Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
ks.3 - Rozdział I

Księga III

Rozdział I - PRZYSIĘGAM NA NATURĘ

 

- Przysięgnij na Naturę.

Budzę się gwałtownie, podrywam głowę. Ze skóry szyi tryska krew. Klnę i nieruchomieję, by nie powodować większej ilości ran. Chyba obudził mnie smród, przeraźliwy smród ekskrementów i wymiocin, których mimo moich bluźnierczych modłów nikt nie sprząta od wielu dni.

- I co teraz, bohaterze? – pytam sam siebie, bo nie ma nikogo innego, do kogo mógłbym i chciałbym się odezwać. – Gnijesz w stercie własnego gówna.

Przez okienko pod sufitem wpada snop światła, maluje jasny prostokąt na przeciwległej ścianie. Moje miejsce na ziemi. Chropowate więzienie bez tlenu, brzęczące łańcuchami, wypełnione moim własnym, pełnym obrzydzenia szlochem, gdy po raz kolejny umieram z głodu, gdy szarpię zębami żyły na rękach, byle tylko napić się czegokolwiek, choćby własnej, metalicznej krwi trupa, gdy drę ropiejące rany, gdy śpiewam i chichoczę, oszalały z samotności i niemocy, wyjący, by zagłuszyć dźwięk dzwonów. Nikt nie przychodzi, nikt mnie nie ucisza. Jak wysoko nad ziemią znajduje się cela? Dlaczego nie słyszy mnie nikt, dostrzegający to małe, zakratowane okno w grubym murze?

Zamykam oczy, opieram się plecami o ścianę. Marzę o tym, by zasnąć. Może wtedy wróci ten sen, zielony i pełen dźwięków.

Śniła mi się przysięga. Przysięga pierwotna i czysta, i przypomniała mi te dzikie miejsca, do których dotarliśmy z Agresją w czasach, gdy jeszcze nie szukałem śmierci. Te miejsca bez nazw, gęste od tajemnic, wibrujące śpiewem kolorowych ptaków i pomrukami bestii, gdzie wyspy mchów zapadały się miękko pod moimi butami, a zza odchylanych liści wylatywały stada różnobarwnych motyli. Gdzieś daleko zaczynała się burza, słyszałem gromy jak warczenie drapieżców i głos Agresja: „Nadchodzi, jak pięknie.” A potem przedarliśmy się przez zarośla do strumienia, płytkiego tak, że nie zakrył nawet jej kopyt i w przejrzystej wodzie widziałem migotanie łusek ryb i odbicie gasnącego słońca. Stałem na brzegu pod czujnym okiem niewidocznych zwierząt i słyszałem ich ciche pytania: „Kim jesteś?”, nigdy jeszcze nie widziały człowieka, chciały mnie zabić, chciały mnie powitać. Pochyliłem się, ryby nie uciekły, nabrałem ich pełne garście razem z wodą, której krople porwał nagły wiatr. Krople rozprysły na zielonej powierzchni liści, płosząc ukryte ptaki, całe ich stada zerwały się do lotu, a szum setek skrzydeł zagłuszył zbliżające się grzmoty.

Agresja przychodzi czasem. Pojawia się pod przeciwległą ścianą. Składa na brudnych, śmierdzących kamieniach swój piękny łeb. Warkocze jej grzywy nasiąkają szczynami i wbija we mnie wzrok szklanych oczu. Czasem jest pomarańczowa i płynna jak przez krótką chwilę ostatniego dnia swojego istnienia. Zawsze tak samo milcząca i ulepiona z żalu.

- O czym marzysz? – pyta cicho głosem, który usłyszałem, gdy Okularnik oddał jej ciało. – O czym marzysz, Rhe?

- Żebyś żyła – jęczę.

Powtarzające się pytanie, na które zawsze odpowiadam tak samo.

Zbyt rzadko zdarzają się błogosławione godziny wygasłych zmysłów. Już częściej te, gdy jestem zupełnie otępiały. Nie obchodzą mnie wtedy odparzenia na udach, smród ani głód, wypalający wnętrzności. Czasem wierzę z nadzieją błazna, że Yala Ye w końcu po mnie przyjdzie. Że nie obudzę się któregoś dnia i to będzie najpiękniejszy dzień w historii mojego żywota. Ale ten dzień nie nadchodzi. Przewodnik zapomniał o mnie, wyschły dla mnie Ostatnie Jeziora, w odróżnieniu od rozlewających się na podłodze plam, sięgających moich ust w chwilach, gdy nie mam siły podnieść ciężkiej od skołtunionych włosów głowy. Gdyby Pytia miała poczucie humoru, postawiłaby przede mną lustro, żebym mógł patrzeć na swoje powolne, stukrotne konanie bez śmierci. Lecz i bez tego czuję, ze stałem się cienki, przezroczysty, kruchy, lepki, obrzydliwy. I nawet ten świat po drugiej stronie muru nie wydaje mi się wiele bardziej kuszący, skoro nie ma na nim nikogo, kto uczyniłby radzenie sobie z kolejnymi nieuchronnie nadchodzącymi dniami nieco łatwiejszym.

