Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Menu Główne

Rhezus I

Facebook

Udostępnij na facebooku!

Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Rozdział II PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 09 kwietnia 2012 20:24

ROZDZIAŁ II - DOM ERASTA

 

Sokół wlatuje przez otwarte okno poddasza. Przemienia się w locie i Soter pada na łóżko.

- Okropnie się zmachałem – narzeka, leżąc z rozrzuconymi rękami i nie otwierając oczu.

- Gubisz pióra.

- Póki nie łysieję, cholera z tym.

- Będziesz musiał tu pozamiatać.

- Tak, tak – mruczy leniwie.

Rozpoczynam próby ogolenia się przed niewielkim brudnym lustrem, dając Soterowi czas na odpoczynek i oswojenie się na nowo z ludzką postacią. Wreszcie on zadaje sobie trud uniesienia powiek. I zrywa się momentalnie do siadu.

- Co to jest?! – woła, wskazując na suszącą się na sznurze przy oknie bieliznę Ligii.

- To smutne, że nie wiesz – odpowiadam półgębkiem, starając się nie zaciąć, Gabrielowi bez wątpienia przydałaby się nowa brzytwa.

- Miałeś się jej wczoraj pozbyć! I dlaczego się golisz, skoro jesteś zupełnie gładki na gębie? – Przygląda mi się podejrzliwie.

- Masz mnie, Soter. Żenię się.

W pierwszym momencie patrzy na mnie, jak na wariata. Potem wybucha śmiechem. Ale ponieważ nie potwierdzam, że tylko go straszę, lecz czekam cierpliwie, aż skończy rechotać, staje się na powrót poważny. Tym razem jego spojrzenie mogłoby popielić.

- Z nią? – syczy.

- Raczej nie z tobą, chociaż bardzo cię lubię.

Znów milczy przez chwilę i jestem pod wrażeniem, że nie słyszę jeszcze steku wyzwisk i wrzasków, bo Sot nie należy do osób szczególnie opanowanych.

- Mów – zachęcam go, bo i tak nie wytrzyma długo.

- Pomyślmy… Może zacznę od tego: ocipiałeś?!

Wycieram twarz, nieszczególnie zadowolony z efektu, ale na razie musi wystarczyć. Przystawiam sobie krzesło bliżej Sotera, żebyśmy nie musieli krzyczeć na cały dom.

- Dlaczego tak sądzisz? – pytam spokojnie.

- Chyży, nie drażnij się ze mną – odpowiada z ledwie tłumioną furią. – Chcesz ożenić się z tą arystokratyczną suką?

- Uważaj na słowa, mówisz o mojej przyszłej żonie.

- Dlatego powiem wszystko, póki nią nie jest. Ona nie jest jedną z nas, Chyży.

- Oczywiście, że nie. A co myślałeś? Że Derbelego może wziąć za żonę córkę młynarza? Od początku było wiadome, że będę musiał ożenić się z jakąś wielką panią.

- Sprowadzisz nam na głowę drugą Ienę.

- Ligia nie jest taka, Soter.

- Zadziwiające, jak dogłębnie zdążyłeś ją poznać przez dwie doby. Dalej, powiedz mi jeszcze, że to małżeństwo z miłości.

- Chodziło mi raczej o to, że potrafi trzymać nerwy na wodzy, wykazać się pewnym rozsądkiem, nawet okazać posłuszeństwo, gdy wymaga tego sytuacja. A ja mam dość barykadowania się w sypialni za każdym razem, gdy jestem zmuszony odwiedzać którąś z imprez tych dupków, bo co chwilę próbuje mi się wepchać do łóżka jakaś niewinna panienka, której stado krewnych tylko czeka za drzwiami, by zażądać ślubu.

- Chyży, masz ten rzadko spotykany komfort, że mieszkańcy twojego domu to sprawdzeni, oddani ci ludzie. Chcesz wprowadzić między nas obcą? W dodatku, kurwa, arystokratkę?

- Zapomniałeś, że ja też jestem teraz arystokratą?

- Nie jesteś i nie będziesz, do diabła. A La Rash to nie oblepiony złotem pałac. Mam nadzieję, że ona szybko to zrozumie i ucieknie stamtąd do tatusia z podwiniętym ogonem.

- Po pierwsze, jej ojciec nie żyje, więc będziemy musieli zmierzyć się ewentualnie z braćmi lub wujami, ale to akurat bez znaczenia. Po drugie, jeśli ucieknie, zostaniesz wysłany, by sprowadzić ją z powrotem, więc nie radzę ci się o to modlić, jeśli nie chcesz dodać sobie pracy. Po trzecie, znam się na ludziach, co możesz sam potwierdzić i ona nie jest typem histeryzującej damulki, węszącej donosicielki ani nadętej jędzy, więc nie porównuj jej do Ieny. Po czwarte, tak postanowiłem i dostosujesz się do tego, zapowiesz również pozostałym na zamku, że mają traktować Ligię z odpowiednim szacunkiem. A po piąte i, kurwa, ostatnie, jest Tarczą swojego rodu, więc nie wyrzucaj mi, że postępuję bezmyślnie, nie dbam o nasze interesy i ściągam nam na łeb nieszczęście.

- Jest Tarczą? – pyta ze zdumieniem Soter. – W takim razie to faktycznie jakieś pocieszenie.

- Tylko tyle wyniosłeś z mojej przydługiej przemowy?

- Wiesz, że zrobię, co każesz – mówi niechętnie. – Jak zawsze zresztą. Chciałem tylko, żebyś znał moje zdanie.

- Znałem je jeszcze, zanim się tu zjawiłeś – oznajmiam mu drwiąco. – Zresztą wystarczy rzut oka na ciebie, twoja twarz nie należy do zamkniętych ksiąg, przyjacielu.

- Biały też się nie ucieszy. Miał nadzieję, że ożenisz się z którąś z południa, żeby załatwić darmowy transport rzeką.

- Sam widzisz, żeby zadowolić was obu musiałbym trzymać się z daleka od arystokratek i jednocześnie poślubić kilka tych południowych.

- Szlag by to trafił – mruczy Sot, podnosząc się z łóżka. – Gdybym wiedział, nie spieszyłbym się tak, żeby sprawdzić, czy nic ci nie jest. Ja się martwię, a ty szykujesz taką nowinę. Żmija na piersi. Idę przywitać się z Gabrielem. Czuję, że muszę się upić…

- Nie upijesz się, bo gdy tylko odpoczniesz polecisz na zamek, żeby powiadomić wszystkich o moim małżeństwie. Przez całą tę sprawę mój powrót może się opóźnić o dzień czy dwa. Zresztą, Gabriela i tak nie ma, bo wysłałem go do Melasty, żeby zorganizował ceremonię.

- Dlaczego zrzucasz na mnie przekazanie domownikom tej żałobnej wieści? – jęczy.

- Bo ufam ci, Soter i kocham cię jak brata – odpowiadam spokojnie.

