Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Rozdział III - frg PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
sobota, 14 kwietnia 2012 16:20

ROZDZIAŁ III - SPRAWA REZERWATU

 

Sądziłem, że o tej porze dzisiejszego dnia będę już od dawna w domu. Ale złożyło się inaczej.

Nasz przewodnik, Lukay, nie zwalnia od blisko godziny. Soter zgodził się odstąpić mu konia i dotrzeć na miejsce w postaci sokoła. Wiem, że chociaż nie pokazał tego po sobie, zrobił to niechętnie, nie lubi przybierać formy zwierzęcia częściej, niż to konieczne. Twierdzi, że nawet szybowanie nad lasami nie wynagradza nieprzyjemnych odczuć, związanych z przemianami, z różnicą w odczuwaniu i myśleniu. Od rezerwatu dzieli nas już na szczęście tylko kilka minut drogi. Lukay pogania konia. Ja przeciwnie. Mond staje jeszcze zanim ściągam wodze, gdy słyszy ostrzegawczy pisk. Ptak ląduje na ścieżce przede mną. Przemienia się zbyt szybko. Zeskakuję na ziemię i pomagam Soterowi się podnieść. Czekam niecierpliwie, aż odzyska oddech.

- Co tam się dzieje?

- Piekło – wyrzuca z siebie wreszcie. – Chyży, czekaj…!

Wybiegam z zarośli i zatrzymuję się jak wryty między pierwszymi domami. Pod drzwiami widzę trupa młodej kobiety. Robactwo buszuje w miejscu ust i w oczodołach. Słyszę krzyki i płacz gdzieś dalej.

- Nie wchodź tam! – woła Soter, doganiając mnie i chwytając mnie za ramię. – To zaraza!

- Jak to się stało?!

- Przeklęci durnie! – mówi wzburzonym głosem mój przyjaciel, szklą mu się oczy. – Powtarzałeś im jak dzieciom, żeby nie kupowali jedzenia z nieznanych źródeł! Cały sort żywności był zatruty! Została ledwie garstka żywych, ale oni też skonają lada dzień…

Lukay pojawia się między domami. Zmierza w naszą stronę chwiejnym krokiem. Opiera się o ścianę i sapie, jakby się dusił.

- Nie pora na to! – mówię twardo, podchodząc i chwytając go za ramiona. – Weź moich ludzi i poszukaj tych, którzy nie zachorowali! Macie kwadrans! Zgromadź ich przy studni!

Lukay mruga gwałtownie powiekami, jakby nie do końca mnie rozumiał. Popycham go lekko w stronę wioski.

- Idź! – powtarzam. – Wy z nim! – wołam do straży. – Soter, trzeba przeszukać te domy. Nic ci nie będzie, sam powiedziałeś, że otruli się jedzeniem.

- Na początku, ale później zaczęli nawzajem się zarażać …

- Oszczędź mi szczegółów i rusz dupę.

Niedługo potem spoglądam na siedem osób bez śladów choroby na ciele.

- Są jeszcze dwie kobiety – oznajmia Sot, pochodząc do mnie. – Ale ich dzieci chorują i one nie chcą ich zostawić.

- Nie zabierzemy ich z dziećmi.

- Tak im powiedziałem. Wolą w takim razie zostać.

- Więc zostaną. Jeśli się nie zarażą, mogą spróbować potem dotrzeć na zamek, znajdą tam pomoc. Przekaż im to.

Spoglądam na zdrowe, przynajmniej z zewnątrz, rusałki. Czwórka to jeszcze dzieciaki, w tym tylko jedna dziewczynka, oprócz tego trzech młodych mężczyzn. Dwa razy tyle umiera w chatach dookoła nas. Dwanaście razy tyle zamieszkiwało rezerwat, kiedy odwiedzałem go poprzednim razem.

- Co zamierzacie? – pytam mężczyzn.

- Spróbujemy dostać się przez Czarcią Grań do południowej Varetty, panie hrabio – oznajmia Urta, robiąc krok w moją stronę.

- A dzieci?

- To trudna droga, nie możemy zabrać dzieci.

Ma rację, mało prawdopodobne, by dzieciaki zdołały przeprawić się przez góry. Jedyną bezpieczną drogą na północ jest rzeka, ale nikt nie weźmie na pokład rusałek. Powinienem był słuchać Białego, że musimy spróbować jak najszybciej zdobyć pozwolenia na własny transport na tej trasie.

- Pojedziecie z nami do La Rash. Wyprawię was w dalszą drogę.

- A dzieci, panie hrabio? – pyta tym razem Ramei.