Coraz częściej odwiedzają mnie zmarli. Nie sądziłem, że zachowałem w pamięci ich twarze, ale może wystarczy, że oni zachowali w pamięci moją, by znaleźć powrotną drogę do tego kurewskiego świata. Zmarli patrzą na mnie z ciemnych kątów i staram się nie liczyć par ich oczu, nie przypominać sobie, jak wielu ich było, jak wielu wysłałem osobiście do mojej upragnionej krainy. Nic nie mówią, przyglądają mi się tylko z zaciekawieniem albo z satysfakcją, albo cierpieniem, lecz nawet ono nie ma w sobie grama współczucia, jest tylko cieniem dawnego bólu, który im zadałem. W takich chwilach trudno mi użalać się nad sobą i wymyślać argumenty, które przekonałyby mnie o niesprawiedliwości losu rozkładającego się więźnia. W takich chwilach słyszę swój własny szept: tylko to potrafisz, tylko na to zasługujesz, żałosna padlino.

Tylko na to zasługujesz, wyczytuję we wszystkich twarzach. Tylko na to, mówią mi czarne, szklane ślepia mojej podeptanej miłości.

 

- Jedz.

Z trudem go rozpoznaję. Nie przychodził od tak dawna. Marszczy nos, gdy przekracza próg celi. Bardzo uważa, by nie ubrudzić szaty, ale to przecież niemożliwe. Domyślam się, czemu od czasu zakończenia tortur i eksperymentów nie wpuszczają tu nikogo innego, by choćby posprzątał. To Okularnik był specjalistą od podobnych spraw, ale nawet ja rozumiem, że znaki, które wymalowano później na drzwiach i ścianach, chronią mnie skutecznie przed niezapowiedzianą wizytą. Najwyraźniej tylko ten jeden kapłan może przebywać w celi bez groźby rozczłonkowania przez ochronne klątwy. Pytia, strażnik i ja.

- Spróbuj – powiedziała ona słodkim głosem, który z biegiem czasu przestał choćby przypominać głos tej idiotki, Kaysy. – Możesz przejść przez te drzwi. Sforsuj je, Rhezus. Jak za dawnych, dobrych czasów, gdy nazywano cię niepokonanym. Wyjdź przez nie, na co czekasz? Za nimi pachnie trawa, chociaż w miejscu takim jak to trudno uwierzyć, że jeszcze pachnie.

Leżałem skulony u jej stóp, ledwo rozumiejąc, co mówi. W kałuży krwi z pociętych rąk utonęły chwilę wcześniej wypadające z ust zęby. Próbowałem nie poruszać zmiażdżonymi palcami, zapomnieć o poparzeniach, o wciąż nie do końca zasklepionej czaszce. Chciałem w jakiś cudowny sposób unieść się i zogniskować wzrok jedynego całego oka na tej suce, by w patetycznym geście nienaruszonej odwagi napluć na nią, ale nie byłem w stanie.

- Chodź, Rhezus – powiedziała miękko. – Wyjdźmy stąd wreszcie. Wyjdźmy na trawę. Na słońce.

Wyjdźmy, powtarzała, patrząc na zwęglone kikuty moich nóg.

To było niedługo przed tym, jak zdecydowałem się wyjawić jej prawdę. Odbywała wtedy jakąś daleką pielgrzymkę, ale kiedy mój opiekun przekazał jej wiadomość, przybyła niezwłocznie. Nie potrafiła ukryć podniecenia, wpadła do celi, nie przebrawszy nawet jeździeckich butów. Teraz, gdy miała zdrowe ciało Kaysy mogła zażywać przyjemności konnej przejażdżki, nie musiała już podróżować zakopana w stercie poduch. Gdy weszła zastanawiałem się ile czasu minęło od tamtej nocy, gdy wszystko poszło jak trzeba, a potem wszystko poszło nie tak. Chciałem zapytać ją, ile to już lat, jednak nie miałem okazji, za szybko później wyszła. Przykucnęła obok mnie, nie zważając na brud. Uśmiechnęła się radośnie, jakby odwiedzała przyjaciela.

- Wspaniale, Rhezus! – wykrzyknęła, ożywiona. – Wiedziałam, że kiedyś wreszcie wyznasz mi, co cię tu przywiodło. A później wyjdziemy stąd razem, prawda? Pójdziesz, dokąd zechcesz.

To, co mówiła, napełniało mnie pogardą. Jak mogła sądzić, że uwierzę w podobne obietnice? Czemu nie powiedziała wprost, że dowie się czego chce, potem wyjdzie i zamknie drzwi, a ja, jej trofeum, zostanę tu gdzie jestem i gdzie powinienem być? Patrzyła na mnie wyczekująco i ufnie, aż chciało mi się śmiać.

- Chcesz mi wszystko opowiedzieć? – zapytała, gdy długo się nie odzywałem.

- Chcę powiedzieć ci prawdę – przyznałem i zdziwił mnie dźwięk własnego głosu, gdy nie miałem okazji porównywać go z głosem żywego rozmówcy nie wydawał się tak chropowaty i charczący.

- Mów. – Jej oczy błyszczały, sterczące sutki napięły materiał cienkiej koszuli

- Jesteś największą kurwą, jaką spotkałem. Naprawdę popierdoloną wariatką.