- Wiedziałem, że powiesz coś w tym stylu, kutasie. W takim razie lecę od razu. Ze złymi nowinami nie ma co czekać.

- Bywaj, Sot.

Gdy Ligia wchodzi za jakiś czas na górę, rozgląda się nieufnie.

- Wydawało mi się, że z kimś rozmawiałeś.

- A słyszałaś, co mówił?

- Nie – odpowiada, co przyjmuję z ulgą, pewnie byłoby jej przykro, gdyby słyszała reakcję tego dupka.

- To prawda, rozmawiałem z kimś. Powinniśmy ruszać w dalszą drogę. Wieczorem mamy ślub do załatwienia.

- Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do ogromu twojego romantyzmu, Erast – mówi kpiąco, ściągając bieliznę ze sznura. – Skąd to pierze? Skubałeś tu przed chwilą kurę?

- Kiedy będziesz gotowa, żebyśmy wyruszyli?

- Już jestem gotowa. Ale oderegowie mogą mnie rozpoznać…

- Nie rozpoznają cię, bo do Melasty wybierzemy się powozem, a mam immunitet od Vallenatha na swobodne poruszanie się w obrębie miasta i terenów podmiejskich. – Wskazuję dokument, leżący na stole. – Nikt nie będzie oglądał dziś naszych twarzy, Li.

- Kiedy i jak to załatwiłeś? – pyta ze zdumieniem i uznaniem.

- Dałem mu znać jakieś dwie godziny temu, że zjawię się na tych wyścigach. Odbywają się parę kilometrów stąd, więc oprócz wyrazów radości i pozdrowień wicehrabia odesłał mi także ten papier, żeby nic nie przeszkodziło mi w przybyciu.

- Powinieneś z grzeczności kupić od niego tę parkę koni – zauważa Ligia z nieznacznym uśmiechem.

Wygląda na zmęczoną. Chyba nie zmrużyła oka przez całą noc. Ale dzielnie się trzyma. Podoba mi się, że się nad sobą nie użala. Że nie płacze cały ranek nad beznadziejnie różnymi od baśniowych oświadczynami, nad ślubem z przymusu z mężczyzną, którego zupełnie nie zna, z oszustem i poszukiwanym bandytą. Hm, jeśli patrzeć na to w ten sposób faktycznie nie prezentuję się jako najlepsza partia…

- Erast.

- Hm? – Uznała najwyraźniej, że skoro jesteśmy narzeczonymi powinna mówić mi po imieniu, a ja nie mam sumienia w tym momencie czepiać się jeszcze o to.

- Opowiesz mi o sobie więcej, zanim dotrzemy do domu? – pyta poważnie.

Kiwam głową, chociaż bez wielkiego entuzjazmu.

Żegnamy się z rodzicami Gabriela i opuszczamy miasto. Ligia jest bardzo spięta, póki nie udaje nam się przekroczyć bram. Później rozluźnia się nieco, chwilami odsuwa nawet firanki i przygląda się mijanemu krajobrazowi.

- Prześpij się – proponuję. – Od Melasty dzieli nas jeszcze pięć, sześć godzin drogi, zdążysz odpocząć.

- Kiedy cię ścigali, byłam nastolatką – mówi, przenosząc wzrok na mnie. – To była jedna z najgłośniejszych spraw tamtego czasu. Morderstwo stróża prawa i trójki zupełnie przypadkowych osób. To działało na wyobraźnię. Moje rodzeństwo i ich przyjaciele opowiadali o tobie przerażające historie. Śniło mi się czasem, że wdzierasz się do naszego domu i podrzynasz mi gardło, kiedy śpię.

Obiecujący początek…

- Rozumiem, że chcesz przez to powiedzieć, że nie spodziewałaś się, że kiedyś się pobierzemy?

- Chciałabym raczej usłyszeć, jak było naprawdę. Zabiłeś ich. Te kobiety? To… dziecko? – Przy ostatnich słowach przechodzi ją dreszcz.

Zastanawiam się przez chwilę, co jej odpowiedzieć. Ligia znów spogląda przez okno, zagryza nerwowo wargi.

- Jak miałbym cię przekonać, że nie było właśnie tak? – pytam. – Mam ci do zaoferowania tylko swoje słowa, Ligio. Nie ma żadnych świadków tamtego wydarzenia prócz kilku oderegów, których pewnie nawet bym teraz nie rozpoznał.

- Zabiłeś całą czwórkę?

- Nie. Zabiłem strażnika podczas ucieczki. Pozostała trójka już nie żyła, kiedy miałem pecha napatoczyć się na tamtą sytuację. Ale gdybym był człowiekiem zdolnym do zrobienia czegoś takiego, pewnie nie wahałbym się też przed zaprzeczaniem, że to zrobiłem.

- Wierzę ci, skoro mówisz, że ich nie zamordowałeś.

Oczywiście, że mi wierzy. Też na jej miejscu próbowałbym wierzyć rozpaczliwie, że nie powierzam swojego losu takiemu sukinsynowi.

- To blizna od ognia, prawda? – pyta dalej i rozumiem, że chodzi jej o tę na twarzy, innych nie może widzieć w tym momencie.

- Tak. Pamiątka po prawdziwym hrabim Andresie Derbelego.

- Dlaczego go zabiłeś?

Ledwie udaje mi się opanować. Nie sądziłem nawet, że podobna furia może we mnie wezbrać w tak krótkiej chwili.

- Dlaczego uważasz, że go zabiłem? – pytam lodowato.

- Jak inaczej mógłbyś wejść w posiadanie jego rzeczy? – dziwi się. – Tytułu?

- A jak ty weszłaś w posiadanie swojego nazwiska, Ligio? Zabiłaś kogoś, żeby nazywali cię von Boden?

- Przecież ja urodziłam się w rodzinie von Boden. A ty… – Milknie, nie mogąc znaleźć właściwych słów.

A ja jestem nikim, w porównaniu do nich, wielkich panów – to wisi w powietrzu, słowa, tworzące mur z gęstej ciszy na tym krótkim odcinku między nami. Ligia ucieka wzrokiem, chyba spłoszona wyrazem mojej twarzy. Wkrótce zasypia, uwalniając nas oboje od obowiązku dalszej rozmowy. I zastanawiam się, czy Soter nie miał jednak racji, czy nie wziąłem na swoje barki jednak zbyt wiele.

 

Szarpnięcie powozu budzi mnie ze snu. Dlaczego się zatrzymaliśmy, skoro za oknami wciąż rozciąga się las?

- Chyży – szepczę ze strachem. – Gdzie my jesteśmy?

- Spokojnie, Ligio – mówi chłodno, najwyraźniej wciąż ma mi za złe poprzednie niezbyt zgrabne słowa. – Muszę załatwić tu pewną sprawę.

- Ale…

- Zaczekaj w środku.