- Zajmę się dziećmi.

- Niech Jedyny Bóg wynagrodzi…

- Szkoda na to czasu. Znajdą się tu jakieś konie? Świetnie, w takim razie ruszamy bez zwłoki.

Lukay jest wciąż zbyt roztrzęsiony, żeby przydać się na wiele. Dzieciaki szlochają i trudno im się dziwić. Sam nie mogę wyrzucić z głowy obrazu ciał, rozrzuconych po wiosce, chociaż niektórych mieszkańców znałem jedynie pobieżnie, a te maluchy patrzyły przecież na konanie swoich najbliższych. Gdy mija jakiś czas, od kiedy słyszeliśmy ostatnie krzyki z rezerwatu, zatrzymuję się i kiwam na Sotera.

- Oskar, jedźcie dalej z dziećmi, dogonimy was za chwilę – mówię do dowódcy mojej straży. – Wy zostajecie – zwracam się do dorosłych rusałek.

Zsiadam z konia, pozostali robią to samo. Podchodzę do rusałek i zatrzymuję się przy tym, który dotychczas się nie odezwał. Ceytan ma opuszczoną głowę, unika mojego wzroku.

- Skąd pochodziło jedzenie? – pytam.

Mężczyzna się nie odzywa. Gdy milczenie się przedłuża, Ramei nie wytrzymuje i odpowiada za niego.

- Z Yeloh May, jak zwykle, panie hrabio.

- Nie sądzę…

Ostrzem noża unoszę podbródek Ceytana. Rusałka wpatruje się we mnie z przerażeniem, jego ramiona zaczynają drżeć.

- Jestem niewinny! – woła. – Nie zrobiłem nic złego! W wiosce umarła moja żona i rodzice! – dodaje, wskazując ręką kierunek, z którego przybyliśmy.

Nie musi tego mówić, wiem doskonale, kto umarł w tamtej wiosce.

- Ile kosztuje życie żony i rodziców? Jesteś pewnie teraz bogatszy ode mnie, pierdolony zdrajco. Wstyd byłoby teraz podejmować cię w tak skromnym domu jak La Rash.

- On tego nie zrobił! – woła Ramei z przejęciem. – To mój przyjaciel! Znamy się od dziecka!

- Więc cud, że jeszcze żyjesz.

Mój podejrzany chce się cofnąć, ale Soter pojawia się za nim sekundę wcześniej. Przytrzymuje go, wykręca mu ręce. Pozostali przypatrują się temu, wstrząśnięci.

- Ile ci zapłacił? – pytam ciszej, nachylając się do Ceytana. – Ile ci dał za to, co zrobiłeś?

- Jestem niewinny…

- Jak mogłeś patrzeć na to, co się z nimi dzieje? Wdychać smród ich ciał? Patrzeć na cierpienie dzieci? Co czułeś, kiedy twoja żona jadła tę truciznę? Trzymałeś za rękę matkę, kiedy umierała?

- Nie zrobiłem tego! – wyje, szarpiąc się. – Litości!

- Panie… – zaczyna Lukay, ale go ignoruję.

- Myślę, że twoje oczy wystarczająco się napatrzyły.

Wszystkie cztery rusałki krzyczą, kiedy ostrze przebija gałkę oczną Ceytana. Ale ja nie słyszę tych krzyków, tylko tamte. Niemal sto gardeł, w których zamarły jęki, które stały się siedliskiem larw.

- Stójcie! – warczy Soter do rusałek.

Ramei pada na kolana i płacze. Zdrajca również osuwa się na ziemię. Chwytam jego białe włosy i podrywam głowę.

- Ile ci zapłacił?

- Uwięził moją kobietę! – wyznaje wśród szlochów. – Obciął jej uszy! Powiedział, że powyrywa jej ręce i nogi! Powiedział, że ta trucizna nie zabija, że chce nas tylko postraszyć, żebyśmy wynieśli się w głąb lasu!

Odpycham go ze wstrętem. Odwracam się i dostrzegam zmienioną twarz Lukaya. Podchodzi do mnie, chwyta moją dłoń drżącymi rękami.

- Pozwól nam, hrabio – szepcze.

- Nie mamy wiele czasu – zaznaczam.

Odstępujemy z Soterem, zostawiając sprawy rusałek rusałkom.

- To za szybka śmierć – syczy z nienawiścią Soter. – I powinieneś zostawić go przy życiu jako świadka

- Wiesz, że żaden z niego świadek. Pewnie nawet gdyby był człowiekiem nie odważyłby się zeznawać przeciw Kadelli. Zresztą nie możemy wytoczyć procesu komuś, kto odpowiada za egzekwowanie prawa na całych Wschodnich Rubieżach.