Od tamtej pory nie zjawiła się więcej. Od tamtego dnia ani raz mnie już nie nakarmiono. Straciłem na dobre rachubę czasu, umierając nieustannie, skręcony i wyjący z głodu, czasem zupełnie spokojny, jakby szaleństwo moich wnętrzności nie dotyczyło mnie, jakbym to nie ja szlochał, starając się przypomnieć sobie posiłki, jakie jadałem podczas naszych podróży z Agresją, czyste źródła, z których piłem. W tych dawnych czasach, gdy długowieczność fascynowała mnie jeszcze, myślałem, że dzięki niej żadne drobiazgi nie mają znaczenia. Teraz wiem, że jest inaczej, zupełnie na odwrót – drobiazgi rozrastają się do rozmiarów wielkich murów, których nie sposób sforsować.

Nie wierzę, że stoi przede mną ten człowiek i zapach zupy naprawdę przebija się przez opary smrodu. Przyszedł, bo najwyraźniej umysł znów dręczy mnie widokiem jedzenia.

- Jedz – powtarza mój opiekun, kapłan, nie ma na oko więcej, niż trzydzieści lat. – Musisz odzyskać siły.

Podsuwa mi miskę czubkiem buta. Patrzę na niego obojętnie, zupełnie nie obchodzą mnie jego słowa i nie mam pojęcia, po co miałbym odzyskiwać siły. Jeszcze przez chwilę przygląda mi się niechętnie, później wychodzi, zamykając za sobą niskie, grube drzwi.

Zupa zostaje. Zanim biorę pod uwagę, że może nie być moim wymysłem, mija wiele czasu. Zanim wysiłkiem, o jaki się nie podejrzewałem, z wyciem podnoszę się nieco, rozrzucając dookoła strumyki krwi z pękającej skóry i przysuwam do miski, zapada zmrok. Prawie rozlewam zawartość, sięgając do niej ustami, ale wreszcie udaje mi się i krztuszę się gwałtownie. Na wszystkie demony, prawdziwy pokarm! Wypijam wszystko najszybciej jak mogę, sporo rozlewając.

Całą noc wyję, nie mogąc zwalczyć bólu i strachu przed nadciągającym szaleństwem. Zupełnie, jakbym nigdy wcześniej nie czuł głodu, dopiero teraz, gdy kilka kropel cienkiej zupy przypomniało mi, że istnieje inny rodzaj bytu, że istniał czas, gdy piłem i jadłem, kiedy chciałem. Zagłuszam wrzaskiem bicie dzwonów i nigdy nie zrozumiem, jak całe miasto może mnie nie słyszeć. Jak bogowie mogą zapomnieć o mnie, chociaż niektórzy z nich są ponoć miłosierni, litościwi? Jak mogą nie słyszeć mnie, gdy umieram znowu, a może tylko zasypiam, zasypiam i umieram?

 

Jednak cuda się zdarzają. Opiekun w ciemnych szatach kapłana przynosi mi dwa posiłki w ciągu każdego z kolejnych dziesięciu dni. Teraz już mogę liczyć doby, odmierzane talerzami i miskami. Mężczyzna za każdym razem przygląda mi się z surowym zainteresowaniem. Pewnego dnia przyniósł wiadro wody i wylał na mnie zawartość. Oczywiście, to nic nie zmieniło, nie śmierdzę ani trochę mniej, ale nie mogłem powstrzymać uczucia wzruszenia i nienawiści, gdy chłodne strumienie spłynęły po ciele i zapaliły wszystkie otarcia. Wielkimi nożycami przyciął mi włosy i brodę, wyciągając rękę, by nie zbliżać się do mnie bardziej, niż to konieczne. Głupiec, co mogę mu zrobić w takiej sytuacji? Nawet bez kajdan nie zdołałbym doczołgać się do niego, co dopiero skrzywdzić.

Pomyślałem, że może zjawi się Pytia i strażnik podtrzymuje mnie przy życiu, bym mógł sensownie odpowiadać na jej pytania. Okazało się jednak, że Wyrocznia wcale nie planuje odwiedzenia Dax Dareth w ciągu najbliższych miesięcy.

- Możesz już chodzić? – zapytał kapłan dziś rano. – Możesz chodzić? – powtórzył, marszcząc gniewnie brwi.

Nie spojrzałem na niego nawet. Wreszcie wyszedł, a ja spróbowałem sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Udało mi się podnieść jedynie do klęczek, lecz to i tak wielkie osiągnięcie. Kolejne godziny spędziłem na próbach postawienia kilku kroków. Kapłan zobaczył moje wysiłki, gdy przyniósł następną porcję zupy. Położył miskę na ziemi i wyszedł szybko, bez słowa.

Z męczącej drzemki budzi mnie skrzypienie otwieranych drzwi. Pochodnia oświetla twarz strażnika. O co tu chodzi? Jest noc, to nie czas na posiłek, nigdy nie przyszedł do mnie o tej porze. Wiesza pochodnię na ścianie i przygląda mi się badawczo. Nabiera powietrza, jakby miał zamiar zacząć długie kazanie, ale rezygnuje i mówi wprost.

- Mogę cię stąd wyprowadzić.

Nie wierzę mu. Nie robią na mnie wrażenia podobne słowa, nie wytrącą mnie z równowagi.

- Jakoś nie wpadłeś na to wcześniej – nie mogę powstrzymać się od komentarza.

- To bardzo ryzykowne przedsięwzięcie – szepcze mężczyzna, na demony złej śmierci, chyba nałykał się pigułek Pytii. – Musisz zapewnić mi coś, co mnie zabezpieczy.