Przychodzi mi do głowy, że zostawi mnie tutaj, a potem, żeby udowodnić, że naprawdę należy do rodziny Derbelego, spali powóz. Ale ta myśl jest tak głupia, że aż mi wstyd. Wczoraj, kiedy rozbierał się do snu, zobaczyłam wisiorek, który nosi – dwa kamienie na cienkim łańcuszku. Wydawało mi się, że to krzemienie. Czy możliwe, że Erast naprawdę posiada dar tego klanu arystokratów?

Zaglądam przez okno. Chyży rozmawia z jakimś mężczyzną. Co to za człowiek i skąd wziął się w środku lasu? Erast przesuwa się nieco i dostrzegam twarz rozmówcy. Seledynowa skóra, intensywnie zielone oczy, białe włosy, splecione w warkocz. Nigdy jeszcze nie widziałam rusałki tak czystej krwi! To niesamowity widok. Chyży zerka na powóz i zauważa, że siedzę z twarzą przyklejoną do szyby powozu. Przewraca oczami i wraca do rozmowy.

Kiedy po chwili ruszamy dalej, przygląda mi się kpiąco.

- Dalej, powiedz to, co masz powiedzieć.

- On był przepiękny! – mówię z rozmarzeniem.

- Tak uważasz? Cóż, to dość oryginalny pogląd. Piękny na zasadzie, że ładnie prezentowałby się jako trofeum nad kominkiem?

- Wiesz, że nie o to mi chodzi! – odpowiadam z oburzeniem.

- Naprawdę nigdy wcześniej nie widziałaś rusałki z bliska?

- Oprócz twojego przyjaciela, nie.

- Jesteś bardzo spostrzegawcza. Po czym wtedy poznałaś? Havn szczyci się swoimi miksturami i maściami, ale najwidoczniej nie są tak skuteczne, jak uważa. Ja zawsze powtarzam, że włosy go zdradzają. Im jaśniejsze włosy, tym trudniej im je przefarbować.

- Dlaczego Havnowi brakuje tylko części uszu?

- Skoro powinno całych? – dokańczam za nią. – Kto wie, co siedzi w głowach świrów, którzy robią takie rzeczy.

- Masz do mnie pretensje, że nie wiem o tych wszystkich rzeczach – mówi ze smutkiem. – Że nic nie wiem o tych prześladowaniach. Wybacz, że miałam beztroskie dzieciństwo i spokojną młodość. Że rodzice chronili mnie przed brutalnością świata.

- Nie chodzi o to, przed czym chronili cię rodzice, tylko co twoi rodzice robili, by ochronić innych ludzi, za których byli odpowiedzialni. Arystokraci bardzo lubią mówić dużo i głośno o swojej misji władania maluczkimi, opiekowania się poddanymi, ale rzeczywistość przedstawia się nieco inaczej.

- Sądzę, że chodzi im tylko o ludzi, gdy mówią o poddanych.

- Tym razem muszę się z tobą zgodzić.

- Rozumiem, że ty jesteś zupełnie inny. To robisz na La Rash? Chronisz rusałki przed prześladowaniami?

- Dlaczego miałbym chronić przed czymkolwiek te zwierzęta, Ligio?

Złości ją, że z niej kpię i nie chcę być z nią szczery, nie biorę jej na poważnie. Czy ona naprawdę myśli, że będę spowiadał jej się z tego, co dzieje się w La Rash?

Na szczęście wkrótce docieramy na miejsce, co zwalnia nas z obowiązku dalszej rozmowy. Mam nadzieję, że Gabriel już sprowadził księdza, pobierzemy się jak najszybciej i jeszcze przed zmrokiem wyruszymy dalej.

Niestety, gdy Gabriel otwiera drzwi mojego tutejszego domu, jego poszarzała twarz nie wróży nic dobrego.

- Co się stało? – pytam cicho.

- Drugi hrabia von Boden czeka na państwa w salonie – odpowiada oficjalnym tonem Gabriel.

Ligia chwyta mnie pod ramię, przyciska się do mojego boku.

- Nie pozwól mu mnie zabrać, Erast – szepcze błagalnie.

- Nie pozwolę – odpowiadam ze zrezygnowaniem.

 

Nie wierzę, że to się uda. Rufus nigdy nie zgodzi się pertraktować z kimś takim, jak Chyży. Nie, muszę zmienić sposób myślenia. Dla Rufusa Erast będzie Andresem Derbelego, ekscentrycznym bogaczem, dziedzicem potężnego rodu, mój brat będzie musiał liczyć się z jego zdaniem. Ale przecież Chyży wygląda przy Rufusie jak łachmaniarz! Boże, mam nadzieję, że przebrał się w coś odpowiedniejszego, zanim poszedł z nim porozmawiać. A jeśli Rufus sprowadził swoich żołnierzy? Nie, nie może wystąpić zbrojnie przeciw innemu możnemu.

Pukanie do drzwi. Gabriel. Od początku czułam sympatię do tego młodego, małomównego mężczyzny. Podchodzi do mnie, kłania się lekko i podaje mi jakiś przedmiot. Wyciągam dłoń. Obrączka.

- Niech pani to założy – mówi cicho. – Hrabia powiedział, że pobraliście się w Chelost.

Nic więcej, żadnych dodatkowych wyjaśnień. Znika za drzwiami, a ja mam przed sobą kolejną godzinę niepewności.

Myślę o Rufusie, od którego oddziela mnie raptem jedno piętro. O moim dzielnym, wspaniałym bracie, który ostatnie miesiące spędził na próbach wydarcia ze mnie tajemnicy Tarczy. Nie pamiętam ostatnich słów, które powiedział do mnie, zanim opuściłam dom. Pamiętam tylko uderzenie jego ciężkiej laski, którą okładał mnie przez koc, żeby na skórze zostały jak najmniejsze ślady. Jak to się stało, że w tak krótkim czasie staliśmy się dla siebie jak obcy, moja rodzina i ja? Ja dla nich jak naczynie, które zawiera cenną treść i którego nie można niestety otworzyć, roztrzaskując o ścianę. Oni dla mnie straszniejsi, niż przypadkowo spotkany bandyta.

Kiedy drzwi otwierają się po raz drugi tuż po krótkim pukaniu, wchodzi jedynie Erast. Na szczęście faktycznie ubrał się odpowiednio na rozmowę z Rufusem. Uśmiecha się do mnie.

- Załatwione – oznajmia beztrosko.

- Jak ci się to udało? – pytam z niedowierzaniem.

- Postawiłem twojego brata przed faktem dokonanym. Romantyczna miłość, seks bez zabezpieczeń, konieczność szybkich zaślubin. Klasyka.

- Nie wierzę, że to wystarczyło.

- Pokazałem mu akt ślubu.

- Przecież to oszustwo!

- Tak – przyznaje ze śmiechem. – A czego się spodziewałaś, Li? Że powiem mu: zamierzamy się pobrać za pół godziny, czy mógłby pan uprzejmie zaczekać, aż Ligia uniezależni się od pana rodziny? Na szczęście to ja z nim rozmawiałem, a nie ty i na szczęście, jak każdy arystokrata, panicznie boi się skandali, a twoja rodzina będzie ich mieć pod dostatkiem i bez tego. Przekazuję ci więc jego zgodę i błogosławieństwo.

