietnicą ponownego spotkania, ciągnąc tą farsę, w której potwór może być opiekunem ufnego dziecka. Mnie będą prześladować myśli o upadku Agresji i samotności Maximiliana. Lecz może bogowie, w których wierzyła moja dziewczynka, spoglądają tutaj czasem, może zgodnie ze słowami Risy bywają nawet litościwi, może Agaton zwróci świętą latarnię w kierunku swoich sług dzisiejszej nocy i sprawi, że wysłuchają mnie, skoro chcę pomóc jego najbardziej oddanemu wyznawcy. A wtedy może ten dzień przyniesie rozwiązanie choć jednego z moich problemów, myślę na koniec, czując na skórze kojące ciepło ognia, który właśnie rozpalił wampir.

 

Wybieramy oberżę się tuż za murami Kast Axar, największej osady kupieckiej w królestwie. Znajduje się tu najbogatsza świątynia, poświęcona Gizardowi, bogowi szczęśliwego trafu i opiekunowi handlarzy. Z każdego punktu miasta widać wielką kopułę, opatrzoną symbolem boga – złotym ptakiem o trzech parach skrzydeł i dziewięciu głowach ułożonych w trzy rzędy. Z tego co mi wiadomo, Pytia nigdy nie odwiedziła Kast Axar, poza tym zawsze uważałem kupców za inteligentnych ludzi i mam nadzieję, że wpływy Wyroczni nie zaznaczają się tutaj tak bardzo, jak gdzie indziej. Mam ochotę zwiedzić miasto, ale powstrzymuję się. Nie powinienem rzucać się w oczy. Dlatego zaszywam się w pokoju gospody, by przemyśleć, co powiem przyjaciołom Okularnika, jeśli uda mi się ich spotkać.

Pół godziny później schodzę do ogólnej sali. Dostrzegam Arhi i Remen po przeciwnej stronie, pod dużym oknem, wychodzącym na trakt. Dziewczynka śpi, przytulona do ramienia dziwki Dego, która uśmiecha się szeroko i kiwa głową zagadującemu ją mężczyźnie, ubranemu w elegancki płaszcz z oznaczeniami któregoś z kupieckich cechów. Mężczyzna ma wyraźny problem z odrywaniem wzroku od dekoltu i rozchylonych ust Arhi, choć bardzo się stara patrzeć jej w oczy przez większość czasu. Dobiega mnie fragment ich rozmowy.

- Mój mąż ma zawsze tyle obowiązków, zupełnie pochłania go praca – żali się suka Dego. – I czasem czuję się… Rozumie pan, prawda? Zupełnie, jakby zapominał, że przecież… Jestem przede wszystkim kobietą…

- Bez wątpienia – wykrztusza kupiec, znowu zjeżdżając spojrzeniem na jej piersi. – Byłbym szczęśliwy, mogąc oprowadzić panią…

- Koniec zabawy, wraca pochłonięty pracą mąż – oznajmiam, siadając obok Arhi i obejmując ją ramieniem.

- Witam! – Mężczyzna zrywa się na równe nogi, mocno zmieszany. – Jestem…

- Okropnie tu duszno, prawda? Stanowczo za dużo ludzi.

Kupiec wyjąkuje jakieś pożegnanie i szybko znika z naszego pola widzenia.

- Jaki przykład dajesz dziecku? – pytam, obserwując z rozbawieniem wściekłość w jej oczach. – Ledwie odchodzę, już chcesz się kurwić?

- Czemu ty nie znajdziesz sobie jakiejś lali i nie dasz mi świętego spokoju? – pyta, ani na chwilę nie zdejmując z twarzy uśmiechu.

- Nie muszę szukać. Nie słyszałaś o obowiązku małżeńskim?

Zaciska wściekle usta, a ja uśmiecham się szerzej.

- Dowiedz się, gdzie spotykają się dziś wieczór egzorcyści – mówię do niej.

- Zrozum wreszcie, że nie możesz tam pójść – syczy. – To uroczystość dla wybranych, niełatwo się na nią dostać, obcy z pewnością od razu zwróci na siebie uwagę. Marzysz o tym, by jak najszybciej wrócić do niewoli?

- Na nasze wspólne szczęście, twoje zdanie nie ma żadnego znaczenia.

- Pójdę z tobą – mówi twardo.

- Nie. Zostaniesz tu i zaopiekujesz się małą.

- Mam cię chronić!

- Biorąc pod uwagę kwestię twojej wątpliwej skuteczności, obronię się lepiej, gdy nie będziesz plątać mi się pod nogami.

- Powinieneś wziąć przynajmniej Lasaira.

- Wampira? – pytam ze śmiechem, ale ta nagła troska moich towarzyszy, żebym nie udawał się nigdzie w pojedynkę budzi we mnie pewną podejrzliwość. – Na oficjalny zjazd egzorcystów? Nie trać mojego czasu, idź zdobyć informacje.

Arhi potrząsa lekko ramieniem Remen. Dziewczynka, nie do końca przebudzona, jedną dłonią przeciera oczy, drugą bierze mnie za rękę. Prowadzę ją do pokoju i kładę w jednym z dwóch skrzypiących łóżek. Szybko zasypia. Ja sam leżę na drugim łóżku, obserwując podłużne zacieki w kącie sufitu. Któryś z poprzednich lokatorów ozdobił drewno okiennic dużym napisem o wiecznej miłości. Na pojedynczym stoliku dopala się świeca. Ściany zdobią dwie ręczne robótki. Prawdopodobnie miały przedstawiać kompozycje kwiatów. Zbrzydł mi zupełnie ich widok, podobnie jak wyczekiwanie na sen.