- A co ja ci mogę dać, głupcze? – Nie mogę stłumić drwiącego parsknięcia, po ostatnich dniach urodzaju humor nieco mi się poprawił. – Możemy zamienić się miejscami, chcesz?

- Powiesz mi, jak być nieśmiertelnym – odpowiada poważnie, zniecierpliwiony. – To zabezpieczy mnie przed zemstą świątyni.

A mnie zabezpieczyło? Ten człowiek naprawdę postradał zmysły, ale wygląda na to, że mówi całkiem poważnie. Sprytne, Pytia próbuje nowych sposobów, by skłonić mnie do wyznań. Pewnie sądzi, że zupełnie straciłem rozum i w pewnym stopniu ma rację, ale nie widzę powodu, żeby byle łachmycie wyjawiać to, czego nie wyciągnęła ode mnie latami tortur. Cierpiałem. Cierpiałem i cierpię każdego dnia, nieważne, jak żałośnie to brzmi, jak łzawo i śmiesznie, lecz to jedyna czysta prawda, jaka tu istnieje, w tym miejscu bez echa, malowanym gorzkimi farbami moich nocnych jęków, żółcią wymiocin, rykami szaleńca, krótkimi snami z dawnych lat, które przeklinałem, rozedrgany, błagający o śmierć każdą z potężnych, wiecznie milczących sił. Wszyscy, których zabiłem, przychodzili do mnie po kolei, szczęśliwi. Tylko ona jedna była smutna. Patrzyła na mnie z tęsknotą i żalem. Słyszałem w głębi umysłu jej cichy, przyzywający głos.

Nie istnieję, Rhezusie. Nie istnieję. Zniszczyłeś mnie. Unicestwiłeś.

Nie ja, chcę jej zawsze odpowiedzieć, chowając się za plecami tej dziwki, lecz ostatecznie nigdy nie mam odwagi zaprzeczyć, bo wiem, że moja piękna ma rację. Unicestwiłem ją i nie ma sposobu, by udało nam się spotkać w jakikolwiek sposób. Przepowiedział to Maximilian i w tych sprawach wierzę mu jak nikomu, chociaż chętnie rozszarpałbym go za tę wróżbę.

Dlaczego mam powiedzieć kapłanowi, jak być nieśmiertelnym, jemu i jego pani, do której pobiegnie po nagrodę? Dlaczego mam mu nie powiedzieć, skoro nie istnieje nic, co chcę i mogę ochronić?

- To miejsce odbiera ochotę do rozmowy – mruczę wreszcie.

Pewnie mój głos już zawsze będzie brzmiał jak chrobot drapiących drewno paznokci. Wspomnienie Agresji zmęczyło mnie, nie mam już nawet siły odprawić strażnika tak, jakbym chciał, wśród fanfar przekleństw, trąb wyzwisk.

- Nie tutaj – zgadza się mój opiekun, chyba nie rozumiejąc, co miałem na myśli. – Dopiero, gdy opuścimy teren świątyni.

- Jak to, opuścimy? – Nie wierzę mu, ale ciekawi mnie, co wymyśli, nie wygląda na takiego wariata, jakim się okazuje.

- Powiesz mi wszystko za miastem, na skraju lasu – oznajmia spokojnie, niezrażony moim drwiącym tonem. – Przygotuję ci wierzchowca, będziesz mógł udać się, dokąd chcesz. Wyrocznia nie zjawi się tutaj w najbliższym czasie, zanim ktoś odkryje twoją nieobecność miną miesiące, może lata.

- O co ci chodzi? – pytam, ta rozmowa zaczyna mnie drażnić.

- Zdradź mi swoją tajemnicę. – Jego oczy mają ten sam niezdrowy blask, który widywałem u wyznawców różnych wierzeń, u podpalaczy i morderców z ideą, u nielicznych geniuszy. – Pomogę ci się stąd wydostać. Przysięgnij, że opowiesz mi swą historię, zdradzisz, w jaki sposób zdobyłeś swoją nadzwyczajną zdolność przetrwania, gdy tylko opuścimy mury miasta.

- Wystarczy, że przysięgnę? – pytam z niedowierzaniem.

Nie może być aż tak głupi. Pachnie podstępem nawet w tym gównie. Pytia okazuje się bardzo zdesperowana, skoro posuwa się do tak żenujących sztuczek. Może umiera? Bogowie, niech tak wygląda prawda.

- Jesteś w jednym z najstarszych błogosławionych miejsc w kraju. W świątyni o wyjątkowej mocy. Czternastu wskazało plac pod budowę i wylało łzy, wsiąkające w ziemię, aż do jej jądra – mówi z powagą i nie rozumiem, czemu sądzi, że może mnie to interesować. – Tutaj cuda mają prawo się wydarzać. Tu przysięga nabierze odpowiedniej mocy. Przysięgnij na Naturę.

Przysięgnij na Naturę. Chyba naprawdę nie ma go tutaj i wymyśliłem sobie to rozwiązanie z baśni dla naiwnych dziewczątek. Wykształcony kapłan, zaufany Wyroczni, bo inny nie zostałby moim strażnikiem, z jakichś powodów decyduje się na najdziwniejszą formę samobójstwa w dziejach, bo chyba nie myśli, że jeśli faktycznie pozna mój sekret, Pytia pozostawi świadka przy życiu. Czuję prawie litość, gdy uświadamiam sobie stopień jego szaleństwa.