- Nie wierzę…

- Nie powiem, żeby zostały wyrażone w szczególnie radosny sposób, ale mniejsza o to. Z mniej przyjemnych wiadomości jedynie ta, że przyśle jakiegoś lekarza, żeby potwierdził, że nasz związek został skonsumowany. Trzeba mu przyznać, że nie odpuszcza tak łatwo. Musimy jak najszybciej dotrzeć do La Rash, zanim wymyśli jakiś skuteczny sposób, żeby sprowadzić cię do domu albo ściągnie mi na kark całą twoją rodzinę. Lekarz ma się zjawić za pół godziny. Jakoś musisz znieść badanie dla lepszej sprawy. Zostawię cię teraz, żebyś mogła…

- Ale ja jestem dziewicą.

Chyba pierwszy raz widzę go całkowicie zbitego z tropu. Wpatruje się we mnie, jakbym miała trzy głowy i kilka par rąk.

- Jesteś dziewicą – powtarza ostrożnie, gdy mija jego pierwszy szok. – Hm… Ile ty masz lat?

- Wydaje ci się, że w dniu konkretnych urodzin błona dziewicza po prostu się ulatnia? Byłam surowo wychowywana. Takie badanie to też dla mnie żadna nowość.

- W takim razie… W takim razie…

- Przestań dukać i podejdź do tego praktycznie. Skoro Rufus wysyła lekarza, musi coś podejrzewać. Trzeba rozwiać te podejrzenia. Nie mam zamiaru z powodu czegoś takiego dostać się z powrotem w ich łapy, nie dam im żadnych argumentów przeciw temu małżeństwu. Nie patrz tak na mnie, Erast. Wierz mi, nie tak utrata wianuszka wyglądała w moich dziewczęcych marzeniach, ale nie zamierzam zapłakać się na śmierć.

- Polecę Gabrielowi, żeby opóźnił wizytę lekarza – mówi on poważnie. – Hm… W takim razie chyba musisz powiedzieć, co mam ci zapewnić. Jakieś zabawki? Płatnego kochanka, którego wybierzesz? Czy zorganizować któregoś z zaufanych chłopaków? Zapewniam, że potraktują cię z odpowiednim…

- Myślałam raczej o tobie, jeśli się zgodzisz – przerywam mu. – W końcu tkwimy w tym razem. Nie ma sensu niepotrzebnie wtajemniczać kolejnych osób.

Gdybym nie była tak zdenerwowana całą sytuacją, zaśmiałabym się na widok jego miny.

- O co chodzi, Chyży? – silę się na kpiący ton, ale zaciskam dłonie na spódnicy, żeby nie zauważył, jak się trzęsą. – Nie wiesz, jak się do tego zabrać? Ile ty masz lat?

Jego zmieszanie znika. Uśmiecha się do mnie łagodnie, przejrzawszy na wylot mój strach.

- Nie bój się, skarbie – mówi miękko. – To nie takie straszne, jak wieść niesie.

- Według powszechnej opinii to nawet całkiem przyjemne – odzywam się drżącym głosem.

- Cóż, postaram się sprostać tym oczekiwaniom. Wydam tylko odpowiednie polecenia i za chwilę wracam.

- Erast! – Zatrzymuję go, gdy już jest przy drzwiach. – Czy mógłbyś… Chciałabym, żebyś… Zrób to tak, żeby nie było dziecka, dobrze? Dlaczego się śmiejesz? – pytam z wyrzutem, jeszcze bardziej zdenerwowana.

- Bo sądziłem naiwnie, że oświadczyny będą najgorszą częścią moich zalotów. Spokojnie, Li. Zrobimy to delikatnie i tak, żeby nie było dziecka.

Wychodzi, a ja bawię się nerwowo obrączką. Nie mogę się doczekać, aż ten koszmarny dzień się skończy i zamężna, rozdziewiczona, przebadana i zostawiona przez wszystkich w spokoju, będę mogła nareszcie zasnąć.

 

Z powodu zerwania mostu przez powódź nasza podróż wydłużyła się o dodatkowe dwa dni. Dziesiątego dnia od naszego ślubu, gdy schodzę na obiad, Erast oznajmia, że jutro wieczorem dotrzemy wreszcie ma miejsce. Zajechaliśmy do ostatniego większego miasta w drodze do zamku kilka godzin przed zmrokiem, ale Erast stwierdził, że nie będziemy kontynuować dziś podróży, bo nocą jest zbyt niebezpiecznie na gościńcach. Ledwie kilka kilometrów dzieli nas od należących do rodziny Derbelego terenów, pozbawionych dużych miast, raczej biednych i dzikich. Ale właśnie tego teraz mi trzeba. Odosobnienia. Może kiedyś znienawidzę te niekończące się lasy, ciemne bagniska i stare cmentarze, lecz na razie uspokaja mnie myśl, że zdołałam oddalić się tak bardzo od rodziny. Oczywiście ziemie Erasta trochę mnie przerażają, bo wychowałam się w pobliżu centrum królestwa i przyzwyczaiłam do piękna ukwieconych ogrodów i rozrywki w postaci balów i teatrów, ale też intrygują swoją pierwotną aurą. Jakie będzie moje zadanie na tej wrogiej ziemi, z której mieszkańców znam bliżej tylko jednego człowieka, siedzącego teraz naprzeciw mnie i w zamyśleniu spoglądającego przez okno?

Karczmarka stawia przed nami obiad, który nie przypomina niczym wykwintnym smakołyków podawanych w moim rodzinnym domu, ale który po całym dniu podróży smakuje mi jak żaden z tamtych. Erast jest jak zwykle uprzejmy, ale nie odzywa się wiele.

- Hrabio.

Spogląda na mnie i uśmiecha się oszczędnie. Chyba nie przepada za nazywaniem go w ten sposób, ale to konieczne w towarzystwie innych ludzi i łatwiejsze, niż pamiętanie, by mówić do niego wtedy Andres.

- Opowiesz mi o zamku?

- O zamku? – powtarza w zamyśleniu. – Hm… Nie byłem nigdy w twoim domu, Li, ale zwiedziłem parę domów arystokratów i niestety mogę cię zapewnić, że mój nie przypomina żadnego z nich. Nie budowano go dla wygód, został wzniesiony na terenie wydartym leśnym bestiom ponad trzy wieki temu jako warowna twierdza, mająca za zadanie chronić królestwo przed niebezpieczeństwem, które może nadejść z lasów i cmentarzy. Zamek stoi na wyspie, niewiele większej niż on sam, na jeziorze, które nigdy nie zostało nazwane, bo zawsze mówi się na nie jezioro przy La Rash. Wybudowano go na planie kwadratu, z pojedynczym wewnętrznym dziedzińcem i trzema wieżami narożnymi – południową, północą i wschodnią.