Arhi wciąż nie wraca, chociaż opuściła gospodę ponad dwie godziny temu. Zastanawiam się, czy jest na tyle głupia, by zaprzedać się Wyroczni. Zresztą sam Dego może współpracować z Pytią. Cały czas biorę to pod uwagę i zastanawiam się, na jakich zasadach mogliby zawrzeć układ. Może chodzi tylko o to, by zwabić mnie we właściwe miejsce w odpowiednim czasie, ale do tego Pytia nie musiała wyciągać mnie z więzienia za pośrednictwem sługi króla.

- Rhezus – szepcze Remen, która obudziła się jakiś czas temu i spogląda na mnie z drugiego łóżka niespokojnym wzrokiem. – Czy Arhi wróci?

- Oczywiście. Nie musisz się martwić. Śpij.

- A dlaczego ty nie śpisz? I czemu nawet nie zdejmujesz płaszcza ani butów? Nie odejdziesz, prawda?

- Mała, znajdujemy się wewnątrz gwarnej karczmy w największym z kupieckich miast, na ulicach roi się od strażników. Ten człowiek, którego się obawiasz, nie zaatakuje nas tutaj. Naprawdę możesz spać spokojnie i lepiej to zrób, bo cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną.

- Opowiesz mi bajkę?

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

- Na pewno masz jakieś ulubione bajki – ciągnie proszącym głosem. – Która jest twoja ulubiona? Moja o zaklętej studni. Znasz?

- Tak – przyznaję po chwili. – Opowiedział mi ją wuj.

- Ja też mam wujka i Lasair powiedział, że mnie do niego zabierze! – Ożywia się nieco. – On mieszka nad morzem, zobaczysz! Na piasku zawsze leży pełno muszelek! Opowiedz mi bajkę. Twoją ulubioną.

- Nie pamiętam już swoich ulubionych bajek – mówię, myśląc o Risie, przygotowującej zabawy dla wieśniaczych dzieci.

- Mój tata był starszy od ciebie, a pamiętał! Wymyśl jakąś. Jakąś, jakiej jeszcze nigdy nie słyszałam! Proszę – dodaje cichutko.

Dotykam pustej połowy łóżka. Linia białych pleców. Cienie, rzucane przez rzęsy na łagodną twarz. Włosy, rozsypane na poduszce. Szorstkie dłonie na mojej skórze. Usta w miejscach moich dawnych blizn. Sukienki, spadające na podłogę. Zmęczony uśmiech. Podkrążone oczy. Smutne oczy.

- W porządku – zgadzam się z westchnieniem. – Ale ani słowa Lasairowi.

- O czym będzie? – Remen aż siada na łóżku z ciekawości. – O wojowniku? Proszę, o wojowniku! I pięknym smoku!

- Może być nawet o jednym z karczemnych schodów, jeśli zamkniesz się wreszcie.

Milknie, patrzy na mnie z wyczekiwaniem. Mam ochotę bardziej kląć, niż snuć opowieści, ale ufny wzrok dziewczynki nie pozwala mi zignorować jej prośby. Zastanawiam się nad tym, jak słabi jesteśmy przez naszą czułość, miłość i przyjaźń. Pytia straciła wiernych i potężnych opiekunów na rzecz ukochanego człowieka, którego nie zdołała przywrócić z martwych. Erich został zakatowany z powodu dziewczyny, w której zakochał się jak ostatni głupiec, w jednej chwili i nieodwracalnie. A ja upokarzam się sam przed sobą, po trzystu lat wędrówek i mordów, wymyślając bajkę dla osieroconego dziecka, bo przywiązało się do mnie bezsensownie, bez zastrzeżeń. I pewnie dlatego Pytia mnie pokona. Bo kocham Agresję i nie chcę jej śmierci. Bo śmierć Risy wcale mnie nie wzmocniła, a tylko przypomniała, że żadne ukojenie nie trwa dłużej, niż mrugnięcie oka.

- Rhezus – szepcze Remen. – Bajka.

- Tak, bajka. O wojowniku i pięknym smoku? O dwóch wojownikach i pięknym smoku. Pierwszy był sławny, obdarzony przez bogów łaskami, o jakich inni mogli tylko marzyć. Namaszczony przez nieśmiertelnych, z którymi rozmawiał od najmłodszych lat. Godny spadkobierca rudowłosego boga, rozświetlającego latarnią mroki cienistych kątów wszelkich światów. Drugi nie był tak mężny, a swojej sławy nie zdobył sam, odziedziczył ją po przodkach. Sam nie osiągnął niczego, co przynosi chlubę. Towarzyszył mu mądry i potężny smok, cudowny pięknem niedostępnych obszarów ludzkich poszukiwań. Pewnego razu ten drugi wojownik i jego smok uciekali przed swymi wrogami. Gdy dotarli na rozstaje, mężczyzna uparł się, by wybrać drogę, której obawiał się smok. Ruszyli nią i wpadli w pułapkę. Zdołali się ocalić, ale podczas walki stracili się z oczu, rozdzielili się. Opuszczony przez towarzysza smok dotarł do posępnych lochów zasypanego miasta i zabłądził w ich mrocznych labiryntach. Zrozpaczony wojownik odnalazł następcę Agatona i błagał go, by pomógł mu uwolnić smoka. Tamten zlitował się i poszedł z wojownikiem, Bez strachu wkroczył w ciemność zapomnianych tuneli z zamiarem dopełnienia przysięgi, którą złożył przyjacielowi.