- Oficjalne rezerwaty są chronione królewskim przywilejem. Zapłaciłeś za niego workami złota! Nawet ten skurwysyn podlega takim prawom.

- Chyba za długo przebywałeś w postaci ptaszka, Sot.

- Skąd widziałeś, że Ceytan jest winny?

- Widziałem go kilka dni temu z ludźmi Kadelli. A tylko skurwiele kręcą się w pobliżu skurwieli.

- Kto powie Białemu?

To bez znaczenia, kto mu powie. Ale ja to zrobię, bo to moja wina. Powinienem był odszukać jebanego Ceytana zaraz po tym, jak zobaczyłem go wtedy przypadkiem z sługami barona. Powinienem był przyjechać tu i urwać mu łeb. Zauważam, że usta Sotera zaczynają drżeć.

- Widziałeś Nayę? Widziałeś…?

- Widziałem.

- Boże, jak to się mogło stać? Jak to się mogło stać, Erast? To jakiś koszmar – szepcze, chwytając się za głowę i zaciskając powieki. – Jak takie rzeczy mogą się dziać? Rozpierdoliłbym go chętnie na strzępy. Gdybym tylko dopadł go bez obstawy…

- Wiesz, że nie możemy go tknąć.

- Nikt nie powiązałby nas…

- Soter, na upiory! Gdyby zginął Kadella, zamek byłby pierwszym miejscem, gdzie szukaliby zabójcy. Pojawiliby się z magami, ze swoimi tropicielami i wydarliby z La Rash wszystkie tajemnice. Cała nasza praca poszłaby na marne!

- Musimy znaleźć sposób, żeby wykończyć go tak, by nikt się nie zorientował, że to morderstwo. Musimy… O, Boże…

Soter jest impulsywny, ale niezmiernie rzadko zdarzają mu się chwile załamania, dlatego pozwalam mu się wygadać, wysłuchuję tych wszystkich jęków, które wypowiada za nas obu, chłonę jego rozpacz i bezradność, chociaż to nie pomaga wyrzucić z myśli koszmarnych obrazów ofiar zarazy.

- Jedźmy – mówię po chwili ze zmęczeniem, kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Nie mogę się doczekać, aż wrócimy do domu.

Ja też.

 

Zsiadając z konia na dziedzińcu czuję wdzięczność dla mieszkańców zamku, że nie trzeba im wiele tłumaczyć, wyręczają mnie w tylu sprawach. Soter jak zwykle sprawdzi, czy podczas naszej nieobecności nie wydarzyło się nic, co wymagałoby mojej natychmiastowej interwencji. Oskar od razu zabiera ocalałych mężczyzn do skrzydła dla służby. Jestem pewien, że wyprawi ich w dalszą drogę jeszcze przed świtem. Jego żona zajmie się tymczasowo dziećmi. Jutro zdecyduję, co z nimi zrobić, chociaż nie pozostaje pewnie dla nich nic innego, jak zostać na zamku przez jakiś czas. Ale dzisiejszego wieczoru mogę na chwilę przestać o tym myśleć. Chociaż na mojej głowie pozostaje jeszcze Biały.

Pukam do drzwi jego pracowni. Już późno, ale on z pewnością nie śpi. Podnosi się zza ławy, zawalonej jakimiś szkicami i drewnianymi starociami. Uśmiecha się, ale szybko przestaje. Niestety zna mnie już na tyle, by czytać z mojej twarzy niemal tak dobrze, jak ja rozumiem Sotera.

- Co się stało? – pyta, jeszcze opanowany, ale już pełen złych przeczuć.

Relacjonuję mu wszystko w jak najkrótszych zdaniach, by dotarły do niego, zanim ból wyprze zdolność słuchania i analizowania słów. Wyraz twarzy Havna niemal się nie zmienia, tylko oczy rozszerzają się nieznacznie.

- Rozumiem – odzywa się po chwili bezbarwnym głosem. – Zostaw mnie samego, proszę.

Waham się, ale krótko. Nie mam prawa przeszkadzać mu w jego żałobie, a jest silny na tyle, by nie zrobić nic głupiego. Ruszam w kierunku kuchni, lecz gdy docieram na miejsce, zatrzymuję się z dłonią na klamce. Zza drzwi dobiega śmiech i to dziwniejsze i bardziej wstrząsające, niż odgłos gromu w najbardziej bezchmurny z letnich dni. Opieram się plecami o drewno i słucham przez chwilę tego śmiechu, jakichś wesołych słów, których nie mogę rozróżnić i to uspokaja mnie w pewnym stopniu, uświadamiając jednocześnie, że byłem wytrącony z równowagi o wiele bardziej, niż sobie wmawiałem. Uchylam wreszcie drzwi. Moje wejście kładzie kres wesołości i rozmowom. Pani Sara zrywa się z krzesła.