- Dlaczego nie ma czwartej?

- Może nie była potrzebna, z tamtej strony oddzielają nas od brzegu kilometry jeziora, nie spodziewano się nigdy ataku stamtąd. Może zabrakło materiałów, może architekt miał taki kaprys. W rodzinie Derbelego mówi się, że to po to, by z każdego miejsca murów można było spoglądać na zachód, żeby nic nie zasłaniało w najmniejszym stopniu tej strony świata, którą wybrał sobie nasz opiekun, Rael.

- Nie wiedziałam, że rodowi Derbelego patronuje pojedynczy anioł, inne klany zwykle odwołują się do wszystkich czterech.

- Może nie zachowały się informacje, który z aniołów obdarował ich przodków. W naszym przypadku mocno dbano o to, by kult Raela nie przepadł. W zachodnim narożniku zamku znajduje się kaplica, w której przedstawia się go niemal na równi Jedynemu Bogu.

- To podchodzi pod bluźnierstwo.

- To tylko wyraz naszego przywiązania. Czasem stawia się całe kościoły pojedynczym aniołom czy świętym.

- Powiedz mi więcej o zamku.

- Jest zbudowany bardzo prosto, bez bocznych skrzydeł, ozdobnych wieżyczek i innych dodatków. Część północno-wschodnią, czyli prawą, gdy wjeżdżasz na dziedziniec, zajmują stajnie, magazyny, zbrojownia. W przeciwległej dolne kondygnacje stanowią mieszkania służby, część górnych i wieży południowej moje pokoje. Przy bramie znajdują się rówież mieszkania załogi zamku. W wieży wschodniej pokoje strażników i dzwonnica. Górną część północnej zajmuje Soter, dolną i przylegające do niej komnaty północno-zachodnie Biały. Reszta części północno-zachodniej zawiera obszerny holl, używaną niechętnie i od święta salę balową, salon do przyjmowania rzadkich gości i pokoje dla nich. To wszystko brzmi nieciekawie, niezbyt obrazowo, ale nie potrafię opowiadać, będziesz musiała zobaczyć to sama. Nie wiem, jak ty ocenisz La Rash, ale ja nie zamieniłbym tamtej surowej wolności na najpiękniejszą ze złotych klatek – dodaje jeszcze z ciepłym uśmiechem. – Ale dość tego gadania, bo zamek znudzi ci się, zanim do niego dotrzesz. Masz ochotę zwiedzić miasto? Jeśli chcesz kupić jakieś niepotrzebne, kobiece rzeczy, to twoja ostatnia szansa na najbliższe miesiące.

Resztę dnia spędzamy spacerując po mieście. Na szczęście Erast jest tutaj już powszechnie znany jako hrabia i nie muszę się martwić, że naszą przechadzkę zwieńczy jego zawiśnięcie, a przy tym oddaliliśmy się na tyle od centrum królestwa, że nie dotarły tutaj listy gończe za mną. Mimo swoich słów potrafi ciekawie opowiadać i zna ogromną ilość historii, dotyczących okolicy. Rozumiem, że wybiera na razie te łagodniejsze, pomijając niektóre nieprzyjemne wątki, bo nie chce mnie przestraszyć i zniechęcić, ale to i lepiej w tym momencie. Nie mam zamiaru myśleć o problemach, bo to pierwszy dzień odkąd opuściłam Balr Boden, gdy mogę odetchnąć pełną piersią i bez strachu odwracać się plecami do przechodniów. I pierwszy, w którym dociera do mnie, że to naprawdę się stało, że jestem żoną tego idącego obok mnie człowieka, któremu kłaniają się kupcy, urzędnicy i kapłani, którego tytułują hrabią, chociaż ja znam go jako przestępcę.

- Wracajmy – mówi Erast z uśmiechem, wyciągając do mnie rękę.

Chwytam ją bez lęku, odwzajemniając ten uśmiech.

 

- Żałuję, że dotarliśmy tutaj w taki deszczowy dzień. Gdybyś zobaczyła zamek w słońcu…

- Jest cudowny – mówię szczerze.

Odkąd kilka minut temu po raz pierwszy ujrzałam La Rash, nie mogę oderwać od niego oczu ani na chwilę. To prawda, różni się ogromnie od tego pięknego, otoczonego ogrodami pałacu, w którym się wychowałam i wiem, że będę ogromnie tęsknić za rodzinnym domem mimo ostatnich wydarzeń, ale nie robił tego zapierającego dech wrażenia potęgi, jak ta kamienna twierdza, wzniesiona na wysepce przy brzegu ogromnego jeziora, otoczona kilometrami wzgórz i lasów. Na zamek prowadzi szeroki most z kamienia, tylko ostatni odcinek jest drewniany i podtrzymują go łańcuchy, może być dzięki temu uniesiony w przypadku ataku. Przyglądam się grubym murom, strażniczym wieżyczkom, blankom. Nie mogę wyobrazić sobie, że ktoś pokusiłby się, by oblegać La Rash, chociaż nie potrafię jeszcze odpowiedzieć sobie, czy na pewno się z tego cieszę.

Kiedy wjeżdżamy na most, obserwuję poszarpaną powierzchnię jeziora, tysiące rozpryskujących się na niej deszczowych kropli. Ciężkie wrota otwierają się przed nami i wjeżdżamy na dziedziniec. Nikt na nas nie czeka, co bardzo mnie dziwi. Chyży podaje mi rękę, gdy wysiadamy z powozu i sam prowadzi mnie szerokimi schodami do głównego wejścia. Po przekroczeniu progu znajdujemy się w niedużym, ale wysokim hollu bez ozdób, od którego odchodzą na boki korytarze i dwie pary schodów, prowadzących na kolejne piętra i łączących się wyżej w balkon. Mój mąż sam odbiera ode mnie mokry płaszcz, bo tu również nikt na nas nie wita.

- Nie zauważyli naszego przyjazdu? – pytam, zaskoczona. – To twierdza obronna, prawda?

- Tak, Ligio – odpowiada Erast ze śmiechem. – Rozumiem, że poddajesz w wątpliwość skuteczność moich strażników. Zaufaj mi, nie wjechalibyśmy tutaj ot tak, gdyby na to nie pozwolili. Najwyraźniej nie zadali sobie jednak trudu, by powiadomić służbę. Zazwyczaj nie jest mi potrzebna od razu po przejeździe.

- Nareszcie jesteś, Chyży!

Po schodach zbiega jego rudy przyjaciel, którego zdążyłam już poznać. Chyba miał na imię Soter.

- Gdzie się włóczysz, do cholery? – woła z irytacją, podchodząc do nas szybkim krokiem. – Od trzech dni rybacy nie wypłynęli, a te przeklęte trupie foki nie chcą rozmawiać z nikim, tylko z tobą!

- Co się stało? – pyta Erast, marszcząc brwi.

- To się stało, że zaraza zaatakowała bydło Starego Olafa i nie dostarczył nam w tym miesiącu ani sztuki!