- Co dalej? – pyta z przejęciem Remen. – Odnalazł smoka?

- Tak – przyznaję z ponurym uśmiechem. – A wtedy wojownik, który prosił go o pomoc, zaatakował go znienacka i razem ze smokiem uwięzili go na zawsze w ciemnych tunelach.

- Zdradził go? – Dziecko spogląda na mnie z przestrachem.

- Tak.

- Został ukarany, prawda?

- Kara została wymierzona, ale bogowie się pomylili. Dziewięć głów złotego ptaka na ramieniu Gizarda zwróciło się ku zdradzieckiemu wojownikowi z radosnym trelem, a jednooka Loreth Reth zawiesiła zakrwawiony miecz nad głową więźnia. I został ukarany nie ten wojownik, który zawinił, ale jego wierny przyjaciel.

- Rhezus! – woła mała ze zgrozą. – Bogowie się nie mylą! Nie można tak mówić!!

- I zawsze kara spotyka tych, którzy zgrzeszyli?

- Tak. Bogowie są sprawiedliwi!

- Czy to sprawiedliwe, by dzieci cierpiały za przewinienia rodziców, obrzucane kamieniami win minionych pokoleń? By tych, którzy patrzą ze zgrozą na grzechy bliskich podeptano ze wzgardą, należną nieprawym, choć próbowali tylko powstrzymać ostateczne zło? Ale już zbyt późno, wszystko już się zaczęło, można tylko obserwować ciąg reakcji, których nie zatrzyma największa rozpacz, najgłośniejsze wycie, choćbyś próbował wszystkiego, chociaż nigdy wcześniej nie byłeś zabójcą. I czy to sprawiedliwe, że on, z którego winy oko brata patrzyło na mnie zza zielonego, falującego muru, którego nikt już nie wyburzy, stanie przed sądem z podniesioną głową, bo nie liczą się motywy, nie liczą się cięcia, które zadał, lecz tylko efekt, a ja uratowałem go, mordując przed zachodem słońca, dobijając jego ofiary? Czy to sprawiedliwe, bym musiał odkupywać grzechy, które zdjąłem z jego ramion, że chociaż chciałem tylko znów mieć rodzinę, wyprawiłem pogrzeb swojej rodzinie i chociaż nigdy wcześniej nie byłem mordercą, zacząłem jako ojcobójca, dzieciobójca? Czy trzywiekowa katorga, czy śmierć tych, których mimo przemijających lat nie potrafię opłakać, to właściwa kara za to, że się spóźniłem? Gdzie spojrzę, widzę cienie nie pomszczonych męczenników i marzę o chwili, by wreszcie kara została wymierzona, bo gdyby zbrodnia pociągała za sobą wyrok, a rzeź śmierć, byłbym najszczęśliwszym straceńcem. Ale nigdy nie sądziłem, że inne winy, jego winy mogą być zapomniane, że zbuduję dla niego most przez Jeziora, że Maximilian, który wcześniej nikogo nie uśmiercił, swój żywot niewolnika zakończy potępiony…

- Ukaraliście zbójców, którzy zabili moich rodziców – mówi Remen, nie rozumiejąc nic z moich słów.

- Tak. Ale kto ukaże nas?

W tym momencie wchodzi Arhi, wybawiając mnie od dalszej konwersacji z wystarczająco zdezorientowaną dziewczynką.

- Jeszcze nie śpisz? – pyta, patrząc na małą z sympatią.

- Rhezus opowiadał mi bajkę! Trochę dziwną – dodaje, marszcząc brwi, jakby próbowała przypomnieć sobie treść.

- Świetnie – mówi Arhi, najwyraźniej nieciekawa moich historii. – Teraz ja muszę opowiedzieć bajkę jemu. Idź spać, skarbie. Dziś bawią w świątyni Loreth Reth – szepcze do mnie. – Niewielka, z ciemnej cegły, we wschodniej części miasta.

- Nie wiedziałem, że poświęcono jej tutejszą świątynię.

- A znasz miasto, w którym nie oddaje się hołdu patronce sprawujących władzę? Nie sądzę, by udało ci się tam dostać, wszystkie wejścia obstawiła straż.

- Opiekuj się dzieckiem i nigdzie nie wychodź. Jeśli nie wrócę do rana, natychmiast opuśćcie to miejsce i kierujcie się według wcześniejszych ustaleń.

Kiwa głową bez przekonania, wciąż niezadowolona z mojej decyzji. Zostawiam ją, kładącą się przy dziewczynce, by utulić ją do snu i wychodzę w noc.

 

Ogromna na połowę bezgwiezdnego nieba biała tarcza oświetla wyraźnie każdy zakamarek miasta. Nigdy nie widziałem tak wielkiego księżyca.