- Pan hrabia wrócił! – woła z przejęciem. – A ja nie przygotowałam nic do jedzenia! Dlaczego pan mnie nie uprzedził, zrobiłabym pana ulubioną pieczeń na kolację?!

- Zjem cokolwiek – odpowiadam, starając się, by mój głos brzmiał beztrosko. – Umieram z głodu. Przydałoby się jeszcze więcej jedzenia, bo przywieźliśmy…

Milknę, dostrzegając obcą postać w kuchni. Nie znam tej linii pleców, ciemnych włosów, upiętych w luźny kok, maleńkiego znamienia na prawym boku szyi. Kobieta obraca twarz w moją stronę. Odgarnia włosy z czoła dłonią białą od mąki, fartuch też ma przybrudzony, a rękawy prostej sukienki podwinięte do łokci. Ale to nie służąca.

- Erast – mówi z uroczym uśmiechem. – Nareszcie wróciłeś. Długo cię nie było.

Przez wydarzenia ostatnich dni zupełnie o niej zapomniałem. Ta myśl mnie zawstydza, a jednocześnie widok mojej żony, arystokratki zarabiającej ciasto, w sukience, jakie nosiły pewnie służące na jej dworze, dziwnie mnie porusza. Wygląda na zadomowioną. Radosną. Nieświadomą koszmaru, który musiałem oglądać. Nieświadomą, że takie rzeczy się wydarzają.

- Coś się stało? – pyta, podnosząc się i bezsensownie wycierając ręce w fartuch. – Wyglądasz na bardzo zmęczonego.

- Mam za sobą długą podróż, Li.

- Jeśli chcesz, przyniosę ci jedzenie do pokoju, kiedy pani Sara je zrobi. Nie musisz tutaj czekać. Odpocznij.

- Chętnie z wami posiedzę, nie przeszkadzajcie sobie.

Rzucam płaszcz na wolne krzesło i lokuję się przy piecu. Opieram się plecami o rozgrzane płyty i przymykam oczy. Po chwili pani Sara, jej córki i Ligia podejmują rozmowę o jakichś kulinarnych sprawach, które mało mnie obchodzą. Dlatego nie staram się rozumieć sensu tych słów, wsłuchuję się tylko w barwy ich głosów, w śmiech mojej żony.

- Erast, śpisz? – pyta ona w pewnym momencie.

- Nie. Zastanawiam się, co robiłaś, kiedy mnie nie było.

- Nauczyłam się piec ciasto. Havn mówi, że jest okropne, ale z grzeczności zjadł prawie połowę. Pokazywał mi swoje książki. Pięknie maluje, naprawdę. Cudowne są te dzienniki z waszych podróży, rysunki tych wszystkich dziwnych zwierząt i roślin. Nigdy wcześniej nie znałam nikogo z duszą naukowca. W zasadzie przesiedziałam te dwa tygodnie głównie w jego pracowni. Powiedział, że znam ją już pewnie lepiej niż on. Myślisz, że chodziło mu o to, że nie powinnam mu już zawracać głowy? Nie wydawał się niezadowolony, ale może po prostu chciał być miły. Zapytasz go o to?

- Mhm.

- Zwiedziłam okolicę i cały zamek.

- Cały? – pytam z lekkim rozbawieniem, myśląc o drugim obliczu mojego domu, którego z pewnością nie poznała.

- Tak. Od piwnic po najwyższe pokoje. Chciałam zobaczyć też mapy twoich ziem, ale Havn powiedział, że sam musisz mi je pokazać.

- Gotowe, panie hrabio – oznajmia Sara, kładąc na stole miskę.

- Przepraszam, że zagoniłem panią do pracy tak późno. Nie sądziłem, że zastanę kogoś w kuchni o tej porze. Nie mówiąc już o robieniu ciasta…

- Och, to. – Ligia przygląda się krytycznie swojemu dziełu. – Właściwie już skończyłam. Chciałam spróbować zrobić z tego rano kruche ciasteczka.

- Panie hrabio, jeśli pan pozwoli, poszyłybyśmy się już położyć – mówi Marianne, podnosząc się od stołu.

- Proszę.

Pani Sara pomaga jeszcze Ligii zapakować ciasto w jakąś szmatę, po czym razem z córkami opuszcza pomieszczenie. Moja żona myje ręce, a potem spogląda na mnie, nie bardzo wiedząc, co zrobić.