Załóżmy, że wyjdę. Wyjdę, na ułamek sekundy zobaczę trawę, fontanny na tylnym dziedzińcu, ścieżkę na skróty, którą kiedyś poprowadziła mnie Ruth z policzkami, nakrapianymi farbą. Sekunda barw, nim znowu pochwycą mnie i skatują, podepczą z szyderstwem wszystkie moje znienawidzone tęsknoty, do których nie przyznam się przed sobą, bo zwariuję doszczętnie, a nie mogę w obłędzie wyznać tej kurwie, jak mogłaby przedłużyć swoje panowanie. Zgodzić się, żeby dostać dwie krople krwi, jak Lasair przykuty do ściany? Już nigdy nie zapomnieć widoku poranka czy nieskończonego, rozgwieżdżonego nieba, umierać w jeszcze większej rozpaczy? Nie pozwolę z siebie kpić, a przecież zdaję sobie doskonale sprawę, że o własnych siłach nie utrzymam się na nogach nawet przez kwadrans.

Patrzę na strażnika i mam ochotę wbić mu jego słowa do gardła razem z zębami. Ostudza mnie nieco jego wzrok, wciąż zapalone iskry, wiara, ekscytacja, wyczekiwanie.

Rozgwieżdżone, nieskończone niebo. Wieże i kopuły świątyni, szerokie schody, miejsce pracy Ruth. Kocie łby, na których stukały podkowy Agresji i mur, gdzie zawieszono szczątki Ericha. Morze z mnóstwem żagli, lasy, szumiące słodką samotnością podróży. Twarze ludzi, którzy nigdy nie będą wiedzieć, co mnie spotkało, którzy nigdy nie spojrzą na mnie z przejęciem.

Choćby na sekundę, bogowie, a potem wieczne szaleństwo.

- Przysięgnij na Naturę – powtarza cicho, ale z mocą, młody kapłan.

- Przysięgam.

Nie czuję niczego. Jakby nic nie zdołało przebudzić z wiekowego snu tych murów, które kiedyś, dawno temu, odwiedzały łagodne kroki uśmiechniętych bóstw.

 

Kapłan naprawdę zamierza to zrobić. Zastanawiam się, ilu ludzi Wyroczni będzie czekało u celu naszej krótkiej wycieczki, by mnie schwytać. Jeśli więcej niż jeden, bardzo mi pochlebią. Cały poranek spędziłem na wędrówce po mojej celi, trzy kroki, zwrot, trzy kroki i tak w nieskończoność, aż regularny plusk moich stóp w kałużach stał się czymś na kształt melodii, którą bezwiednie zacząłem nucić. Mimo wszystko nie mogę zapanować nad wściekłością i podnieceniem. Czuję wielki gniew z powodu własnej idiotycznej nadziei, niezmiennej naiwności. Ale tak mocno chciałbym stąd uciec. Zakpić skutecznym samobójstwem z tej suki, morderczyni Ericha, morderczyni Okularnika, który nigdy mnie nie zawiódł, morderczyni Agresji.

Przyjaciel, który podarował mi nazwisko Rabalder, spojrzał na mnie kiedyś uważnie i zadał pytanie, jakiego spodziewałem się od bardzo dawna.

- Po co chcesz to zrobić? Dlaczego próbujesz umrzeć? Nie, Rhezus, to nie ma sensu, planujesz to jak jakąś świętą misję, ale spójrz na siebie! Przecież nie potrafisz uwolnić się spod wpływu świata.

Co miałem mu powiedzieć? Że wkrótce zniknie, a ja pójdę dalej? Że każdy kolejny człowiek skończy tak samo, tylko nie ja? Że już nigdy nie zwiążę się z żadną kobietą, nigdy nie założę rodziny, nigdy nie mogłem nawet spłodzić dziecka? Jaki sens ma moje życie? Nie znajdę ukojenia w pomaganiu obcym, nie mam zamiaru go tam szukać. Nie napiszę ksiąg, bo nie chcę, by mnie pamiętano. Nie poświęcę się żadnej wzniosłej idei, gardzę wyższymi celami. Może z upływem czasu zwariuję doszczętnie i spróbuję zdobyć wielką władzę, aby ukarać ludzkość za własną gorycz. Może właśnie tak zrobię, będę palił i grabił, mordował niewinnych i nie miał z tego radości. Wystarczająco dużo istnień ciąży mi na sumieniu, czy nie lepiej wcześniej zasnąć? Nie lepiej zwolnić Agresję z obowiązku przebywania u mego boku, nie lepiej uciec od upokorzenia rozczarowanych twarzy kobiet, od wyciągniętych rąk przyjaciół, których pogrzebię, ale nie zapomnę?

I to uczucie, o którym nie powiedziałem nikomu. Uczucie, że rozsypuję się, że jestem zupełnie zużyty. Świadomość postępującego rozkładu.

Nie mam już siły ciągnąć tego głupiego monologu. Boli mnie całe ciało, zmęczone niecodziennym wysiłkiem spaceru po klatce. Minuty ciągną się w nieskończoność, a z każdą kolejną nabieram pewności, że nic niezwykłego się nie wydarzy.