Nigdy nie widziałem tak wielkiego księżyca, powiedziałem do Agresji, gdy ze szczytu Góry Głupców patrzyliśmy na rozciągającą się przed nami równinę, porosłą niską, wyschniętą trawą, na rozległą przestrzeń, która dzieliła nas od celu, od najbliższego domu, najbliższej kobiety, najbliższego posiłku i sądziłem, że nikt mnie nigdy nie zwycięży i nie złamie, że pokonam każdą przeszkodę, tak jak pokonam ten nieprzyjazny teren, uczepiony czarnej grzywy, wtórując śmiechem niecierpliwemu rżeniu demona, który też był niepokonany, nie do złamania.

Jaki piękny księżyc, powiedziała Risa na dzień przed swoją śmiercią i ledwie usłyszałem jej szept, bo stała tyłem do mnie, przy samym oknie, a ja patrzyłem na jej nagie ramiona i plecy, i czekałem na nią w zimnym łóżku, które miała ogrzać, spokojny, bo wiedziałem, co mam zrobić, by choć raz moje zdolności nie służyły śmierci.

Twoje piwne oczy, zmęczone oczy, twoje ciemne, hipnotyzujące ślepia, spojrzenia pełne pogardy i czułości, pobłażliwej kpiny, miękkiego smutku, rzadkiego dziecięcego entuzjazmu. Ciebie jedną obchodzą moje grzechy, mój sposobie na trudne odkupienie, mój zatroskany wyrzucie sumienia, ty masz w sobie wszystko, czym gardzę i co boję się podziwiać, ty jedna wymagasz ode mnie dla mnie. Ty jedna akceptujesz mnie mimo moich grzechów, moja mroczna przewodniczko, ty jedna znasz mnie i moje niekończące się noce milczenia i bólu (jestem tu przez ciebie, przypominasz mi o mojej hańbie). Ty jedna próbujesz mnie zbawić w krótkie doby bezsensownych nadziei i planów (jestem potępiony, nie musisz być potępiony), dni cudem odzyskanej równowagi, spokój sekundowej teraźniejszości, którą niszczy przeszłość, którą zniszczy przyszłość. Czarny demon mojej przeszłości i przyszłości, krucha poręczycielka mojego teraz, umarłaś, pokonali cię, depczą cię, umarłaś…

Dość. Nie pomszczę w ten sposób żadnej z nich. Nie pomszczę Ericha, jego siostry i uczniów ani tej idiotki Kaysy, która mimo wszystko nie zasłużyła na taki los – los duszy wypartej przez inną duszę. Nie pomogę Maximilianowi rozmyślając o dawnych klęskach.

Zagłębiam się w rozjaśnione księżycowym blaskiem uliczki handlowej stolicy, która zdaje się nigdy nie zasypiać. Okularnik powiedział mi kiedyś, że upiory uwielbiają tańczyć w takie noce, jak ta. Że zjawy pląsają na ulicach nawet największych miast, pod nosami kapłanów, na progach świątyń, pijane bladym światłem, sączącym się z nieba. Nie dostrzegam żadnych zjaw, za to gdy docieram na jeden z targowych placów widzę stada kupców wszelkiego rodzaju. Zachwalają swe towary przed licznymi nabywcami, zjeżdżającymi z całego kraju, by ujrzeć efekty pracy miejscowych mistrzów rzemiosła, podziwiać tutejsze tkaniny, broń, naszyjniki, drewniane wyroby, w tym słynne pięknie rzeźbione kufle do przeróżnych trunków. Zastępuje mi drogę połykacz ognia, z uśmiechem kotki ociera się o mnie ubrana w egzotyczny strój dziewczyna. Przecinam dzielnicę szewców i wreszcie odnajduję świątynię Loreth Reth, przybytek bogini wojny i krwawej kary, który przez najbliższe dni będzie miejscem zabawy dla kilkudziesięciu sług Agatona. Teren świątyni otacza niewysoki mur. Ogrody znajdują się po przeciwnej stronie głównego budynku, ale nawet tu słychać wesołe krzyki ucztujących.

Początkowo wydaje mi się, że mimo słów Arhi nikt nie pilnuje uchylonej bramy, ale zaraz za nią dostrzegam trzech strażników. Mężczyźni również mnie zauważają, a ponieważ zamiast odejść ruszam w ich stronę, wychodzą mi naprzeciw.

Do kogo przyszedłem? Kto zgodzi się ze mną porozmawiać? Kto zdoła mi pomóc? A najprościej – kogo imię jestem w stanie podać?

- Chcę się widzieć z Yaverem Klastym. Pięknorękim.

Pierwszy wybucha śmiechem, słysząc moje słowa. Drugi spogląda na mnie z politowaniem. Trzeci marszczy podejrzliwie brwi i mocniej ściska rękojeść miecza. Wszyscy mają na piersiach wyszyty symbol Loreth Reth – oko ze źrenicą, przeszytą pętlą z krótkiego rzemienia, na której wisi zakrwawiony kieł. Zawsze dziwiło mnie, że makabryczna postać bogini cieszy się niemalże czułym przywiązaniem ze strony wiernych. Cóż, może w podzięce za poczucie bezpieczeństwa, które im ofiaruje. Na pewno potęgi, bo nie wygląda na to, by strażnicy wpuścili mnie do miejsce jej kultu bez walki.

- Posłuchaj, przybłędo, to nie tawerna – odzywa się wreszcie ten trzeci. – Żaden szaleniec nie będzie obrażał naszej pani takim zachowaniem!

- Przekażcie mu, że przychodzę w sprawie Okularnika.