- Możesz iść do siebie, jeśli chcesz – mówię.

- To żaden problem dla mnie, posiedzieć z tobą chwilę. Pomyślałam tylko, że może nie chcesz dzisiaj już niczyjego towarzystwa.

- Usiądź, proszę. Wydaje się, że zamek ci się spodobał – dodaję.

- Tak. Wiesz, dotychczas nigdy nie byłam w prawdziwym zamku. I ten wciąż trochę przeraża mnie nocą. Te długie korytarze, wielkie, ciemne komnaty. Ale dałeś mi taki wspaniały pokój! Wiesz, że z okien wieży mogę oglądać i wschód, i zachód słońca? Dwa ostatnie dni były bardzo słoneczne. Nigdy nie widziałam wspanialszych zachodów niż nad tym jeziorem. Szkoda, że tego nie widziałeś. Ale przecież mówię głupstwa, na pewno widziałeś już ich tysiące. Okropnie się rozgadałam, wybacz, ale tyle się wydarzyło w ciągu tych ostatnich dwóch tygodni w moim życiu…

W moim niestety też.

- …Chyba więcej, niż przez ostatnie kilka lat! Od rana do wieczora byłam czymś zajęta. I wszyscy tutaj są tak bardzo mili. Nigdy wcześniej nie przyjaźniłam się z ludźmi znacznie niższymi stanem, nie pozwalano mi. Wstyd mi z tego powodu i wiem, że bardzo dużo straciłam. To miejsce jest niewiarygodne, Erast. Zupełnie inne, niż wszystkie domy arystokracji, które znałam. Można być tutaj tak cudownie swobodnym! A ty, co robiłeś? – pyta, nachylając się lekko w moją stronę i patrząc na mnie wyczekująco, z tym samym ślicznym uśmiechem. – Miałeś udaną podróż?

- Ja? – pytam zaskoczony, mrugając gwałtownie, bo nagle zwilgotniały mi oczy.

Uśmiech Ligii momentalnie znika. Spogląda na mnie z troską.

- Przepraszam – mówi po chwili, wyciągając dłoń i przykrywając nią moją. – Tylko dodatkowo cię męczę.

Unoszę jej dłoń i całuję. Potem wstaję od stołu.

- To ja powinienem przeprosić cię, że taki marny ze mnie teraz kompan – mówię, siląc się na uśmiech. – Jutro pokażę ci te mapy.

Cieszę się, że nie drąży tematu, chociaż nie oszukał jej ton mojego głosu. Może boli ją, że nie zamierzam z nią szczerze porozmawiać, ale na to w tym momencie nic nie potrafię poradzić.

- Chodź, Li, odprowadzę cię. Żebyś nie musiała błądzić nocą po wielkich, ciemnych korytarzach.

Nie odzywa się w drodze do sypialni. Przed drzwiami swoich pokoi dyga lekko przede mną, unikając mojego wzroku, a jej uśmiech jest krótki jak mgnienie oka.

Długo nie mogę zasnąć. Wstaję z łóżka i podchodzę do okna, wychodzącego na zachód. Wody jeziora falują łagodnie, odbijają obraz nocnego nieba. Myślę o rezerwacie, który stworzyliśmy niemal od podstaw. Za którego królewską ochronę zapłaciliśmy, jak wspomniał dziś Soter, wieloma kilogramami złota. Niemal każdy z jego mieszkańców cudem uniknął śmierci. Zaczęły rodzić się tam dzieci, które miały dorastać w poczuciu bezpieczeństwa, w niewiedzy, jak cennym trofeum są na niektórych terenach ich spiczaste uszy. Teraz chaty rozsypią się, wszystko porośnie trawa. Dawna wioska stanie się kolejnym z dyskretnych cmentarzy, tak licznych na tych ziemiach.

- Raelu, Aniele Zachodu, wiem, że odkąd poparłeś Jedynego Boga nie wypada ci pochwalać przemocy ani nienawiści – szepczę, wpatrując się w horyzont. – Ale pozwól mi dopaść kiedyś tego skurwysyna bez świadków, bez konsekwencji dla jego zniknięcia. A ja przysięgam ci, że zabiję go wtedy na twoją chwałę. Proszę, nie daj Kadelli zginąć naturalną śmiercią – kończę moją bluźnierczą modlitwę i zatrzaskuję okiennice.

Na szczęście sen przychodzi nawet po najdłuższym, najbardziej przykrym dniu.

 

 

c.d. wkróce w formie e-booka