A jednak kapłan przychodzi po zmierzchu, tak jak obiecał. Przygląda mi się niepewnie, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że by wykonać swój zamiar musi zdjąć mi kajdany.

- Po co miałbym cię skrzywdzić? – pytam z zainteresowaniem. – Przecież masz mnie uwolnić.

Nie dziwię się, że patrząc na to, co się ze mną stało przez ostatnie lata, może wątpić w skuteczność mojego logicznego rozumowania. Mam ochotę się roześmiać, ale nie chcę go spłoszyć.

Rozkuwa mnie powoli jakimś narzędziem, które nie całkiem pasuje do zamków. Czekam z zadziwiającą cierpliwością, aż skończy. Wreszcie łańcuchy opadają. Ze zdziwieniem patrzę na cierniowe tatuaże, z trudem rozpoznając je pod warstwą brudu i strupów.

Strażnik przyniósł dla mnie burą szatę z kapturem, coś pośredniego między ubiorem kapłanów, a podróżnym płaszczem. Pomaga mi założyć ten dziwny twór pozbawionych gustu krawców, samemu zajęłoby mi to całą wieczność. W zasadzie nie powinienem wybrzydzać co do ubrania, bo moje dawno stało się jednym zatęchłą szmatą. Płaszcz skutecznie maskuje mój opłakany stan, a kaptur kryje twarz. Zresztą, kto rozpoznałby mnie teraz, kto z tutejszych pamięta o mnie jeszcze? Zakładam buty na odarte kajdanami nogi. To prawdziwa męka, ale z rodzaju tych, które sprawiają radość, bo buty to szerokie szlaki, zarośnięte ścieżki, huczące uliczki, wędrówka. Kapłan przygląda mi się niespokojnie, nie pogania mnie, lecz rozumiem, że się niecierpliwi. Gdy jestem gotowy, każe mi schować dłonie w szerokich rękawach i otwiera skrzypiące drzwi.

- Nie odzywaj się od tej pory ani słowem – mówi surowo. – Ani słowem. Jeśli zajdzie potrzeba, wytłumaczę twoje milczenie. Konie czekają za murami miasta. Dojdziesz?

Kiwam głową, udając przed nim i przed sobą pewnego siebie. Zresztą, po co ta szopka? Pachołki Pytii i tak mnie schwytają, niewielka różnica, przed murem czy za nim. Ale chcę zobaczyć jak największy kawałek miasta i nieba.

Może lepiej byłoby zabić mojego opiekuna od razu? Ciało zostawiłbym w celi, a sam zbiegłbym i…

- Pamiętaj, przysiągłeś na Naturę – dodaje, próbując ostrością głosu pokryć zdenerwowanie.

Nie, to zły pomysł. Nie znam drogi, strażnicy mogą schwytać mnie za najbliższym zakrętem i wątpię, czy zdołałbym się obronić. Niech lepiej będzie tak, jak chce ten człowiek. Wyjdźmy ze świątyni w kierunku murów, a wtedy postanowię co dalej.

- Pamiętam – odpowiadam krótko. – Ruszajmy.

 

Kto nigdy nie widział nieba po latach mrocznego zapomnienia, ten nie zrozumie. Nie, to, co oglądałem w niewoli nie było niebem, tylko marną imitacją, wklejoną w ramy małego otworu w murze. Niebo to przestrzeń zbyt wielka, by mogła kojarzyć się z więzieniem, dopiero teraz je widzę, nieskończone, rozciągnięte we wszystkich możliwych kierunkach, dźgane wieżyczkami kamienic, przeklętymi dzwonnicami świątyń. To niebo ozdabiają pojedyncze czarne chmury, blada plama księżyca, dziesiątki konstelacji, których nazwy nigdy mnie nie interesowały. To przecudne niebo, niebo rozświetlone moim niebezpiecznym wzruszeniem.

- Uspokój się – syczy w moją stronę kapłan. – Na bogów, nie zataczaj się tak!

Na chwilę straciłem panowanie nad sobą, a przecież minęliśmy dopiero wewnętrzny dziedziniec i dwie następne uliczki. Wygląda na to, że stałem się ostatecznie sentymentalnym idiotą, gdy zabrakło Agresji, prychającej pogardliwie na moje podobne nastroje. Odsuwam od siebie bolesną myśl o jej śmierci, by móc nacieszyć się krótką chwilą wolności. Poznaję niewielki plac przy bocznym wejściu do świątyni. Widzę drzwi z okienkiem, do których biegła zapłakana Kaysa, by otworzyć nam drogę do katakumb. Jak dużo czasu minęło, że wymieniono te drzwi, wybudowano nowe fontanny, a najwyższe gałęzie smukłych brzóz, świętych drzew boga Ksave, których nie było tu ostatnim razem, wznoszą się sporo nad moją głową? Zupełnie tak, jakbym zupełnie obcą ścieżką kroczył przez obcy plac. Wciąż tak się dzieje, wszystko przekształca się, zmienia, tylko ja się nie zmieniam i w końcu zawszę wracam w miejsca poprzednich podróży zdziwiony i smutny.

- Rusz się! – warczy mój przewodnik.

Na szczęście nie przyspiesza, bo ledwo za nim nadążam. Rozglądam się ukradkiem, zastanawiając, z której strony wypadną uzbrojeni ludzie, gdy zdradzę wybawcy tajemnicę nieśmiertelności. Ale inne sprawy szybko biorą w posiadanie moje myśli.