- W takim razie poślij po towar z Zenoh.

- To zajmie prawie tydzień!

- Więc powinieneś był zrobić to tydzień temu, Soter – mówi Erast ostrzegawczym tonem i ze zdziwieniem widzę, że tamten prostuje się jak uczniak i znikają gdzieś wszystkie jego pretensje. – Poproś o sześćdziesiąt, zamiast pięćdziesięciu, musimy jakoś wynagrodzić syrenom te dziesięć dni zwłoki.

- Musisz porozmawiać z nimi jak najszybciej.

Erast zastanawia się przez kilka sekund ze wzrokiem skierowanym w górę i zaciśniętymi ustami. W tym samym czasie nadbiega dwóch służących, ale mój mąż zdaje się tego nie zauważać.

- Zabierz Ligię do pani Sary. Niech da jej coś do jedzenia i zaprowadzi do sypialni w południowej wieży.

- Jesteś pewien…? – pyta Soter z lekkim zdziwieniem i niezadowoleniem.

- Zrób, jak mówię. Wybacz, Li, ale muszę na chwilę cię opuścić. Zobaczymy się przy kolacji.

Po czym odchodzi, zostawiając mnie samą z tym strasznym człowiekiem, który chyba chętnie widziałby mnie opuszczającą ten zamek bezpowrotnie. Soter zleca jednemu z służących, żeby zabrał moje bagaże i prowadzi mnie przez słabo oświetlony korytarz do obszernej zamkowej kuchni. Zastajemy w niej trzy kobiety i młodego chłopaka. Wszyscy milkną, gdy wchodzimy. Potem zrywają się na równe nogi, ale też patrzą na mnie z ciekawością, która mnie zdumiewa, bo patrzą mi prosto w oczy, oceniają mnie bezczelnie jakbym była im równa.

- To pani? – pyta najstarsza z kobiet, siwa i żylasta sześćdziesięciolatka, podchodząc do mnie i uśmiechając się szeroko. – Nasza hrabina? Na anioły, gdybym wiedziała, że przyjedziecie dzisiaj, przygotowałabym się na wasze przybycie! Witaj, dziecinko. – Całuje mnie w policzek, co zdumiewa mnie jeszcze bardziej.

- Pani Saro, proszę zająć się hrabiną. Hrabia przeznaczył dla niej południową wieżę – dodaje z niechęcią Soter.

Kłania mi się lekko po tych słowach i wychodzi.

- Musisz być wykończona po tak długiej podróży – ciągnie kucharka, sadzając mnie przy stole. – Wszyscy tak się ucieszyliśmy, że nasz hrabia wreszcie się ożenił! Nie mogę się już doczekać, aż wasze maleństwa będą przybiegać tu, żeby wyjadać konfitury!

Zupełnie nie wiem, co na to odpowiedzieć. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką poufałością ze strony służby. Wizja dzieci Erasta i moich jest jeszcze bardziej szokująca.

- Chcesz coś zjeść? – terkocze dalej kobieta. – Pewnie okropnie zgłodniałaś.

- Wolałabym najpierw się przebrać – odpowiadam.

- Jack, biegnij sprawdzić, czy rzeczy pani hrabiny są już na miejscu. Chodźmy, kochanie, zaprowadzę cię na wieżę. Wadą zamków jest to, że wszędzie trzeba się nachodzić, ale nasz hrabia przydzielił pani sypialnię całkiem niedaleko stąd. Pewnie dlatego, żebyśmy cię trochę podtuczyły! No i oczywiście niedaleko swojej sypialni.

Kompletnie nie rozumiem zasad, według których kucharka tytułuje mnie czasem hrabiną, czasem panią, a czasem dziecinką. Postanawiam milczeć i przemyśleć wszystko spokojnie w swojej sypialni. Ale kiedy wspinamy się po jakichś krętych schodach, kobieta przystaje przy oknie.

- Niech pani spojrzy – mówi z uśmiechem. – Wiedziałam, że nasz pan hrabia od razu załagodzi sytuację. Nawet te bestie mu się nie oprą.

Podążam za jej wzrokiem, zaciekawiona tymi słowami. Dostrzegam niewielką, kołyszącą się na niespokojnej wodzie łódkę, a w niej trzech mężczyzn, w tym Erasta, który żywo gestykuluje. Wydaje mi się nawet, że się śmieje, ale nie mogę powiedzieć na pewno z tej odległości.

- Z kim on rozmawia? – pytam.

- Z syrenami. Żyje ich mnóstwo w tym jeziorze. Poprzedni panowie na zamku próbowali je zwalczać, ale bezskutecznie. Jezioro jest głębokie, podobno na dnie rozciągają się całe ich miasta, jakieś labirynty i tunele. Myślę, że nigdy ich nie dosięgniemy, chyba, że wysuszylibyśmy całe jezioro.

- Nigdy nie słyszałam o syrenach – mówię ostrożnie, zastanawiając się nad tym, czy kucharka ze mnie kpi. – Dlaczego poprzedni hrabiowie z nimi walczyli?

- Płoszyły ryby, atakowały łodzie, czasem nawet zabijały rybaków – ciągnie kobieta i trudno wątpić w jej słowa, gdy opowiada z takim przekonaniem. – Bo wiesz, kochanie, one są mięsożerne. Niektórzy mówią, że pan hrabia źle robi, że się z nimi układa. Ja tam myślę, że to jego wielki sukces. Nigdy wcześniej nie było szansy na spokojne połowy, a teraz i rybacy, i pan hrabia czerpią z nich wielkie zyski. I każdego roku ginęło z powodu waśni kilku porządnych ludzi. Teraz mamy spokój. Pan hrabia co miesiąc daje syrenom pół setki sztuk bydła, a one nawet nam pomagają, zaganiając ławice w sieci. Mówi się, że obiecały hrabiemu pilnować zamku od strony jeziora. Żadna łódź nie przedrze się przez wody syren, jeśli one nie pozwolą.

- Jak one wyglądają z bliska?

- Zwykle jak morskie zwierzęta, takie z grubym ciałem i płetwami zamiast rąk. Podobno przypominają foki, tak mówią chłopcy, ja nigdy nie widziałam tych fok. Ale kiedy rozmawiają z naszym panem hrabią, przybierają bardziej ludzką postać. Przypominają ponoć wtedy nasze ludzkie dziewczęta.

Nie chce mi się jakoś wierzyć w te wszystkie historie. Ale trudno przeczyć, że imponuje mi odwaga Erasta, dryfującego w tej łupince na niespokojnej wodzie, którą władają potwory.

- Witaj, Ligio.

To drugi z przyjaciół Chyżego, Havn, którego nazywają Białym. Dziś ma swoje piękne włosy splecione w gruby warkocz. Podchodzi, wita mnie skinieniem głowy i raczej chłodnym uśmiechem.

- Gdzie Chyży?

- Rozmawia z syrenami? – mówię to w formie pytania, bo wciąż nie jestem pewna, czy gospodyni nie cierpi na demencję.