- Skoro nie ma cię w środku, to znaczy, że nie zostałeś zaproszony. To znaczy, że zebranych nie obchodzi twoje posłannictwo – tłumaczy mi pierwszy, ten, którego rozśmieszyłem swoją bezczelną prośbą. – Odejdź.

- Spierdalaj – precyzuje jego towarzysz, popychając mnie w kierunku, z którego przyszedłem.

- Jeśli mnie nie wpuścicie, zabiję się – oświadczam spokojnie, sięgając po nóż i przykładając go sobie do gardła.

- Śmiało, ułatwisz nam pracę! – woła wesoło bardziej elokwentny z moich rozmówców, a ten dotąd milczący zaczyna okrążać mnie z wypisanym na twarzy marzeniem, bym znalazł się zaraz u jego stóp, kuląc się i skamląc.

- Pospieszcie się – radzę, nacinając skórę, ciepłe krople krwi spływają po ostrzu na moje palce. – Nie wiecie, kim jestem. Może tkwi we mnie demon i potrzebuję pomocy, w przeciwnym razie rozszarpię na strzępy dziesiątki przechodniów? A może przynoszę wiadomość od któregoś z wielkich mistrzów i za opóźnienie jej przekazania polecą wasze głowy? Muszę zobaczyć się z Pięknorękim. Sprowadźcie go. Nie muszę was zabijać. Demon, który tkwi we mnie nie musi posilić się waszą krwią. Mistrzowie, którzy mnie wysłali, nie muszą żądać waszych głów. Wierzcie mi, wykazuję się właśnie o wiele większą cierpliwością, niż zwykle, ale jej pokłady wyczerpią się bardzo szybko.

- Pan Klasty nie przybył do miasta – oznajmia strażnik nagle bardzo poważnym głosem, starając się nie dać po sobie poznać, że moje zachowanie robi na nim wrażenie.

Dociera do mnie, że mężczyzna niekoniecznie kłamie. Odkąd widziałem Pięknorękiego po raz ostatni u stóp wulkanu w rodzinnym mieście Agatona minęło wiele lat, a jego profesja nie sprzyja długiemu żywotowi. A może żyje, ale jest zbyt stary i zmęczony, by zjawić się tutaj. Znalazłoby się jeszcze wiele argumentów wyjaśniających jego nieobecność, ale, na wszystkie demony, nie po to odstawiam to przedstawienie, by dać się tak łatwo zbyć. Prędzej Loreth Reth pojawi się przede mną i odrąbie mi głowę, niż odejdę stąd bez spotkania z potężnym egzorcystą.

- Jest tutaj! – warczę gniewnie. – Jeszcze minuta, a zabiję siebie albo was! Nie zmuszajcie mnie do tego.

- Jak śmiesz, skurwielu?! – ryczy najbardziej nerwowy, ale ten, który udaje opanowanego, chwyta go mocno za przegub.

- W jakiej sprawie przychodzisz? – pyta, a mięśnie twarzy drżą mu przy tym nieznacznie.

- W sprawie Okularnika.

- Zaczekaj tutaj. Zawiadomię kogo trzeba.

Czekam na jego powrót prawie pół godziny. Pozostali dwaj strażnicy przyglądają mi się z napięciem, ani nie chwilę nie poluzowując chwytu swojej broni. Wreszcie tamten wraca i przygląda mi się wyraźnie zmieszany.

- Pan Klasty oczekuje pana – mówi do mnie, wskazując drzwi, prowadzące do wnętrza świątyni.

Jego zdenerwowanie wynika pewnie z faktu, że początkowo źle ocenił sytuację i obraził ważnego gościa. Ale przecież istnieją inne prawdopodobne powody. Może Pięknoręki faktycznie nie żyje, a temu mężczyźnie przypadło w udziale wciągnięcie mnie w zasadzkę i na końcu korytarza stanę oko w oko z triumfującą Wyrocznią. Nie, po co suka miałaby fatygować się osobiście? Pewnie napadną mnie zbrojni, przybiją włóczniami do podłogi, jak wtedy.

- To tutaj – mówi strażnik, otwierając przede mną niewielkie, masywne drzwi. – Zaczekam i wyprowadzę pana.

- Znajdę drogę powrotną.

Wchodzę do dużego pomieszczenia bez okien, będącego chyba osobistą biblioteką któregoś z kapłanów. Drzwi zamykają się za mną cicho. Otaczają mnie sięgające pokrytego malowidłami sufitu regały z księgami i zwojami pergaminu. Na ogromnej ławie po przeciwnej stronie komnaty stoi lichtarz na dziesięć świec. Ich blask oświetla twarz człowieka, siedzącego za stołem i przyglądającego mi się w milczeniu. Tatuowane węże na jego twarzy wbrew legendom wydają się żywe w rozedrganym, pomarańczowym świetle. Splata ręce jak do modlitwy, zasłania nimi usta. To on? Zapamiętałem najwyraźniej jego długie, srebrne włosy. Teraz jest prawie zupełnie łysy, a wokół jego oczu rozkwitła gęsta sieć zmarszczek. Ma na sobie płaszcz z długimi rękawami i rękawice, nie widzę nawet skrawka skóry, nie mogę stwierdzić, czy pokrywają ją blizny.

- Kim jesteś? – pyta egzorcysta złowrogo.

- Spotkaliśmy się kiedyś. Towarzyszyłem Okularnikowi w podróży do Dari Dakte. W czasie, gdy twoja żona spodziewała się dziecka.