Miasto w nocy jest magiczne. Na wszystkie demony, naprawdę magiczne, pełne tęczowych błysków, szeptów umarłych i rozedrganych cieni, albo zupę, którą napoił mnie opiekun doprawiono prochami. Kapłan chwyta mnie za ramię niecierpliwym gestem. Przemierzamy dzielnicę, kierując się ku najbliższej bramie. Nikt nas nie zatrzymuje, nikt nie patrzy na nas z większym zaciekawieniem. Strażnik pilnujący wrót nie legitymuje podróżnych, zerka na nas sennie, odpowiada krótkim skinieniem głowy na pobożne pozdrowienie mojego towarzysza.

Kolejny raz uciekam z Dax Dareth w lasy, które ciągną się aż do świętych rzek R Amata na południu. Niewielka pochodnia kapłana rzuca blady blask na wąską ścieżkę. Słyszę rżenie i dopiero teraz dociera do mnie, że to faktycznie się dzieje. To nie jeden z moich stanów na pograniczu jawy i śmierci, gdy wyobraźnia podsuwa mi wspaniałe, nierealne obrazy. Nie wędruję z Agresją wśród dzikich pól, nie ma tu mojej słodkiej, tylko ten człowiek, brnący przez najprawdziwsze zarośla w stronę prawdziwych ukrytych wierzchowców.

A jeśli to naprawdę się dzieje, może tylko ode mnie zależy, czy będzie jedynie chwilową torturą?

Sztylet nosi przy pasie, z prawej strony, ukryty pod wierzchnią warstwą szaty. Zapomniał o tych chwilach, gdy wrzucał mi do celi puste miski, głuchy na moje wycie, gdy pozwalał mi wierzyć, że już nigdy nie stanę się z powrotem taki, jak wcześniej, że na zawszę zostanę podeptanym strzępem? Tak mocno wierzy w opiekę bogów, których właśnie zdradza, pomagając uciec więźniowi ich służebnicy? Jesteśmy sami w dzikim, gęstym lesie, nieważne, że na skraju. To ta Natura, o której mówi, to jej zawierzył swój i mój los.

- Tylko jeden koń? – mówi strażnik ze zdziwieniem, patrząc na siwka, przywiązanego do drzewa.

Podchodzę bardzo blisko, dopiero wtedy rzucam się na niego, nie mógłbym ryzykować nieudanego ataku. Żaden z niego wojownik, gdy orientuje się, co się dzieje, rzeźbiona głownia noża wystaje już z jego brzucha. Kapłan upada na plecy i patrzy na mnie z niedowierzaniem. Podnoszę pochodnię, którą upuścił.

- Miałeś powiedzieć – jęczy mój dręczyciel, a każde słowo to nowe bańki krwawej śliny na jego ustach. – Przysiągłeś.

- Przysiągłem – potwierdzam spokojnie.

Kiedyś, dawno temu, również przysiągłem komuś, przysiągłem skurwielowi, że nie zrobię mu krzywdy, a kiedy konał czekałem, aż przyjdzie śmierć, lecz nie nadeszła. Wtedy jeszcze myślałem, że moja kara pochodzi od bogów, ale to bez znaczenia. Najstarsze potęgi mają pakt z Naturą, bóstwa i pradawne demony, tak powiedziała Agresja. Głupcze, powiedziała, Natura nie tknie cię, jesteś dla niej trędowaty. To prawda, jestem trędowaty, jestem nikim dla niej, podobnie jak ten marny głupiec u moich stóp, niewartym uwagi pyłem.

Kapłan ma wciąż zdziwione, wytrzeszczone oczy. Dobijam go szybko. Nieważne, że służy Pytii, wyciągnął mnie z moich piekieł, może tylko na kilka minut, ale wyciągnął. Siadam ciężko na trawie, dysząc, wyczerpany tym marnym wysiłkiem pojedynczego mordu. Zamykam oczy, odchylam głowę i wsłuchuję się w odgłosy lasu.

- Wspaniale, teraz możemy ruszać.

- Gdzie pozostali? – pytam, odwracając się w stronę tego, który się odezwał, to pojedynczy jeździec.

Przybysz przygląda mi się z zainteresowaniem. Uśmiecha się, nie boi ani trochę, ale niby czego miałby się bać? Wygląda raczej na magnata, niż najemnika czy strażnika Świątyni. Pod podbitym futrem płaszczem widzę wysadzany kosztownymi kamieniami, chyba bursztynami, pas. Nie dostrzegam przy nim żadnej broni. Zresztą mężczyzna nie wygląda na kogoś, kto sam para się przemocą, używa do tego raczej rosłych ochroniarzy. Ile lat może mieć ten człowiek? Trzydzieści? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Nigdy nie miałem talentu do takich zgadywanek, zbyt wiele oglądałem dzieci, przemienionych w starców, gdy ja wciąż byłem szyderczą kopią siebie sprzed wieku. Rudy odcień włosów mężczyzny zwraca uwagę nawet w tak słabym świetle, podobnie jak przenikliwość czarnych oczu. Boki jego szyi pokrywają tatuaże, skryte częściowo przez futrzany kołnierz. To chyba symbole któregoś z bóstw. Wcale mi się to nie podoba, ale czego innego mogłem się spodziewać?