- A, Soter dopadł go pierwszy. W takim razie ja może zaprowadzę cię do twoich pokoi. Zajmę się nią, pani Saro.

Wspinamy się na kolejne piętro. Havn idzie przodem, wskazując mi drogę.

- O co chodzi, Ligio? – pyta, nie zwalniając kroku. – Dlaczego tak mi się przyglądasz?

- Och – mówię, zmieszana. – Bo… Bo jesteś rusałką. Teraz widać to wyraźniej, niż przy naszym pierwszym spotkaniu.

- W domu można pozwolić sobie na więcej swobody, prawda?

- Dlaczego obaj jesteście źli o to, że on mnie tu przywiózł?

- Widzę, że jesteś bezpośrednia – zauważa tym charakterystycznym dla niego, beznamiętnym tonem. – Cieszy mnie to. Ale może zaczekajmy z tą dyskusją, aż znajdziemy się w pokoju.

Wkrótce docieramy na miejsce. Z szerokiego korytarza, tym razem ozdobionego arrasami i jakimiś porterami, wychodzi kilka par drzwi.

- Nikt prócz ciebie nie zamieszkuje tego piętra, będziesz mogła urządzić je jak zechcesz. Niżej znajdują się pokoje Chyżego, mijaliśmy przed chwilą wejście do nich. Tam jest sypialnia. – Wskazuje ostatnie drzwi. – Po lewej jakieś pokoje, sama musisz sprawdzić, bo nie zaglądałem tu od lat. Chyży kiedyś połączył te komnaty, nie będziesz musiała wychodzić na korytarz, by przejść z jednego do drugiego, ale drzwi zostały.

- Kto mieszka w zamku oprócz Erasta i was?

- Kilkadziesiąt osób załogi, w sporej większości strażników.

Otwiera przede mną drzwi. Wchodzę do dużego salonu. Porównując go do moich poprzednich pokoi, jest urządzony raczej surowo, ale został dokładnie wysprzątany, w wazonie dostrzegam świeże kwiaty, a z okien rozciąga się cudowny widok na jezioro.

- Czy teraz możemy porozmawiać? – pytam Białego.

- Nie mam wiele do powiedzenia na ten temat, Ligio – odpowiada. – Jesteś żoną mojego najlepszego przyjaciela, a to znaczy, że możesz zawsze na mnie liczyć i zwrócić się do mnie, gdybyś tylko czegoś potrzebowała.

- Ale jesteś przeciwny temu, że mnie tu sprowadził.

- Na zamku, jak wspominałem, mieszka kilka dziesiątek ludzi. I w żadnym z nich, nie licząc Chyżego, nie płynie arystokratyczna krew. A i jego mimo pochodzenia trudno uznać za mistrza w pełnieniu roli wielkiego pana, dlatego sądzę raczej, że ty będziesz się tutaj źle czuła.

- A więc Erast naprawdę jest potomkiem rodziny Derbelego?! – wykrzykuję zdumiona.

- Kurwa – mruczy Biały. – Wybacz słownictwo. Gdybyś mogła, nie wspominaj Chyżemu, że się wygadałem. Ma dziwny zwyczaj wpadania w złość, gdy ktoś mówi innym o sprawach, o których chciał opowiedzieć sam w swoim czasie.

- Wciąż nie rozumiem, w czym miałabym wam przeszkadzać, skoro jestem sama jedna?

- W niczym – odpowiada nieszczerze. – Chyba w zły sposób zaczęliśmy rozmowę i wysnułaś nieodpowiednie wnioski. Martwię się wyłącznie o to, czy La Rash spełni twoje oczekiwania. Pozwolisz, że zostawię cię teraz. Trafisz sama z powrotem na dół?

- Tak.

Wychodzi, ale wraca za niecałą minutę. Spoglądam na niego ze zdziwieniem.

- Wybacz, Ligio, zachowałem się trochę jak zdradzona żona albo inny dupek. Mieliśmy dzisiaj nerwowy dzień przez te syreny. Pozwól mi zacząć od nowa i przywitać cię serdecznie w La Rash. Cieszę się, że uniknęłaś pogoni. I jeśli będziesz się nudzić, może zawsze zajrzeć do mojej pracowni. To na parterze, każdy wskaże ci drogę.

- Twojej pracowni?

- Tak. Nie jestem niestety zbyt biegły w sztuce wojennej, więc musiałem podszkolić się w paru innych. Tylko lepiej pukaj, bo bywają dni, kiedy mój pokój zmienia się w coś w stylu szpitala polowego, aż trudno potem zmyć krew ze ścian. Cholera, znowu się zapominam. Obawiam się, że nie przywykliśmy do rozmów z damami. W każdym razie, mam trochę książek, parę głupich wynalazków, jakieś starocie albo znaleziska, które wykopali okoliczni wieśniacy. To musi brzmieć żałośnie po tych atrakcjach, które pewnie miałaś u siebie, ale La Rash nie ma wiele do zaoferowania arystokratkom. Chociaż uważam, że powinnaś potraktować to raczej jak wyzwanie i sama zadbać o to, by stworzyć tu miejsce odpowiednie dla siebie. W dowolnym stylu – dodaje z uśmiechem. – Do zobaczenia na kolacji.

Teraz wychodzi na dobre. Przeglądam swój niewielki bagaż i cieszę się, że nie zabrałam żadnej mojej pięknej sukni, bo może i jestem od kilku dni hrabiną, ale najwyraźniej żeby się dostosować do tutejszych realiów będę musiała zapomnieć o strojach, które zwykle towarzyszą temu tytułowi. Przyjmuję to raczej z ulgą, bo trudno po ostatnich dniach w wygodnej, prostej sukience byłoby mi wrócić do zapierających dech w sposób dosłowny gorsetów.

Łącznie otrzymałam do swojej dyspozycji sypialnię i dwa pokoje, wszystko połączone wewnętrznymi drzwiami, jak wspomniał Havn. Wielka sypialnia znajduje się w wieży, co stwarza pewien problem, jeśli chodzi o ustawienie pod ścianami mebli. Może dlatego nie ma ich zbyt wiele, bo oprócz łóżka, swoją drogą ładnego, dużego i z romantycznym baldachimem, jest jedynie dywan, komoda, niewielki stolik i dwa krzesła. W saloniku niższy stolik, fotele, duża szafa i dwa puste regały. W drugim z pokoi, którego pewnie na razie nie będę używać, zupełnie nie ma mebli, za to na ścianie wisi ogromny obraz, przedstawiający morze w nocy, podczas sztormu.

Nie mija nawet godzina, kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Chyży wchodzi do środka i uśmiecha się do mnie.

- Będziesz musiała mi powiedzieć, czego ci tu brakuje – mówi. – Spróbuję wtedy załatwić co trzeba.

- Na razie brakuje mi tylko drewna do kominka.

- Poproszę kogoś, żeby ci przyniósł. Umiesz rozpalić ogień?