- Bzdura – stwierdza gniewnie. – Od tamtego dnia minęło… prawie dwadzieścia lat! Okularnik przybył tam z dorosłym mężczyzną, a nie wyrostkiem, którym musiałeś…

- Ty jesteś Yaver Klasty? – przerywam mu niecierpliwie. – Pokaż mi swoje ręce.

- Ręce? – Uśmiecha się drwiąco i zdejmuje rękawice, wyciąga do mnie dłonie zniekształcone od grubych, paskudnych blizn. – Czy to cię zadowala, oszuście?

- Nie próbuję cię oszukać. Przybyłem do Dari Dakte z Okularnikiem. Spotkaliśmy cię w gospodzie. Przyglądałem się waszej ceremonii niedaleko jaskini. Przypomnij sobie.

- Aż do dziś nie rozumiałem, czemu przyprowadził człowieka – mówi Klasty, przyglądając mi się ze wzgardą, marszczy nos, jakbym był zepsutym kawałkiem mięsa. – On zawsze podróżował sam, lekceważył towarzystwo ludzi. Na martwe węże Agatona, nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym! W Dakte nie zdołalibyśmy tego wyczuć, całe miasto przesiąkło wonią ich świata. Masz aurę splątaną jak ich żywiciele, ale nie ma w tobie żadnego z nich. Lepisz się od tego, jakby zanurzono cię w szlamie. Nieczysty, jakby ocierały się o ciebie tak długo, że na zawsze oznaczyły cię jak swoje terytorium. Rzygać mi się chce od bliskości tego ohydnego kokonu. On oczywiście musiał to poczuć. Musiał się tym zachwycić. Strażnik powiedział, że chcesz o nim rozmawiać. Chcesz rozmawiać o Okularniku?

- Tak – przyznaję i siadam naprzeciw niego, nieco rozczarowany sposobem, w jaki mówi o Maximilianie, bo ten niechętny ton może okazać się zapowiedzią, że przybyłem tu na próżno. – Chcę cię prosić o radę. Pewnie nie wiesz, że on…

- Czego nie wiem? – Śmieje się głośno i zaraźliwie, jak tego dnia, gdy ujrzałem go po raz pierwszy w tawernie w mieście narodzin Agatona, ale tym razem wesołości towarzyszy złowieszcze spojrzenie kata. – Nie jestem ślepy, Rhezusie! Tak się nazywasz, prawda? Nie jestem ślepy, poznałbym go wszędzie, chociaż kolor oczu mu się zmienił.

- Więc wiesz…?

- Wiem. – Uśmiech znika z jego twarzy, zastępuje go chłodna furia. – Wiem, co robi teraz. Wiem o mordach, których się dopuszcza. Służy tej wyklętej kobiecie, która już dawno przestała wierzyć w te wartości, którym oficjalnie hołduje. Zabija dla tej głupiej cipy!

- To nie on zabija! – zaprzeczam gwałtownie. – Nie ma na to wpływu!

- Oczywiście. Jak każdy opętany.

- Przyszedłem prosić cię o radę.

- Radę? Jaką radę?

- Jak można go uwolnić? Jesteście w stanie przeprowadzić egzorcyzmy? Tak, by uratować i jego, i demona?

- Czemu mielibyśmy ratować tego demona? – pyta z irytacją. – Tego potwora, mordującego przeciwników Wyroczni? Zbyt długo staliśmy z boku, uważając, że to nie nasza sprawa. Agaton to mądry pan, neutralny. Kazał wyłącznie pomagać, przyjaciołom i wrogom. Długo trzymaliśmy się tej zasady, ale teraz nie możemy pozostać bezczynni.

- Odprawicie egzorcyzmy? – upieram się, coraz bardziej nie podoba mi się ton jego głosu.

- Egzorcyzmy? – Jego głos ocieka pogardą. – Dlaczego mielibyśmy ryzykować? Maximilian był jednym z najlepszych… Kurwa, był najlepszy z nas! Najlepszy! I skończył jako lalka, marionetka w rękach szaleńców, kupa mięśni, opętana przez monstrum! Dlaczego mielibyśmy przywracać go do życia?! W jakim świetle stawia nas wszystkich?! Jak ludzie mają postrzegać egzorcystów, skoro najzdolniejsi z nich mogą stać się najgorszymi zbrodniarzami? Kto da nam przywileje, kto otworzy przed nami swoje drzwi?

- To dzięki niemu ocaliłeś ręce! – przypominam mu ze złością.

Czuję, jak moja aura gęstnieje. Może demonom udziela się moja furia. Pięknoręki siedzi naprzeciw mnie, przyglądając mi się z lekceważeniem, jakie wtajemniczony musi czuć do maluczkich, nieświadomych potęg, które on potrafi zmusić do posłuszeństwa. Oddziela nas jedynie metr wielkiej ławy. Mam wrażenie, że demony nie mieszczą się w tej komnacie, że się duszą. Może boją się tego człowieka o nieprzychylnym spojrzeniu i tatuażach Agatona, symbolizujących zwycięstwo nad ich ojczystym światem. Niezależnie od tego, czy niepokoją się, czy tylko niecierpliwią, wyczuwam ich ponaglający napór. Rzucają się raptownie, muskają moją skórę, szepczą bezgłośne słowa rozdrażnienia.

- Dzięki niemu, prawda?