Podnoszę się, mocniej ściskam nóż. Obcy dostrzega to, uśmiechać się szerzej.

- Dajmy temu spokój, Rhezusie – mówi do mnie. – Wskakuj na siodło i jedźmy. Nie przejmuj się zwłokami, zajmę się tym.

- Kim jesteś? – pytam, nie ruszając się z miejsca.

- A czy to ważne w tym momencie? – Wygląda na rozbawionego. – Możesz iść ze mną, albo sterczeć tutaj, aż zorientują się, że zniknąłeś. To trochę potrwa, bo przecież nikt, prócz tego nieszczęśnika nie może zbliżyć się do twojej celi. Kiedy wiadomość o jego zniknięciu dotrze do Pytii, ona zrozumie, ale my nie będziemy stać pod drzwiami świątyni i czekać na jej przybycie, prawda?

- Czego chcesz ode mnie? – pytam z rosnącą złością, nienawidzę, gdy się ze mnie kpi, gdy się mną manipuluje. – Skoro nie przysłała cię Pytia, jak twierdzisz, dlaczego tu jesteś i skąd o mnie wiesz?

- Rhezus – odzywa się pobłażliwie, jak do niesfornego dziecka, mam ochotę skląć go, ale całą energię poświęcam na utrzymanie chwiejnej postawy stojącej. – Pomyśl. Wiem, że to duży wysiłek po szesnastu latach w zamknięciu, ale przecież pamiętasz jeszcze, jak to się robi.

- Szesnaście lat? – powtarzam za nim, nie dowierzając, dla mnie to była nieskończoność, ale dlaczego na zewnątrz minęło aż tyle czasu?

Spoglądam na zabitego strażnika. Na początku przychodził inny, faktycznie. Tamten pierwszy miał błękitne oczy, ten ma brązowe.

- Ty go wysłałeś – stwierdzam cicho, nie wypuszczając noża. – Najpierw myślałem, że jeden wierzchowiec ostatecznie potwierdza, że zostałem oszukany, ale nie. Ty przewidziałeś, że go zabiję. To ty opowiedziałeś mu tę bajkę o przysiędze?

- To nie bajka – odpowiada, po raz pierwszy poważnie. – To siła, która czasem bywa jedyną groźbą i poręczeniem. Ale nie w twoim przypadku – dodaje ze śmiechem.

- Trudno wpłynąć na kapłana Bareth. Jakich sztuczek użyłeś? To musiało trochę potrwać.

- Ponad dwa lata.

- Po co to zrobiłeś? Jeśli liczysz na wdzięczność, przeliczyłeś się. Nie mam zamiaru iść w ciemno za obcym dziwakiem i wypełniać jego poleceń. Ona mimo wszystko nie zmusiła mnie do posłuszeństwa – przypominam mu, skoro wie tak wiele, to z pewnością też.

- Nie mam zamiaru do niczego cię zmuszać. Możesz pójść ze mną, albo zostać tutaj, ledwie żywy, niezdolny do samodzielnej podróży. Zresztą, dokąd byś poszedł? Nie ma nikogo, kto by na ciebie czekał. Pytia prędzej czy później rozpocznie pościg. Nie zdołasz uciec ani obronić się przed pogonią. Nawet teraz trzęsiesz się z wysiłku i jeśli przeciągnę rozmowę, będziesz mówił do mnie z klęczek, o ile w ogóle. Spójrz na siebie, Rhezusie. Twoje mięśnie już dawno przestały być mięśniami, skórę pokrywają wrzody, cuchniesz ropą i moczem, a to, że zabiłeś tego biedaka, to prawdziwa łaska bogów. Zapomnij o dawnej świetności, zapomnij o tym, że potrafiłeś w kilka minut wybić stado wrogów. Zniszczyła cię doszczętnie, chociaż wydawałoby się, że ciebie nie można skrzywdzić. Tyle śmierci to za dużo nawet dla ciebie.

- Strażnik był gadułą, co? – pytam, zirytowany jego wiedzą na mój temat i górnolotnym stylem przemowy.

- Straciliśmy wystarczająco wiele czasu. Dowiesz się wszystkiego na miejscu.

Obraca wierzchowca, rusza kilka kroków w mrok, a ja patrzę za nim, czując, jak uginają się pode mną nogi. Kimkolwiek jest, pewnie nie może sprawić, bym znalazł się w gorszym stanie. Wdrapuję się na siodło łagodnego siwka. Czynię ogromny wysiłek, by nie runąć od razu na ziemię. W tym życiu nigdy jeszcze nie jeździłem, ale nie zapomniałem niczego.

Gdy zrównuję się z nieznajomym, rzucam spojrzenie na jego profil. Nieznaczny uśmiech, wydatny nos, rude kędziory, tatuaże. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdzieś go już widziałem, ale to pewnie wymysł mojej wymęczonej wyobraźni.

- Powiedziałeś, że nie masz zamiaru mnie do niczego zmuszać – przypominam, nie mogąc podarować sobie tej drwiny. – Może przysięgniesz na Naturę, by mnie uspokoić?

- Wystarczy przysiąg na jeden dzień – odpowiada kpiącym tonem i uderza piętami w boki swojego konia.

 

 

Koniec rozdziału I. Całość do kupienia tutaj.