- Nigdy nie próbowałam.

- Nauczę cię, to nic trudnego. Hm, pewnie powinienem raczej zorganizować kogoś, kto będzie robił to dla ciebie – poprawia się. – Wybacz, Li, zapominam, jakie zasady panują na innych dworach. Nie pomyślałem nawet jeszcze o pokojówce.

- Zostawmy na razie wszystko tak, jak jest. A jeśli uznam, że czegoś potrzebuję, po prostu ci powiem. Tylko musisz mnie nauczyć rozpalać ten ogień. Chyży, często używasz swojego daru?

Zauważam, że powstrzymuje się, by nie dotknąć odruchowo kamieni na szyi. Jeśli jest zdziwiony, że nagle uznałam go za prawdziwego członka rodziny Derbelego, nie daje tego po sobie poznać. Przypominam sobie, jak zarzuciłam mu, że zabił poprzedniego hrabiego, by przejąć tytuł i zamek…

- Nie – odpowiada bez emocji.

- Dlaczego?

- Bo nie ma takiej potrzeby.

Podchodzi do okna, za którym rozciąga się ogrom wzburzonej wody.

- Ja wiem, że potrzeba czasu, żeby poczuć się dobrze w jakimkolwiek nowym miejscu – mówi, spoglądając na jezioro. – Mam nadzieję, że dasz temu ten potrzebny czas.

Potem odwraca się do mnie i uśmiecha niewesoło.

- Właściwie przyszedłem porozmawiać z tobą o czymś innym. Niestety pewne sprawy pokomplikowały się podczas mojej nieobecności i muszę opuścić zamek na kilka dni. Przykro mi, że od razu zostawiam cię samą. Poleciłem Białemu, żeby służył ci pomocą w tym czasie.

- A ten drugi? – pytam niezbyt przyjaznym tonem.

- Ten drugi jedzie ze mną – odpowiada ze śmiechem. – Możesz poruszać się swobodnie po całym zamku, po okolicy też, ale z eskortą. Hm, w zasadzie to wszystko, co chciałem ci powiedzieć.

- Kiedy wyjeżdżasz?

- W ciągu godziny. Poproszę Marianne, żeby przyszła po ciebie przed kolacją. To córka pani Sary, miła dziewczyna.

- Dobrze, dziękuję. Erast…

- Hm?

- Ogień.

Uśmiecha się i podchodzi do kominka. Wrzuca do środka resztkę drewna i kuca. Nachylam się nad nim, żeby lepiej widzieć.

- Sprawdzasz mnie, Li? – pyta kpiąco. – Nie wierzysz, że płynie we mnie krew Derbelego?

- Nie nazwałabym tego wątpliwościami, raczej ogromną ciekawością. Zresztą, każda kobieta chce wiedzieć, do czego jest zdolny jej mąż.

Sięga po krzemienie. Ociera je o siebie i w tej samej sekundzie niewielki płomień pojawia się w jego dłoni. Patrzę na to, urzeczona. Przykłada rękę do drewna i po chwili całe pokrywa się językami ognia.

- Mam nadzieję, że aniołowie wybaczą mi to marnotrawienie daru na popisywanie się przed żoną – mówi, prostując się. – Bądź grzeczna, kiedy mnie nie będzie – dodaje, kładzie dłoń na moim ramieniu i cmoka mnie w czoło. – Do zobaczenia za parę dni.

Wychodzi. Jakiś czas potem, z okna wychodzącego na wschód obserwuję jeźdźców, galopujących po kamiennym moście, który na tle ciemnych wód jeziora wydaje się prawie biały. Wkrótce Erast znika mi z oczu. A to znaczy, że jestem pozostawiona sama sobie w wielkim zamczysku, zamieszkanym przez zupełnie obcych ludzi.

Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść za radą rusałki i potraktować to jako wyzwanie.

Ponieważ Chyży i Soter wyjechali, a większość mieszkańców La Rash została przed tym wyjazdem zagoniona przez Erasta do jakichś zadań, kolację pani Sara podaje nie w głównej jadalni, ale w kuchni. Nie jadłam posiłku w kuchni, odkąd byłam małą dziewczynką i kucharki pozwalały mi podjadać smakołyki, przygotowywane na przyjęcia. Drugą rzeczą, do której absolutnie nie przywykłam, to wspólne siadanie przy stole właścicieli domu i służby. Bo przy długiej ławie oprócz mnie i Havna, zajmuje jeszcze miejsce rodzina gospodyni i kilku mężczyzn, którzy aktualnie nie mieli żadnych obowiązków do wykonania. Początkowo chyba jesteśmy zmieszani nawzajem swoją obecnością, ale gadanina pani Sary i swoboda Białego sprawiają, że atmosfera szybko się rozluźnia. Po kolacji zostaję nawet w kuchni, by dłużej porozmawiać z gospodynią i jej córkami. Starsza, Marianne, odprowadza mnie do pokoi, żeby pomóc mi rozpalić ogień. Ma jakieś trzydzieści lat, jest bardzo sympatyczna i dziwi mnie, że nie ma jeszcze męża i gromadki dzieciaków.

Kiedy ogień płonie już z powrotem w kominku, Marianne dyga przede mną lekko i kieruje się do drzwi. Ale nie wychodzi, zatrzymuje się i spogląda na mnie z troską.

- Pani hrabina poradzi sobie sama? – pyta.

W pierwszym momencie mam zamiar zapewnić ją, że oczywiście sobie poradzę. Ale rozglądam się po wielkiej sypialni, spoglądam na wysoki sufit, do którego nie dociera światło, wsłuchuję się w wycie wiatru i szum wody za oknem, wyobrażam sobie stada potwornych syren, krążących wokół mojej wieży i rozciągające się na całe kilometry bagnisk z wyspami kurhanów…

- Marianne, czy mogłabyś… zostać ze mną dzisiaj? Wiem, że to nie należy do twoich obowiązków…

- Nie ma problemu, pani hrabino – mówi z wyrozumiałym uśmiechem. – Pójdę tylko po jakieś posłanie.

- To łóżko jest ogromne, zmieścimy się na nim obie.

Gdyby moi rodzice słyszeli, że proszę służącą, żeby towarzyszyła mi podczas nocy z powodu mojego lęku, przewróciliby się pewnie w grobie, bo rodzina von Boden jest ponad takie rzeczy – ponad nieuzasadnione obawy i ponad poufałości z gorszym rodzajem ludzi, do których należą ci, którzy za grosze wykonują polecenia innych.

- Marianne – szepczę, kiedy już leżymy w ciemności. – Czy jesteś tutaj szczęśliwa?

- Tak – odpowiada i czuję, że mówi szczerze, a nie z chęci zadowolenia mnie swoimi słowami. – I pani też będzie.

Jej słowa uspokajają mnie bardziej, niż wszystko, co dotychczas usłyszałam. To głupie, ale właśnie tak się dzieje. Zasypiam w ciągu kilku minut.