- Tak, dzięki niemu – zgadza się Yaver Klasty z nieprzyjemnym śmiechem. – To była straszna walka. Skurwysyńsko potężny demon, ale pokonaliśmy go. Chciałem od razu zniszczyć potwora, ale Maximilian upierał się, że musimy ratować żywiciela, jakiegoś drobnego mieszczanina. Egzorcyzmy trwały wiele godzin, posoka sikała z uszu i oczu Okularnika, a on wciąż wył, że nie będziemy zabijać. Dopiero, gdy demon zaczął spopielać mi ręce, Okularnik zmiażdżył go jednym gestem. Jednym pierdolonym słowem! Mógł to zrobić od samego początku! Mógł to zrobić, stojąc w progu, nawet nie wchodząc do komnaty! Ale on wolał klęczeć we własnych rzygach, wolał czekać, aż demon poskręca mu nadgarstki i rozora twarz! Pieprzony masochista!

- Nie musiałeś go słuchać.

- Nie słuchałem. – Wbija wściekły wzrok we własne dłonie. – Od początku próbowałem zabić monstrum i tego słabeusza, który na zmianę łkał i klął, błagał nas, żebyśmy mu pomogli, że ma małe dzieci, że nie chce umierać, a zaraz potem charczał groźby językiem najgorszych odmętów nieczystych krain. Próbowałem, kurwa, w każdej minucie! Ale demon był zbyt potężny! Podpalił mi ręce, a wtedy Okularnik zamordował go w jednej sekundzie, opętane ciało upadło na podłogę. Po chwili mężczyzna zaczął łkać. Żył, rozumiesz?

Rozumiem. Demony syczą groźby i przekleństwa, ale skoro Pięknorękiego to nie martwi, mnie pewnie też nie powinno. Nie przedostaną się tutaj, póki im nie pozwolę. Egzorcysta nie zdoła ich skrzywdzić, póki nie otworzę dla nich drogi. Staram się ignorować otaczający mnie szum i wysłuchać dokładnie tego, co mówi Klasty.

- Okularnik powiedział mi przed walką: „Nie idź tam, Yaver” – wspomina Pięknoręki z coraz większą zaciekłością. – Nie wchodź tam, powiedział. Myślałem, że rozpierdolę go z tą jego troską o moje bezpieczeństwo, z jego pewnością siebie, z jego wszechmocą. Niektóre z pieprzonych bestii prosiły specjalnie o niego. Rozumiesz to? Żądały, by po niego posłać, warczały, że tylko jemu pozwolą się zbliżyć, tylko jego nie rozjebią na kawałki. Jakby był ich przyjacielem, pośrednikiem, negocjatorem. Pieprzony zdrajca rasy. Nie wszystkie stwory pojawiają się w naszym świecie z własnej woli, rozumiesz? Niektóre zwyczajnie gubią drogę, niektórych głupcy przyzywają sami. Zdezorientowane, kryją się w ludziach – najbardziej rozwiniętych żywych istotach, jakie spotkają. Są wtedy słabsze niż kiedykolwiek, przestraszone, spętane. Ozysh nigdy nie rozumiał, że to szansa, by zniszczyć jeszcze większą ich ilość.

W mojej głowie Agresja spotyka tego człowieka, potężnego i żądnego krwawych ofiar, i jestem przerażony tą wizją. Demony napierają na mnie i nie wiem, czy to ja zarażam je rosnącą nienawiścią, czy to one przelewają na mnie swoją wściekłość.

- Prosiły o niego, o Maximiliana Ozysha, o Okularnika, nie znając imienia żadnego z nas, nie poświęcając nam dłużej, niż kilka sekund rozmowy, nie wpuszczając nas nigdy na swoje terytorium! Czasem nie mówiliśmy mu o tym i gdy egzorcyzmy okazywały się nieskuteczne, usuwaliśmy zbyt słabego człowieka, a z nim potwora. Wielu z nas poświęciło życie dla sprawy, wielu bestie okaleczyły i doprowadziły do szaleństwa. Czasem, gdy opętany należał do wpływowej rodziny, byliśmy zmuszeni posłać po Maximiliana. – Milknie na chwilę, nie patrzy na mnie, zaciska zęby. – Po kilku minutach wychodził z komnaty, oznajmiając pogodnym tonem, że sprawa załatwiona. Sprawa, którą my z wielkim trudem próbowaliśmy rozwiązać od tygodni. Czasem pojawiał się w drzwiach zakrwawiony, słaniając się na nogach, czasem tylko się do nich doczołgał, ale zawsze żywy i zadowolony. Zachwycony. Nieprzemijająco zachwycony okrutnym światem bestii, które zamordowały tylu z nas. Sprzedałby nas wszystkich, by móc do nich dołączyć, zupełnie się z nimi zbratać. Był świrem, pierdolonym wrogiem naszego gatunku. Musiał tak skończyć. Musiał upaść, musiał wreszcie przegrać. Dostanie to, na co zasłużył.

- Był jednym z was. Tak jak wy wypełniał wolę Agatona. Nie krzywdził ludzi.

- Nie krzywdził ludzi? A to, że pozwalał bezpiecznie odejść ich koszmarom? My też najczęściej tak postępujemy, ale tylko dlatego, że nie możemy ich zniszczyć. Są zbyt potężne, łatwiej skłonić je lub zmusić, by odeszły, niż uczynić im jakąkolwiek szkodę. On potrafił. Czułem strach, nieudolnie maskowany hukiem, czułem niespokojne drżenie bestii, gdy się zjawiał. On mógł to zrobić. Mógł wygrywać dla ludzi kolejne bitwy z nieczystymi siłami. Mógł sprawić, że monstra bałyby się niepokoić dzieci, tłuc o skały ciałami młodych dziewcząt, mordować rękami bezbronnych, rozrywać na kawałki duchy niewinnych. Mógł to zrobić. Ale nie zrobił. Nigdy nie chciał tego zrobić.

- Pomóż mu!

- Nie. – W jego wzroku nie ma agresji sprzed chwili, tylko okrutny spokój. – Zhańbił swoją profesję. Okazał się słaby, nie zasługuje na szacunek ani na nasze wsparcie. Zrobimy wszystko, by zniszczyć jego ciało. Bez zbędnych rytuałów.

- Bez odpuszczenia win – szepczę gorzko.

- Bez rozróżnienia grzechów. Brutalnie i skutecznie. Niech pochłoną go pośmiertne muły i grzęzawiska!

Uderzenie silniejsze, niż wszystkie poprzednie. Szum huraganu, mrowienie w całym ciele. Zaciskam dłonie na oparciach krzesła, walcząc z zawrotami głowy i mdłościami. Przestańcie! Kurwa, uspokójcie się na chwilę! Rozumiem was. Czuję to, co wy. Ale niech nie myśli, że mnie przeraził czy zniechęcił. Nie dam mu satysfakcji, rzygając na stół czy mdlejąc jak panienka o słabych nerwach.

Powietrze rzadkie jak wcześniej. Cisza pozbawiona hałasu tajfunów przekleństw i gróźb. Moja skóra, wolna od naporu niewidzialnych ciał. Co się stało? Odeszły? Nie czułem się tak swobodny i lekki, odkąd odwiedziłem Błękitną Panią.

- Nigdy nie dorównasz Maximilianowi – mówię do Pięknorękiego, podnosząc się. – Nigdy nie starałeś się poznać i nie kochałeś żadnego demona.

- Wy, zboczeńcy, doskonale się rozumiecie. – Klasty uśmiecha się drwiąco, również wstaje i omija ławę. – Pierdolone dziwolągi, wzdychające do zjaw.

- Nie zbliżaj się – warczę ostrzegawczo.

- Uważasz mnie za bezwzględnego i mściwego. A jestem tylko normalnym człowiekiem. Normalny człowiek traktuje demona jak wroga. Normalny człowiek stara się obrócić go w niwecz!

Nie mogę zaprzeczyć jego jednemu słowu. Co nie znaczy, że się z nim zgadzam.

- Nie powstrzymasz nas – mówi. – Ukarzemy go i odeślemy z tego świata.

- Nie pozwolę wam zabić go bez rytuałów.

- Cholerne świry…

Ból wybucha we mnie. Promieniuje do każdego zakątka ciała. Uderzam o regały. Przytrzymuję się półki, by nie upaść. Nowy wybuch, rozrywający wnętrzności. Spadam na ziemię, pociągając za sobą mebel. Czołgam się wśród rozrzuconych ksiąg. Kolejne uderzenia bólu pozbawiają mnie tchu.

To trwa krótką chwilę. Zbyt krótką, biorąc pod uwagę zaskoczony wyraz twarzy Pięknorękiego. Podnoszę się na klęczki, głośno dysząc. Otula mnie miękka, granatowa mgła. Ciepły puch. Szepty bez dźwięku, wibrujące tuż przy moim uchu.

Pięknoręki wyciąga długi nóż i czyni w powietrzu znak Agatona. Oślinionym palcem dotyka tatuaży. Może to tylko moja wyobraźnia, ale języki wężów wydają się poruszać. Jest silny, wiem to. Szepczą mi o tym drgania powietrza, których czułości doświadczam po raz pierwszy i ostatni. Chce mnie zabić, bo przedstawiam sobą to, czego nienawidzi. Bo moją aurę plamią ślady wpływu niezrozumiałego. Lecz nie skrzywdzi mnie nie dlatego, że chroni mnie klątwa starożytnych demonów.

Pozostaję nieruchomy, zawieszony w oparach granatu, gdy Yaver Klasty klęka przy mnie. Z namaszczeniem unosi nóż. Patrzę spokojnie na pokryte symbolami ostrze. Czuję ponaglające muśnięcia.

Tak. Idźcie. Przepłyńcie przeze mnie, idźcie.

W jednej chwili komnatę ciasno wypełnia strach. I czułość, i furia, i tęsknota. Otulony puchem, nie słyszę wyraźnie wrzasków rozszarpywanego człowieka. Mlasku niewidzialnych paszczy. Chrobotu pazurów o posadzki. Odgłos rwanego na strzępy ciała to pieśń żałobna dla Maximiliana Ozysha. Podarunek od tych, których kochał nieustraszoną miłością odmieńca, a którego los został przesądzony.

Nóż, wypadający z oszpeconej ręki, rani mój policzek. Lepkie języki zlizują posokę z mojej twarzy, niewidoczne palce ścierają pozostałe krople. Wydaje mi się, że zapadła cisza, ale to nieprawda, zamykam więc oczy i dołączam do niemego zawodzenia. Nucę melodię pożegnania dla jednego egzorcysty, moknąc w rozchodzącej się po podłodze kałuży krwi drugiego.


koniec rozdziału I